3.8.10

#ffffffound!

Yonderboi - Intro (Soundsculptors)

At the beginning, oh, long before that - when light was deciding who should being in and who should being out of the spectrum yellow was in trouble. Even then seems that green, you know how green can be, did not want yellow in, because of some primal envy I suppose, but for whatever cause the effect was bad on yellow and caused yellow to weep yellow tears for several eternals - before there were years. Until blue heard what was up between green and yellow and took green aside for a serious talk in which blue pointed out that if yellow and blue were to get together, not that they would but if they did - a gentle threat - that they could make their own green.
"Oh" said green with some understanding. Naturally, by a sudden change of hue green saw the light and yellow got in. It worked out fine. Yellow got lemons and green got limes.


Ken Nordine Yellow

bo szukałam, szukałam i znaleźć nie mogłam a jak w końcu mi się udało, to wylądowało w czeluściach Zupy. no to skoro już znalazłam po raz drugi, to niechaj będzie to moje ostatnie szukanie i niech zostanie utrwalone tu. niech.

perełka.

31.5.10

they shook me all night long.

(aka AC/DC, alright!)

całkowitym rzutem na taśmę trafiłam na czwartkowy koncert AC/DC na warszawskim, oraz mi pobliskim, lotnisku Bemowo.
z początku znajdowałam ową pobliskość nieco rozczarowującą, gdyż od małego kojarzyłam wyprawy na koncerty z... no właśnie, wyprawami. plany podróży, pociągi, zwalniałam się z lekcji, szykowałam legitymację, wybywałam z domu pięć godzin przed godziną W, zastanawiałam się czy zdążę, zdążałam, nie zdążałam, cała eskapada to była. a tu? dwa przystanki autobusem, dziesięć minut pieszo i jestem.

także ten. koncert na ósmą, wyszłam z domu po siódmej. a mogłam spokojnie wyjść o tej ósmej, bo się pragnęłam spóźnić na support. bo wiecie, grał Dżem. a ja Dżemu szczerze nie znoszę. i się nie udało, w sensie zdążyłam.
gdy docierałam do swojej trybuny, to zawodzili O Victorio, moja Victorio. no kanał kompletny. zresztą nie byłam jedyna - mimo, że garstka fanów przybyła na harleyach, wszyscy w skórach, długie włosy, potencjalny target Dżemu, to nie zrobiły chłopaki furory. obyło się bez bisów, a ja siedziałam znużona i marzłam.
yhy, marzłam. już na supporcie, co kiepsko wróżyło.

szczęśliwie jakoś wpół do dziewiątej Dżem był łaskaw się zmyć, pozostawiając nas z jakimś jazzem płynącym z głośników.
jeśli idzie o wiek publiki to pełne spectrum: od trzynastoletnich niedobitków, przez trzydziestolatków, po - oczywiście - rówieśników samego AC/DC.

koło dziewiątej doczekaliśmy się. my, czyli ja i:
Fotosik darmowy hosting obrazków oni, Fotosik darmowy hosting obrazków oni oraz Fotosik darmowy hosting obrazków oni.

wbrew zasłyszanym - no, zaczytanym - plotkom, żaden pociąg na scenę nie wjechał. pojawił się, owszem, na telebimach, wraz z całą animacją.

trzeba w tym miejscu wtrącić, iż ja AC/DC kojarzę. znałam dwa utwory na krzyż, słyszałam o nich oczywiście mnóstwo, wielu moich znajomych zna, lubi, niektórzy nawet bardzo. dla mnie raczej stanowili pojęcie. stąd ten rzut na taśmę wspomniany we wstępie. nie mówię tego, by rozzłościć tych, których nie było. chodzi mi o oddanie skali uderzenia, z jakim się spotkałam.
dla wiernych fanów z pewnością poziom czadu, mocy, powera, energii, itp. jaki niosą za sobą te cztery litery to norma. dla mnie... cóż. czy wystarczy jak powiem, że kompletnie nie było mi zimno, a wręcz się spociłam jak mysz? :)

zresztą, nawet rzesze fanów młodocianych, które stały mi na plecach oraz machały flagą przed nosem, były pod ogromnym wrażeniem, któremu upust dawały czy to entuzjastycznym darciem się - które przeszkadza mi tylko podczas słuchania dokonanych nagrań - czy to komentarzami w stylu "stary, ja nie wiem co powiedzieć, ja normalnie jestem kurwa w szoku". no, ja też byłam. whoa!

