Etykiety

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wokół muzyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wokół muzyki. Pokaż wszystkie posty

20.4.13

Record Store Day


Oddali mój gramofon. Oddali, jak psa. Jak koszulkę z flanelami i Indianką. Urosłaś, wyrosłaś, niepotrzebne Ci teraz. Oddali też moją kolejkę, acz to było swego czasu nieco bardziej zrozumiałe. Choć dziś już mniej – co trafię do domu z dziećmi, to sprawdzam czy mają kolejkę i proponuję im… ok, sobie, przejażdżkę.

Oddali myśląc, że skoro teraz już słucham z kaset, to gdzie mnie zainteresować winylem. Nieprawda. W szczelinach między niektórymi meblami leżały sentymentalnie złożone płyty – głównie zapisał mi się w pamięci Hancock ze swoimi Head Hunters.

I choć można przyjąć, że faktycznie – mając siedem lat (góra osiem, wszak wtedy z pewnością owo przekazanie darów nastąpiło) nie docenię potencjału wielkiego pudła z pokrywą i igłą, to nie minie chwila a zacznę się rozglądać. Zwłaszcza, gdy miałam kilka płyt w domu.

Na swoją obronę mam nader chętne słuchanie muzycznych pocztówek. Tak, to, o czym dziś czytuje się na fanpage’ach Peweksu, jest mi dobrze znane. Mogę mieć jedynie wątpliwości czy pochodziły one z czasów młodości rodziców czy załapałam się jeszcze na nowe, ale pamiętać – pamiętam, słuchałam. Wyglądało to faktycznie, dość pociesznie, gdy na wielkiej płycie gramofonu, przeznaczonej wedle średnicy, do nośników szerszych, kręciła się prostokątna, drobna pocztówka, ale dźwięki wydawała. Jeszcze wtedy mniej raziła jakość pocztówki czy kasety a, powiedzmy, kasety a mp3, także brzmiało dość swojsko. Ale może rzeczywiście, to była jedna z pierwszych różnic pokoleniowych. Czy wiesz, że słuchało się muzyki z kartek?

Oddali nie mając pojęcia, jak kilka lat później na poły rozczulać i irytować mnie będą półki w muzycznych sklepach, gdzie stały całe płachty winyli, ze świadomością, że nie mam ich na czym odsłuchać. I nie dotyczyło to, wbrew pozorom, muzycznych staroci wyłącznie – wielu lubianych przeze mnie artystów (mi) współczesnych wydawało na kasetach, CD i winylach właśnie. A ja nie miałam mieć z tego żadnego pożytku. Hipsterzy i moda na vintage pojawiła się później.

Oddali, a ja dziś siedzę i skręca mnie w środku, gdy Jess zabiera Rory na randkę do sklepu muzycznego i przerzuca między palcami płyty winylowe, które płyną z lekkością, bez stukotu plastiku, nie zawsze wielkość oznacza jakość, ale tu istnieje ta szansa. Ta potęga czarnej płyty coś obiecuje, mimowolnie.

Oddali, gdy słucham jakichś przebojów hip-hopowych w których wykorzystano scratchujące sample staroci. Które mam w domu, których mogłam słuchać, byłam tak blisko.

Zabierają mi piec podobny do bramy tryumfalnej!!
Oddajcie mi gramofon podobny do bramy tryumfalnej!!!

14.2.13

A dziś

będzie okolicznościowo,
ale nie o TYM.

a o TYM:














czyli czy ja kiedyś mówiłam,
skąd ta dziwna nazwa bloga?

tak jak nick - od piosenki.
bo tak naprawdę najlepiej
i najbardziej
mnie dopełnia muzyka
i jeśli mam się gdzieś wyrażać w sposób najbardziej mój,
to muzyką i nawiązaniami do niej najlepiej.

*

i właśnie dziś się dowiedziałam,
że będą, przyjeżdżają,
po latach się doczekałam.

także przez następne kilka dni mam w planie
być najszczęśliwszą fanką pod słońcem.

* tak po prawdzie, to powinien w takim razie być t-s-a-a-p-s, ale jakoś mi to nie wyglądało. 
a różnica niewielka w znaczeniu

24.6.12

So listen to the radio.

To właściwie jest kolejny już przykład na ironię czasu.

Jako dziecko oglądałam sporo telewizji, zwłaszcza zanim zaczęła mnie obowiązywać edukacja. Budziłam się rano, siostra już była w szkole, ojciec w pracy, więc siadałam a to na kanapie, a to - częściej - na podłodze i tak na kilka godzin. Młody wiek, a do pewnego czasu też fakt niezrozumienia większości komunikatów, które do mnie zza szklanego ekranu docierały, sprawiły, że specjalizowałam się w kreskówkach i serialach. Seriale były amerykańskie bądź australijskie - jakiś wysyp był Heartbreak High-podobnych tworów - ale formuła sprawiała, że niespecjalnie musiałam łapać, co mówią albo o czym, dało się z ciągłości wydarzeń wywnioskować. Kreskówki natomiast były albo angielskojęzyczne - Cartoon Network nadawali tylko po angielsku, nic nie rozumiałam, ale no gdzie jak gdzie, ale dialogi w kreskówkach są najmniej istotne, chodziło przecież o to, czy złapie czy nie złapie, bądź czy trafi go wreszcie tym kowadłem. Chyba do dzisiaj nie trafił. - albo japońskie, dostarczane przez Polonię 1. Te wszystkie Smerfy Kubusie Puchatki leciały w paśmie dobranockowym, a nie o nim mowa.
Rzecz w tym, że za absolutnie każdym razem, gdy ojciec wracał z pracy, to mnie beształ pt. znowu cały dzień oglądasz to guano? Nie znosił zwłaszcza tych japońskich, może dlatego, że na nie trafiał najczęściej, kwestia godzin. radia byś sobie posłuchała, tam jest tyle ciekawych rzeczy, tyle muzyki, słuchowisk.
Oczywistą reakcją była moja obawa przed radiem. Bałam się go jak ognia, zawzięta byłam i ostentacyjnie wychodziłam z pokoju, gdy je włączał. Żeby mu udowodnić, że mi może naskoczyć.
Zresztą koncepcja siedzenia godzinę przy pudle, w którym nic się nie rusza - nawet RDS-u nie było - słuchanie ludzi, którzy na bank nie istnieją, bo ich nie widać - w końcu zaglądałam do słuchawki w aparacie na korytarzu, gdy dzwonił ojciec - wydawała mi się kompletnie absurdalna, zarezerwowana tylko dla nudnych dorosłych. Po latach okazuje się, że poniekąd miałam rację, no ale mniejsza o to.
Z czasem, pod wpływem siostry i ojca, zaczęłam sięgać po kanały muzyczne, najpierw nadające Britney Spears i Spice Girls, potem rocka. Kolejny powód, dla którego radio było mi zbędne.