Angusowe solówki, którymi się popisywał przy każdym utworze, zwalały moje uszy z nóg. biorę oczywiście poprawkę na to, że mnie solówki gitarowe biorą ogółem i że dawno - eee... ostatnio rok temu, na NINie? - nie byłam na koncercie i że byłam głodna riffów, jak cholera ale to było coś więcej.
i jego energia, heh. lat ma 55, a miota się, skacze, rzuca, biega, nie zabrakło słynnego już duck-walku. wulkan dla ucha i dla oka. [tu próbka jego możliwości]

Angus był, rzecz jasna, niekwestionowaną gwiazdą wieczoru. Brian Johnson zapisał się w pamięci głównie tym, że po każdym utworze krzyczał alright! - stąd podtytuł notki całej. w pewnym momencie już go publiczność wyręczała w tym.
dzielnie starał się dotrzymywać tempa Angusowi, latał po scenie wzdłuż i wszerz, i choć dawał radę - tak, zwłaszcza, że ma 63 lata - charakterystycznym wokalem, to fani nie zawiedli i śpiewali z nim, z czasem go po prostu zagłuszając.

na dowód: Highway to Hell, wykonane na bis, które także było opatrzone solówką, ale takie już są brutalne prawa ograniczonego miejsca - albo solówka niezidentyfikowana, ale część podstawowa. a trzeba pamiętać, że w pewnym sensie robiłam za wysłannika, więc chciałam oddać całą atmosferę koncertu.

i tak oto koncert się skończył, koło 23. eksplozją sztucznych ogni.

nakręcona energią nabytą, podarowałam sobie próby łapania pojazdów. zresztą nie było sensu - zamknięto ulicę, cobyśmy mogli bezstresowo wracać zarówno chodnikami, jak i jezdnią oraz torami. obyło się chyba bez atrakcji, tj. mimo tłumu, szliśmy zgodnie. pomijając ludzi z plecakami o które parę razy przyszło mi się obić, oraz tych, którzy na zasadzie "wtem!" przypominali sobie, że właściwie to oni mieli wyjść na prawo/lewo i skręcali, przepychając się i tamując tych co za nimi. ludzie, huh?

miałam pewne obawy, czy nie popsuje to trochę wrażenia, że brałam udział w Czymś, skoro wracałam z Tego z buta. ale nie. na szczęście.

Fotosik darmowy hosting obrazków


a na koniec setlista. i tak, macie czego żałować.

1. Rock N’ Roll Train
2. Hell Ain’t a Bad Place to Be
3. Back in Black
4. Big Jack
5. Dirty Deeds Done Dirt Cheap
6. Shot Down in Flames
7. Thunderstruck
8. Black Ice
9. The Jack
10. Hells Bells
11. Shoot to Thrill
12. War Machine
13. High Voltage
14. You Shook Me All Night Long
15. T.N.T.
16. Whole Lotta Rosie
17. Let There Be Rock
18. Highway to Hell
19. For Those About to Rock (We Salute You)

13.11.09

HRC anthem.


To jest graficzny zapis poniższej notki

Byłam w HRC, mogę umierać. Tak?