Bawi mnie to o tyle, że teraz, gdybym zapytała ojca o radio, to spojrzałby na mnie z niesmakiem. No, chyba, że rzecz dotyczyłaby Tok.fm bądź Trójki. Choć tej ostatniej to też tylko w piątki wieczorem.

Mój stosunek do radia zmienił się pod wpływem dwóch wydawnictw - po pierwsze słuchowiska Ania z Zielonego Wzgórza, których to kaset słuchałyśmy z Gośką całymi dniami a po drugie dzięki odnalzionej w domu książce, będącej zapisem innego słuchowiska - Kocham Pana, Panie Sułku, historyjki krótkie, dowcipne... i bezdźwięczne. Zarówno okładka książki, jak i rodzice, podpowiadali mi, że rolę pana Sułka grał Kowalewski a pani Elizy - Lipińska, acz nie Olga.
I tak zaczęłam słuchać radia. Nie mogąc doczekać się godzin, w których nadawano by jakiekolwiek słuchowiska, zyskiwałam orientację w ofercie muzycznej, kotwicząc się na Radiostacji Harcerskiej i właśnie Trójce. O istnieniu Zetki a potem Eski dowiedziałam się pod wpływem znajomych, co spowodowało pewną wyrwę w moim, w miarę określonym, guście muzycznym, ale kładę to na karb rozwoju. Kasety ze składankami letnimi wyrzuciłam, więc sza.

Radia, jak wiadomo, najlepiej słucha się w nocy. Wtedy bowiem nie ma żadnych prowadzących i leci playlista, zostawiona w pustym pokoju - pamiętam, gdy podczas trwania jednej z audycji nocnych zacięła się płyta i nie było nikogo, kto mógłby ją przestawić. Przez całą noc leciało wonder-wonder-wonder-wonder-wonder-wonder..., które nigdy nie doczekało się ...ful. Pewnie po godzinie się wpadało w jakiś trans, ja tylko sprawdzałam, czy wreszcie ktoś to zmienił, aż w końcu usnęłam - względnie prowadzący jacyś są, ale śpiący, więc mówią niewiele, a to co mówią, jest krótkie i wypowiadane tonem, jakby sami śpiewali w stylu lounge

Mam za sobą, tak jak wszyscy, etap zgrywania piosenek i audycji na kasety.

A potem zaczął się Internet. KaAzY, eMule, DC++, wszystko, co pozwalało nie zdawać się na łaskę radiowców, dlatego częściej amplituner służył mi do podkręcania mocy dźwięku płynącego z komputera, niż jako źródło nieistniejących ludzi, których się tylko słyszało.

Co do słynnej Listy Niedźwiedzkiego, to jestem i byłam z nią na bieżąco najczęściej z powodu architektury. Ojciec słuchał, ja po kilku tygodniach odpadłam, kiedy zdałam sobie sprawę, że tam się niewiele z tygodnia na tydzień zmienia, więc wystarczy mi odsłuch zza ściany i skupienie w okolicy miejsc - i godzin - w których słyszałam lubiany kawałek. Słowem - tej listy jest sens słuchać minimum raz w miesiącu, jeśli chodzi o muzykę, a nie fascynację Helen czy humor dziarskiej Aliny.

Powrót do kwestii radiowej nastąpił wraz z podjęciem przeze mnie pracy, kiedy to musiałam się też pogodzić z małym, srebrnym prostokącikiem, wyposażonym w lichą antenkę, co nijak nie przeszkodziło pudełeczku emitować dźwięków sponsorowanych przez Eskę, Zetkę, RMF a w skrajnych przypadkach - RMF Maxxx.
Zdając sobie sprawę, choć nie bezkolizyjnie, bo to było jak nagły skok na głęboką wodę, po latach przebywania w towarzystwie, z którym głównie łączyły mnie podobne gusta właśnie muzyczne, że niewątpliwie jestem w mniejszości, zlękniona nieco krótkim stażem, postanowiłam nie walczyć, a oswoić wroga. Podejść do sprawy taktycznie, żeby nie zwariować. Wsłuchać się w to, co mnie przez osiem godzin dziennie otacza i może nie tyle znaleźć sobie faworytów, bo to przecież niemożliwe, co wyszukać najmniejsze zło.

O tym, jak nikłe miałam pojęcie o stanie muzyki rozrywkowej, po latach życia w ambitniejszym brzmieniowo getcie, niech świadczy fakt, że przez pierwsze dwa dni wszystko, co słyszałam, było mi nieznane. Po dwóch dniach już znane było, gdyż tam leci w kółko piętnaście tych samych piosenek, które zmieniają się nieznacznie co sezon, ale przez dwa dni pikselowe twarze z Pudelka zyskiwały głos. Dane mi było odkryć, co ma w ofercie, poza cyckami, Katy Perry, Lady Gaga, Rihanna, kim są Jonas Brothers, z zaskoczeniem wyłapywałam pierwsze akordy znanych mi świetnie piosenek, do których chwilę potem dołączano uporczywy bit, serwując mi hity młodości w wersji okrutnie zremiksowanej. Tak jak najbardziej po chamsku, topornie, bezsensownie. Myli się bowiem ten, kto uważa muzykę elektroniczną, jak i jej akcenty, nawet w postaci remiksów, za zło całościowe.
Wybaczalne, bo kiedyś sama wychodziłam z podobnego założenia, ale na szczęście wyrosłam, co radzę wszystkim, gdyż wiele rzeczy może nie tyle, że mnie ominęło, co spóźniłam się z odkrywaniem o kilka lat. W każdym razie - da się znaleźć udany remiks. Ba, część z nich bazuje na już elektronicznych oryginałach. Naprawdę da się.
No ale nie tu. Tu to można tylko zarobić połamanie rąk i kilka wyrwanych włosów, gdy się słyszy te upiorki.

Ukojenia szukałam w sobotach, kiedy to znajdowałam się w pokoju albo całkiem sama albo z koleżanką, która często z niego wychodziła, a w ogóle to przychodziła o wiele wcześniej ode mnie, więc i wychodziła równie wcześniej, co z miejsca stawiało mnie naprzeciw srebrnego prostokącika, celem zmiany stacji. Niestety zmieniała się tylko muzyka, nie system piętnastu piosenek. Oczywiście, że lepiej, gdy przychodzi siedem razy dziennie słyszeć Green Day czy nawet Led Zeppelin niż odzyskaną z depresji Britney, ale też można cholery dostać.

Przy okazji chciałabym napomknąć o przypadku Gotye. Zapewne moje podejście nie różni się zbytnio od podejścia większości tych, którzy niespecjalnie sobie cenią jego one hit dlatego oto, co następuje - tu nie chodzi o wartość piosenki, bo jest równie nikła, co reszty, dlatego tak by umarła w morzu. Rzecz w tym, że ona była wszędzie.
Normalnie, gdy miałam dość danego stylu, gatunku, repertuaru oferowanego przez daną stację, to sobie zmieniałam na inną, ale od niego nie dało się uciec i to było uciążliwe.
Choć działa to w dwie strony - można się też do czegoś przekonać, słysząc to wszędzie. Tak było w przypadku nadchodzącego po Gotye fenomenu Lany Del Rey, która dała mi się poznać od mało ciekawej strony ♫Born to Die, nie zwiastowała niczego na wzór odkrycia. Piosenka nie przekonała mnie do siebie muzycznie, co oznaczało, automatycznie, brak chęci do angażowania się w tekst.  Btw właśnie słyszę ją zza ściany, najwyraźniej ojciec podłapał - nie twierdzę, że ode mnie. Gdzieś tam się wczoraj szlajał, to mu może pokazali. I nadal mnie ta piosenka nie ujmuje. A już z pewnością nie w całą płytę.
Dopiero siedząc pewnego dnia w pokoju, starając się udawać, że nie słyszę Eskowej papki - dostałam zakaz słuchania muzyki via słuchawki przecież, więc znikąd naprawdę ratunku - zarejestrowałam pewną drastyczną zmianę estetyki tego, co słyszę. Podobnie miałam zresztą w przypadku Adele, której ♫Rolling in the Deep wychwytywałam łapczywie, nim się dowiedziałam, kto to i co to i że nie muszę wychwytywać, bo mogę mieć w YT na żądanie. Pech chce, że porwałam się na całą płytę wtedy, przekonując się, że jednak  one hit wonder, wg mnie. Wracając jednak do Lany, to dopiero za kolejną emisją, nadal w natłoku muzycznej bzdury, radio łaskawie powiadomiło mnie z kim mam przyjemność. Mam, co prawda, ten cały Track ID w telefonie, ale zawsze się orientowałam jak już minęło, bo się zasłuchiwałam prozaicznie. Mówię o jej drugim singlu, ♫Video Games, z którym miałam później pewien problem. Tzn. problem, żaden tam wielki, ot - trochę mi się percepcja zaburzyła. Bo czy podoba mi się po prostu czy dlatego, że się wybija na tle? I czy ta, niewątpliwa jednak, odmienność to już plus czy tylko naciągane łapanie się brzytwy? Dopiero ♫Blue Jeans mnie przekonały. Ale tak, niewątpliwie obecność Lany w mojej playliście należy przypisać stałemu kontaktowi poprzez wszelkie stacje radiowe.

Eksperyment, polegający na analizie obecnej muzyki rozrywkowej, nieco głębszej niż co za gówno nie przyniósł jakichś rewolucyjnych wniosków. Raczej zasępił. Miałam bowiem wreszcie nieskrępowany - poza tym wymiarem ośmiu godzin dziennie - dostęp do świata muzyki, w którym na co dzień i z własnej woli się nie poruszam, bo nie mam potrzeby. Nie jestem typem imprezowiczki klubowej, która kasuje się na parkietach w blasku stroboskopów - co nie znaczy, że nigdy na parkiecie nie byłam, a jak już trafiłam to było bardzo przyjemnie, zwłaszcza niemieckie kluby ciepło wspominam, ale to okazjonalne występy - nie mam młodszego rodzeństwa, tak jak moja znajoma z pokoju, która po każdej wizycie w domu rodzinnym zna tekst nowego hitu. Trochę z niej podkpiwam, ale tylko trochę, bo sama nie raz padłam ofiarą wstydliwego mechanizmu, idącego w parze z systemem piętnastu piosenek puszczanych przez kwartał - mianowicie się przyklejają te wszystkie Call Me Maybe  i inne Moves Like Jagger  a że nieskażone są wielce ambitnymi tekstami, to i łatwo zapamiętać. I potem nucisz, nieraz w czyjejś obecności i się musisz gęsto tłumaczyć, że nie  słuchasz  tylko  słyszałaś.
Pomijając jednak radosny aspekt nucenia, to zniesmacza mnie skala prostytucji w przemyśle. Często bowiem zadaję sobie w głowie pytanie jak tym ludziom nie wstyd, przecież to są dorosłe osoby, muszą słyszeć przecież jakich idiotów z siebie robią. Bo o ile kiedyś to służyło rozrywce faktycznie, nawet prozaiczna kwestia zabawy miała jakieś znaczenie, dało się, cholera, do tego chociażby tańczyć - domyślam się, że wizja mnie, słuchającej wyłącznie muzyki inteligentnej pasowałaby do wizerunku, ale to nie do końca tak wygląda. Przykładem mogą być wesela, na których przyszło mi się znaleźć, gdzie z równym zaangażowaniem oddawałam się zabawie przy Shakirze czy Britney, co reszta towarzystwa - a teraz? Matko boska. Wychodzi facet, śpiewa refren ograniczający się do oh oh oh oh oh, podparty z obu stron zwrotkami, które opowiadają mało wysublimowaną historię jednej nocy i trzepie kasę. Albo laska, która nadaje o, niewątpliwie płomiennej, nocy, podczas której przypnie swojego jakiegośtam, nawet chyba nie lubego, co dowolnego, do łóżka kajdankami i będzie tam z nim robić cuda. Seriously? Za moich czasów to chociaż było o miłości. Kiczowato podanej, ale jednak. I posiadało melodię. Jakąś. Jakąkolwiek. Przemyślaną kompozycję, choćby szczątkową, a teraz to tylko walenie w dwa klawisze. Przy odrobinie fartu w dwa. Ciekawi mnie, perwersyjnie, co będzie dalej - czy może dotkną muru i zawrócą czy... co właściwie może być dalej? Pewnie przyjdzie mi się, niestety, przekonać.

Złudne są czyjekolwiek nadzieje, iż ten problem dotyczy wyłącznie rozrywki popowej. Rock, czy uczciwiej pisząc, pop-rock też spsiał. Przynajmniej ten serwowany w radio. Jest oczywiście strawniejszy niż to, co się dzieje na Zetko-Esce, ale nie pozwala się zabrać do domu.

O polskiej muzyce radiowej nie będę mówić nic, bo mi od razu skacze ciśnienie i ja się wcale nie dziwię, że oni to w nocy puszczają i kompletnie nie mam zamiaru walczyć o zmianę tego stanu rzeczy, bo tak, niech to gnije gdzie indziej, poza mną, gdyż polska muzyka, polskie teksty obecnych przebojów mają ten feler, że nie da się uciec od słuchania tekstu. Grafomańskiego w większości przypadków.

Jedyną godną uwagi stacją są Złote Przeboje, bo tam zaiste, można czasem uświadczyć piosenek, które były piosenkami. A nie produktami.

Nad Trójką nie będę się zżymać publicznie, bo to jest kwestia li tylko mojego gustu, tego, że mnie styl tej stacji męczy, szytej na miarę swoich słuchaczy, w większości pretensjonalnych hipsterów, którzy do dziś błogosławią Yorke'a, nie zauważając, że czasy Ok Computer Kid A zespół ma dawno za sobą.
Nie będę też już nikogo przekonywać do podzielania mojego postrzegania, które charakteryzuje się brakiem ślepej - głuchej - lojalności względem wykonawcy i że mi nie przychodzi z trudem jawne przyznanie, że podupadł, przy jednoczesnym docenianiu, bez straty na sile, jego dorobku z czasów zanim podupadł. Ja naprawdę dalej kocham Skunk Anansie, Springsteena, Pearl Jam i nie wiem, no, nawet wspomniane Radiohead, tyle, że minus ich ostatnie wydawnictwa. Prawo wieku. Jedni są jak wino i dojrzewają, inni jak chleb i pleśnieją. Nie będę przekonywać, bo się nie da.

Oczywiście wiem, że jest jeden argument, który odbije cały ten wywód - zagraniczne radiostacje internetowe. W pełni się zgodzę, miałam przyjemność obcowania, niestety w pracy mam wyłączone głośniki i zero szans na włączenie - mój kancelaryjny informatyk to jest jakieś zawodowe kuriozum, nie tylko w mojej opinii - dlatego nie podejmuję tu tej kwestii. Zostawię ją na kiedy indziej.

Chciałam napisać o swojej relacji z polskim radiem. I wreszcie mi się udało.

5.6.11

.

nie będzie tribute'u do jednego z najważniejszych zespołów mojej młodości, który ostatnio zakończył działalność, bo najpierw mi się nie chciało pisać, gdyż za dużo materiału, a jak się spięłam to przyszedł Murphy i zepsuł Lazarusa. tzn. go zaktualizować postanowił zapisując wszystko do trzeciego czerwca. piąty też zapisuje, a czwarty poszedł w cholerę. nie chce mi się tego teraz pisać.

zespół się rozpadł. i tyle.

15.11.10

oda do słuchawek.

zanim cokolwiek powiem od siebie, zacytuję Xing'a:

Wprost uwielbiam słuchać muzykę na słuchawkach. Z dwóch powodów. Po pierwsze kocham słyszeć zwrotki w tle i takie dziwne niuanse. Ze zwrotkami mam na myśli to, że czasami wsłuchując się w piosenke z uwagą, słyszać dodatkowe zdania, wyrazy czy dźwięki. Np. jeśli ktoś śpiewa w formie monologu, wyjątkowo skupiając się można usłyszeć dogadania czy dopowiedzi kogoś do kogo to trafia. Nie mam teraz przykładu. Albo w Kalibrze 44 jest bardzo często zabawa kanałami i niektóre słowa słychać tylko na prawej słuchawce, a niektóre na lewej. Daje to takie niesamowite przestrzenne wrażenie, które kocham. Kocham też pojedyńcze słowa i zabawy z nimi. Np. w piosence Sistars "Spadaj" (zacząłem słuchać Sistars i Paresłów), w nieocenzurowanej wersji, po dialogu faceta jest "i chuj mnie obchodzi blablabla. [ok.1:15s]". Słowo "chuj" jest tak magicznie ociężałe, tak przenikliwie niepasujące, tak ciężkie że słucham tego słowa z taką niekłamaną przyjemnością że o to zakrawa o psychoze. Drugą rzeczą, jest oddech. Już usłyszałem, że jestem chory, ale wdech przed zwrotką, czy wydech po zwrotce przyprawia mnie o drżenie. Lubię mieć wrażenie, że piosenka jest zaśpiewana na raz, bez montażu. Słyszenie oddechu piosenkarza daje mi tego złudzenie, czuje że jest człowiekiem, że jest bliżej mnie. Chore co?

- pewnie się nie obrazi, gdyż sam to opublikował. idealnie oddał w czym rzecz.

możecie sobie zamiast Kalibra podstawić the Knife, zamiast chuja w Sistars wstawcie instead z ♫Summer's Gone Placebo i macie wypisz, wymaluj - mnie. nawiasem mówiąc - nawet nie wiecie jaka to frajda, gdy Twój przyjaciel niejako utwierdza Cię w przekonaniu, że słusznie nazywasz go przyjacielem właśnie takimi cytatami, pod którymi możesz się podpisać. tym bardziej, że nie jest to jakiś banał.

różnie bywało. kiedyś słuchawki były dla mnie synonimem męczarni w imię kultury: muszę cicho na słuchawkach, żeby nie przeszkadzać innym napieprzaniem z głośników. dlatego raczej nie korzystałam. zaciskałam zęby i sobie obiecywałam, że jak tylko będę mogła to basami rozwalę kilka ścian.
bo ja muszę głośno, muszę czuć muzykę w sobie, w środku, jak się trzęsie od natężenia to idealnie.

i wtedy! zauważyłam, że właśnie słuchawki są w stanie mi to zapewnić. dźwięk nie rozprzestrzenia się po pomieszczeniu, tylko trafia wprost do ucha, do ciała, do krwi, do mózgu. czyli... tam gdzie powinien. i słuchałam z kolei tylko na słuchawkach, nawet jak mogłam bez.

gdy byłam w Niemczech i moi wykonywali piosenkę, w której akurat nie brałam udziału to wychodziłam na papierosa. na szyi miałam obowiązkowo telefon i nie dlatego, że ja taka gaduła tylko miał odtwarzacz mp3. celowo kupiłam model reklamowany jako bardziej walkman niż telefon. i wtedy usłyszałam: ♫Girls' Night Out i ♫Forest Families, pierwszy raz na słuchawkach. bezkonkurencyjne przeżycia. w przypadku pierwszej uaktywniły się zabawy kanałami oraz smaczki, które giną podczas słuchania na ogólnym a druga zabrała mnie w podróż, taką senną, rozmytą, z mgłą i w ogóle. bardzo bolesne było przywołanie mnie do porządku, bo właśnie chcieli śpiewać to, gdzie miałam zwrotkę.

moje pierwsze słuchawki były pomarańczowe, z taką gąbką i opaską. nie lubiłam ich strasznie, głównie za to, że były pomarańczowe a poza tym głupio mi było, że je widać. dlatego byłam przeszczęśliwa, gdy do gry włączył się model douszny. kupiłam czarne, tak, żeby nikt nie widział. faktycznie nikt nie widział, zwłaszcza starsze panie w autobusach i na przystankach, które uznawały mnie za chama-prymitywa bo nie odpowiadałam na ich pytania. szybko się jednak okazało, że mam coś nie halo z uszami i to nie laryngologicznie tylko eee... anatomicznie? słuchawki albo wypadały albo, gdy udało mi się je wreszcie zainstalować, powodowały szybko ból uszu. i wtedy pojechałam do Madrytu, do kuzynki.
to, że to Madryt nie ma kompletnie znaczenia - ma znaczenie, że byłam u kuzynki w pokoju i podczas jej nieobecności wypatrzyłam słuchawki, chyba, dla sportowców. coś w tym guście. i to było to! słuchawka właściwa jest w nich ruchoma, co pozwala mi na umiejscowienie jej w uchu w sposób właściwy a zauszniki sprawiają, że trzyma się ta moja kompozycja i nie muszę już trwać jak kamień, byle nie wyleciały.

ponieważ ceny w Madrycie są wiadome to odczekałam do powrotu. niestety, T. pojechał do jakiegoś Media Marktu i podczas kupowania głośników do komputera - które obecnie mi się dostały - kupił mi słuchawki. Sennheisera, cholera (ależ rym). douszne. jestem dobrym człowiekiem i jak widzę, że ktoś się postarał - T. się postarał; Sennheiser drogi a my nie mieliśmy kroci - to i ja się staram, więc męczyłam się z bolącymi uszami i nie pisnęłam, że wolałabym inne. odczekałam aż będę miała wolne pieniądze i kupiłam taniego (w porównaniu z S.) Panasonica, sportowe. sprawdzają się genialnie. Sennheiser leży w szufladzie.
niestety (?) są szaro-niebieskie więc nie dość, że widać to jeszcze gdy je zakładam to wyglądam jak agent FBI czy inna pani z infolinii.

umieściłam znak zapytania przy niestety, bo jakiś czas temu ktoś mi dał czegoś posłuchać na takich wielkich słuchawach. audiofilskich, ą i ę. i się absolutnie zakochałam. w słuchawkach, nie we właścicielu. to uczucie chwytu ucha, dzięki czemu czujesz się jak w dźwiękowym kasku... rewelacja. no i głośnik większy - o wiele lepszy efekt. no a wiadomo - te wielkie widać. chyba nawet na tym polega lans, że widać.
jak już mi się skończą koncerty, na które muszę czy musiałam pokupować bilety, to sobie sprawię takie słuchawki. nie dla lansu, dla obłędnego wrażenia. idziesz i jesteś muzyką. czujesz ją wszędzie, zamykasz oczy - nie jak idziesz, bo się wpierdolisz pod samochód - i ją widzisz. odrębna kraina, szaleństwo, raj.

ta cała notka powstała dlatego, że właśnie jest przed szóstą, ciemno, świat śpi a ja, wraz z moim sportowym modelem i ♫IAMX-em, podróżuję. i akurat tej nocy nie idzie o tekst a o te wkręcone między zwoje, klawisze.

może kiedyś stworzę listę do słuchania tylko na słuchawkach.

3.8.10

#ffffffound!

Yonderboi - Intro (Soundsculptors)

At the beginning, oh, long before that - when light was deciding who should being in and who should being out of the spectrum yellow was in trouble. Even then seems that green, you know how green can be, did not want yellow in, because of some primal envy I suppose, but for whatever cause the effect was bad on yellow and caused yellow to weep yellow tears for several eternals - before there were years. Until blue heard what was up between green and yellow and took green aside for a serious talk in which blue pointed out that if yellow and blue were to get together, not that they would but if they did - a gentle threat - that they could make their own green.
"Oh" said green with some understanding. Naturally, by a sudden change of hue green saw the light and yellow got in. It worked out fine. Yellow got lemons and green got limes.


Ken Nordine Yellow

bo szukałam, szukałam i znaleźć nie mogłam a jak w końcu mi się udało, to wylądowało w czeluściach Zupy. no to skoro już znalazłam po raz drugi, to niechaj będzie to moje ostatnie szukanie i niech zostanie utrwalone tu. niech.

perełka.

13.11.09

HRC anthem.


To jest graficzny zapis poniższej notki

Byłam w HRC, mogę umierać. Tak?

Mieszkam w tej Warszawie, mam tyle lanserskich miejscówek na odległość kilku ledwie przystanków, a nie korzystam. Niepoliczalne ilości razy spotykałam się z zaskoczonymi niepomiernie spojrzeniami ludzi spoza miasta, gdy usłyszeli, że nie znam tego czy tamtego. Rrrrany, jak ja bym mieszkał/-a w Warszawce, to codziennie bym tam...
No, a ja ani razu w Hard Rock Cafe nie byłam, choć wielokrotnie zdarzało mi się przechodzić obok. I nawet czas miałam i trochę grosza, a mimo to. Najpierw dlatego, że to miejscówka dla snobów, jebanych dekadentów, zakompleksionej elity i nadętych pozerów. Później dlatego, że podczas wizyty SweetSatan zajrzałam - dziewczyna odwiedziła każde HRC znajdujące się w większych miastach świata, taki, wiecie, rytuał - i mi się umiarkowanie spodobało. Nie lecę na widok ciuchów Elvisa, na jego rękopisy, na kostki od gitar Satrianiego, na okulary Bono, czy inne w tym guście.
Podobna niechęć do lansu zawsze trzymała mnie w bezpiecznej odległości od naszej edycji Starbucksa. Bo byłam w Hamburgu i kawa była zwyczajna, bez ochów i achów, acz z logiem.

Traf chciał, że zarówno do polskiego Starbucksa i polskiego HRC udałam się z Wio. A może to nie traf, może po prostu mam wielkomiejską przyjaciółkę? No chyba. Na następny raz umówiłyśmy się na pójście do Utopii. Istny Sex and the City.

A zaczęło się bardzo niewinnie. Rzeczona Wio - oficjalnie Dorotka - była cokolwiek nie w sosie. Dlatego ja, wierna przyjaciółka, genetycznie ukierunkowana, zaproponowałam by nie bawić się w kurtuazyjne kawki, tylko po ludzku pójść się napić. Acz nadal elegancko, bo drinków a nie wulgarnej wódy.

Mamy obcykane pewne miejsca w Złotych, ale złapałyśmy się na tym, że nie mamy gdzie pić. A może i mamy, ale nie wiemy gdzie. Na to samo wtedy wychodziło. I nagle myśl. Gdzie jak gdzie, ale w Hard Rocku można się będzie alkoholizować.
Machnęłam ręką i poszłyśmy. W atmosferze ojezu, jezu, idziemy do hard rocka, czy mamy wystarczające flesze w aparatach bo to trzeba na facebooka wrzucić!. Z przymrużeniem oka, rzecz jasna. Gdyby Wio chadzała w miejsca tylko dla zdjęć na Facebooku to nie chadzałabym z nią raczej.

Najpierw siadłyśmy tuż przy drzwiach, przy wejściu, otrzymałyśmy karty i nam szczęki opadły do podłogi. Hitami były drinki za 56,- oraz jakiś za 3.. tysiące ponad. Tzn. ten za trzy tysiące to nie, że sam drink, ale nie wiem co by musieli oferować za taką cenę.

Cena mojito - 23 złote. Stwierdziłyśmy, że w takim razie lepiej będzie pójść na dół - tj. do stylowego basementu, skoro taniej niż 23 zł się nie da.
Pani kelnerka wyglądała na wielce zaskoczoną, że my tylko te mojito, bo w takim razie po co w HRC a nie w lokalu bez renomy?. Tzn. absolutnie nic nam takiego nie powiedziała, ale i nie musiała - mowa ciała: checked.

Dół już znałam, więc raczej oprowadziłam Dorotkę, pokazałam słynną ścianę z połówek korpusów gitar elektrycznych i postanowiłyśmy zlitować się nad biednym kelnerem, co to latał za nami, by wskazać nam stolik. Którego nie było. Tj. albo zajęte albo Reserved (napisać Rezerwacja to już nie można, nie?).
Przy barze też zero miejsc, więc zasiadłyśmy przy ławie, obok ściany Roda Stewarta. Z Wio naprawdę musiało być gorzej, bo stwierdziła, że ów Rod jest przystojny.

Ponieważ dół to nie góra - musiałyśmy złożyć zamówienie jeszcze raz. Gdy precyzowałam barmance gdzie siedzimy, by nie pokazywać małej Dorotki w tłumie, powiedziałam, że przy Stewart'cie. Dziewczyna nie zrozumiała, nawet gdy doprecyzowałam, że przy Rodzie Stewart'cie. Prawie jak przy Bondzie. Jamesie Bondzie.

Odchodząc poprosiłam o popielniczkę, która okazała się być identyczna, jak ta, którą uraczono mnie w Krakowie, w Lizard Kingu. Nieprzypadkowo porównywałam jeden lokal do drugiego wtedy. Czemu wyraz dałam cieniem uśmiechu pod nosem.

Nie powiem, żeby tamtejsza obsługa zasługiwała na uznanie lub napiwek. Nasze drinki czekały na barze dobry kwadrans, aż w pewnej chwili przerwałyśmy z Wio rozmowę, przyglądając się ich losom. Żeby było jasne - to nie była samoobsługa, co i rusz po plecach przechodzili nam kelnerzy z tacami. Jeden podśpiewując pod nosem The Who, Armenia City in the Sky.
Sam drink nie był absolutnie wart swojej ceny - śladowe ilości rumu, głównie lód i cytrynki. I nieco mięty.
Zresztą, ustalmy coś - miejsce dla prawdziwych rockmenów z takimi cenami? Kapele garażowe, studenci, piece na kredyt i takie coś? Jak to się ma do rock'n'roll'owego stylu życia, ha?

Muzyka z plazm ustawionych nad barem leciała za cicho - można było tylko kontemplować wideoklipy. I odśpiewać Love Me Do Beatlesów, bo to tak charakterystyczna melodia, że wystarczy chwila szemrania, a wiesz gdzie zacząć a gdzie przerwać. Więc odśpiewałyśmy. Tekst też jest niewyszukany. Wio pamięta z karaoke w Grecji, ja pamiętam, bo się siostra w Bitlach kochała więc siłą rzeczy...

Wyszłyśmy, bo już był czas ale i bez żalu. Zwłaszcza po tym, gdy z sześćdziesięciu złotych wydano mi resztę w monecie. Jednej. Czego oczy nie widzą.. - tu widziały.

Zdecydowałam się umieścić tę notkę tu, nie na pingerze, bo po pierwsze - moja niechęć, oparta do tej pory wyłącznie na teorii, do Hard Rock Cafe jest znana i musiałam poważniej podejść do obalania mitu i potwierdzenia niechęci w praktyce, a po drugie...

Wracałam pustym niemal wagonem metra. Po brzegach siedziały jakieś niedobitki, koło mnie mama z rezolutną dziewczynką, która rozpoznawała stacje po mieszkających niedaleko członkach rodziny, lub znajomych rodziców. Np. Słodowiec okazał się być stacją cioci Ilonki. Gdy natomiast jechałam do centrum, to koło mnie siedziała babcia z wnuczkiem, który domagał się, wypożyczonej z biblioteki, książeczki o żółwiu Franklinie. Franklin i Walentynki. Opcje są dwie - chłopiec będzie gejem lub najlepszym przyjacielem kilku kobiet.

I złapałam się na tym, że bardzo lubię metro. Wypełnia ono w stu procentach moje nikłe zapotrzebowanie na lans. Mogę się w nim pobawić sobą, zachowywać jak amerykańska dziewczyna z kawą, książką i słuchawkami w uszach. Mogę machać sobie nogą, mogę bezgłośnie śpiewać do tego co mi w słuchawkach rozbrzmiewa, mogę się zakręcić na rurze, mogę być sztucznie naturalna. Podskoczyć mogę też.
O ile bowiem w kontaktach z ludźmi cenię sobie szczerość, praktycznie na jej brak nie wyrażając zgody, o tyle ja sama lubię sobie poudawać kogoś kim nie jestem, dla własnej rozrywki. Przybieram wtedy pozę, patrzę w inny sposób, idę innym tempem, jakbym grała w filmie.
Każde miejsce to inna forma i właśnie tę z metra bardzo lubię. Bo to nie tylko to co na zewnątrz. Myślę w inny sposób wtedy, uśmiecham się do ludzi, przyglądam się takim dzieciakom, wraz z lektorem informuję pasażerów o kolejnej stacji lub o tym, że stacja końcowa niestety i trzeba opuścić pociąg.
Rzecz jasna robię to tylko, gdy jestem sama. Nikt by nie zrozumiał, że mi nie gorzej.

By ten dzień był zabawniejszy - poinformowałam pana kierowcę autobusu o tym, kiedy odjeżdża ów. Pan bowiem na pętli podszedł, przetarł lusterka, zajrzał, by z telebimu dowiedzieć się za ile ma odjazd, wsiadł za mną, zasiadł za kierownicą i pojechał.

Ciekawe czy pasażerowie wiedzą, że ich los zależał od mojego widzimisię. Mogłam bowiem podać mu późniejszą godzinę, by skończyć papierosa, a nie gasić w połowie, jak zmuszona byłam zrobić.

26.6.09

Nine Inch Nails, koniec i początek.

Relacja moja z Nine Inch Nails, przedstawiona graficznie, zapewne przypominałaby sinusoidę. Poznałam ich dopiero za czasów wydania Fragile - a konkretniej dzięki Into the Void. Nie wiem do tej pory, gdzie Ojciec podsłuchał ten charakterystyczny motyw, ale faktem jest, iż płyta zaistniała na wieży i - jak to bywa najczęściej w przypadku piosenek wpadających w ucho mojemu ojcu - szybko mi się przesłuchała. On ma ten nieznośny dryg do słuchania przez tydzień tego samego, a ja, poza chyba tylko dwoma wyjątkami, bynajmniej owego zamiłowania nie podzielam. Nie chwyciło, pewnie dlatego, że nie przesłuchałam całej płyty.

Jakiś czas po tej into-the-void-manii poznałam kilka osób, które były (pewnie są nadal) dozgonnymi fanami Trenta i spółki. By mogło między nami dojść do porozumienia na stopie muzycznej, musiałam się zapoznać z resztą twórczości. I tak to zostałam miłośniczką Pretty Hate Machine, którą, jeśli pytano by mnie o tzw. ulubioną płytę NIN, wymieniałabym w ciemno do dziś. Choć przyszłoby mi się gęsto tłumaczyć z tego stanowiska, bo z kolei z The Downward Spiral wiąże się najwięcej wspomnień, emocji, etc. Czyli w sumie też najlepsza, choć nie ulubiona. Zresztą nigdy nie udało mi się odpowiedzieć na pytanie o Nine Inch Nails jednym zdaniem. A może to kwestia nie do końca fajnych wspomnień, więc zostańmy jednak przy PHM.

Później przyszły czasy remixów The Perfect Drug - Halo 11 - a wraz z nimi niezapomniany The Perfect Drug [remixed by Plug], odkrywanie niezaprzeczalnych uroków NINowych instrumentali - A Warm Place, The Frail (ciekawostka taka, iż wolę wersję koncertową z And All That Could Have Been) czy La Mer - emisja teledysku do Starfuckers, Inc.

I na dłuższy czas przerwa. Ponad roczna, zero kompletne, unikanie jakiegokolwiek kontaktu. Z premedytacją.

Po rzeczonej przerwie zaczęły się internetowe wycieki z With Teeth, a dokładniej The Hand That Feeds. Szkoda, że nie wiedziałam, iż jest to jeden z dwóch dobrych numerów na płycie, bo nadzieje wywołał spore. Na nowo rozgorzała fascynacja, której się pod wpływem w/w. znajomych poddałam. Tzn. taka zdrowa fascynacja, Trent Reznor nigdy nie przesłaniał mi świata, nie cięłam się przy Hurt...

Właśnie, kwestia Hurt. Wraz z końcem zauroczenia Boskim Byłym przyszła odraza do tego utworu. Irytujące porównania, uderzająca patetyczność i chcąc, nie chcąc, identyfikacja tego swoistego hymnu katastrofistów z ich miernym sposobem bycia. Później tylko się to wszystko spotęgowało po wydaniu przez Casha jego wersji tegoż utworu. Nie wnikam czy Trent faktycznie miał coś w oczach słuchając tego, ale cała ta bajeczka o przejmującym teledysku i symbolice słów płynących z ust umierającego muzyka, do mnie nie przemawiała. I nie przemawia.

No ale wyszło w końcu całe With Teeth i było beznadziejne. The Hand That Feeds jest najjaśniejszym punktem całego albumu, prowadząc za sobą chwytliwe Only, do którego podziwiany klip zdaje mi się zwyczajnie kiepski. Boże kochany, jaka ja jestem anty.

A potem Year Zero. To już zupełnie inna kategoria, tu już nie patrzy się na kolejną płytę w dorobku debiutującego Pretty Hate Machine zespołu. I dobrze, że potrafiłam to pooddzielać od siebie, dzięki temu dostrzegłam kilka fajnych piosenek, na czele z Vessel czy Greater Good.

I nagle Trent dostał cieczki. Wydawał jak szalony - od The Downward Spiral w X-ie wersji po The Slip. Znalazł siły na genialne Ghosts I-IV. Jak ktoś, tak jak ja, niebywale sobie ceni NIN instrumentalny, to ciężko nie docenić takiej perełki. Dodane do nich pdf-y potęgowały tylko to wrażenie. The Slip mnie bardzo zraziło, brzmi jak popłuczyny dla najwierniejszych, nieobiektywnych fanów i istnieje tylko jedno wykonanie Discipline, które mnie nie irytuje. Które? To za moment.

Zmuszona byłam jednak do słuchania tego wszystkiego w wersji studyjnej, tudzież podczas oglądania koncertu na DVD. Nie tylko ja zresztą.

O petycji zredagowanej przez oficjalną drużynę polskich fanów formacji, Krainę NIN, słyszałam miliardy razy. Raz ją podpisałam, dla świętego spokoju. Po pierwsze mi nie zależało, po drugie po tym jak usłyszałam od ilu lat już widnieje w Sieci, bez rezultatów, to i sensu nie dostrzegałam. Nie jestem fanką zrzeszeń, dlatego mimo kilku ofert nadal pozostaję poza Krainą. Teraz to już nie ma opcji, za nic się nie zapiszę. Adminuje to laska, która mi działa na nerwy i jakoś nie znajduję w sobie dość determinacji by tłumaczyć wszystkim wokół, że przynależność do jej wianuszka nie ma związku z potrzebą lizania jej tyłka. Rzekłam. Newsletter z nin.com mi wystarczy.

W kwietniu jednak wyszło na jaw, iż modły Krainowców zostały wysłuchane i ostatni gwizdek NIN zabrzmi i w Polsce. Zadziałał sentyment i siła Jedynej Szansy. Acz nie ślęczałam w nocy... Znaczy ślęczałam, ale nie dla siebie. Ja bilet kupiłam długo po wypuszczeniu ich na rynek. Głównie ze względów finansowych, choć wydawało mi się wtedy, iż nie płakałabym nazbyt rzewnie, gdybym nie zdążyła. Chyba wyrosłam z wieku koncertowego. Do ostatniej chwili, tj. do chyba dwóch minut po 22-ej w ostatni wtorek, podchodziłam do sprawy lekceważąco.

A w przypadku Pearl Jam, Skunk Anansie czy Opener'a sprzed trzech lat, nakręcałam się już po zdobyciu biletów, heh.

Po pierwsze wcale nie czułam się gorsza z racji 2-ego sektora, po drugie z grubsza waliła mnie kwestia playlisty i tak nadszedł 23-ci czerwca. Większe nadzieje budził fakt pierwszej wizyty w Poznaniu, miałam połazić po Jeżycach ale się poopóźniało wszystko, poumawiałam się z ludźmi... Zabawne jest to, że zarówno z jednymi jak i z drugą widziałam się przez mniej niż 5 minut a i tak przeszkodziło mi to w zwiedzaniu. Coś za coś - miałam najlepszą w mojej sytuacji miejscówkę. Mimo słabego wzroku, widziałam wszystko. Może faktycznie, nie widziałam pięknego, zapewne spoconego Trencika, ale na boga, nie o to mi szło. Szłam na koncert, szłam ich posłuchać na żywo, a nie dostawać amoku pod sceną. To nie ja. Nawet jak stałam tuż pod sceną na Placebo, to stałam. Szczęśliwie się dało stać.

Miejscówka sprawdziła się też dlatego, iż miałam fanatyków jak na dłoni - pierwszy rząd niemal cały obleczony w koszulki z emblematem NIN, które różniły się tylko kolorami, więc zero inwencji własnej. Inni z kolei inwencją popisali się aż za bardzo i trafiłam na kilka gothek-idiotek, mhocznych rycerzy czy innego barachła. Miałam koło siebie niespełnionego posiadacza biletu w pierwszym sektorze, po minie dało poznać, że chciałby i skakać, i się drzeć i tkwić w centrum podscenicznego młyna.

Bez rozdrabniania się na poszczególne utwory, koncert był genialny. Głównie za sprawą nie samego lidera a pozostałej trójki. Boże, jak oni grają. Finck to jest klasa sama w sobie. Nagłośnienie było doskonałe, co tylko potęgowało to wrażenie.

Z rozdrabnianiem - najbardziej jednak utkwił mi w pamięci Mr. Self-Destruct. Choć domyślam się, co wtedy działo się pod sceną, to jednak cieszę się, iż mogłam spokojnie obserwować ten kulminacyjny moment. Frail choć na gitarze grany też zarejestrowałam, choć nie jest wymieniany w setliście. La Mer i kilka ukłonów wobec Pretty Hate Machine to taka wisienka na torcie. Tak, i właśnie tu, pod wrażeniem wszystkiego będąc, nie skrzywiłam się przy Discipline. I zapewne dla fanów zagorzałych pożegnalny Hurt był co najmniej ekstatyczny. Także, jak to ktoś powiedział, przekrój przez twórczość wyśmienity.

I nie pasowałby mi to Closer jednak.

O Panu Supporcie nie wspomnę, bo był tragiczny.

Koncertowy absolut, nawet gdyby - choć wątpię - mieli za kolejne 10 lat się pojawić, to już dziękuję. Takie sprawy się przeżywa jednorazowo. Bez porównań.
darmowe liczniki statystyki