Mieszkam w tej Warszawie, mam tyle lanserskich miejscówek na odległość kilku ledwie przystanków, a nie korzystam. Niepoliczalne ilości razy spotykałam się z zaskoczonymi niepomiernie spojrzeniami ludzi spoza miasta, gdy usłyszeli, że nie znam tego czy tamtego. Rrrrany, jak ja bym mieszkał/-a w Warszawce, to codziennie bym tam...
No, a ja ani razu w Hard Rock Cafe nie byłam, choć wielokrotnie zdarzało mi się przechodzić obok. I nawet czas miałam i trochę grosza, a mimo to. Najpierw dlatego, że to miejscówka dla snobów, jebanych dekadentów, zakompleksionej elity i nadętych pozerów. Później dlatego, że podczas wizyty SweetSatan zajrzałam - dziewczyna odwiedziła każde HRC znajdujące się w większych miastach świata, taki, wiecie, rytuał - i mi się umiarkowanie spodobało. Nie lecę na widok ciuchów Elvisa, na jego rękopisy, na kostki od gitar Satrianiego, na okulary Bono, czy inne w tym guście.
Podobna niechęć do lansu zawsze trzymała mnie w bezpiecznej odległości od naszej edycji Starbucksa. Bo byłam w Hamburgu i kawa była zwyczajna, bez ochów i achów, acz z logiem.

Traf chciał, że zarówno do polskiego Starbucksa i polskiego HRC udałam się z Wio. A może to nie traf, może po prostu mam wielkomiejską przyjaciółkę? No chyba. Na następny raz umówiłyśmy się na pójście do Utopii. Istny Sex and the City.

A zaczęło się bardzo niewinnie. Rzeczona Wio - oficjalnie Dorotka - była cokolwiek nie w sosie. Dlatego ja, wierna przyjaciółka, genetycznie ukierunkowana, zaproponowałam by nie bawić się w kurtuazyjne kawki, tylko po ludzku pójść się napić. Acz nadal elegancko, bo drinków a nie wulgarnej wódy.

Mamy obcykane pewne miejsca w Złotych, ale złapałyśmy się na tym, że nie mamy gdzie pić. A może i mamy, ale nie wiemy gdzie. Na to samo wtedy wychodziło. I nagle myśl. Gdzie jak gdzie, ale w Hard Rocku można się będzie alkoholizować.
Machnęłam ręką i poszłyśmy. W atmosferze ojezu, jezu, idziemy do hard rocka, czy mamy wystarczające flesze w aparatach bo to trzeba na facebooka wrzucić!. Z przymrużeniem oka, rzecz jasna. Gdyby Wio chadzała w miejsca tylko dla zdjęć na Facebooku to nie chadzałabym z nią raczej.

Najpierw siadłyśmy tuż przy drzwiach, przy wejściu, otrzymałyśmy karty i nam szczęki opadły do podłogi. Hitami były drinki za 56,- oraz jakiś za 3.. tysiące ponad. Tzn. ten za trzy tysiące to nie, że sam drink, ale nie wiem co by musieli oferować za taką cenę.

Cena mojito - 23 złote. Stwierdziłyśmy, że w takim razie lepiej będzie pójść na dół - tj. do stylowego basementu, skoro taniej niż 23 zł się nie da.
Pani kelnerka wyglądała na wielce zaskoczoną, że my tylko te mojito, bo w takim razie po co w HRC a nie w lokalu bez renomy?. Tzn. absolutnie nic nam takiego nie powiedziała, ale i nie musiała - mowa ciała: checked.

Dół już znałam, więc raczej oprowadziłam Dorotkę, pokazałam słynną ścianę z połówek korpusów gitar elektrycznych i postanowiłyśmy zlitować się nad biednym kelnerem, co to latał za nami, by wskazać nam stolik. Którego nie było. Tj. albo zajęte albo Reserved (napisać Rezerwacja to już nie można, nie?).
Przy barze też zero miejsc, więc zasiadłyśmy przy ławie, obok ściany Roda Stewarta. Z Wio naprawdę musiało być gorzej, bo stwierdziła, że ów Rod jest przystojny.

Ponieważ dół to nie góra - musiałyśmy złożyć zamówienie jeszcze raz. Gdy precyzowałam barmance gdzie siedzimy, by nie pokazywać małej Dorotki w tłumie, powiedziałam, że przy Stewart'cie. Dziewczyna nie zrozumiała, nawet gdy doprecyzowałam, że przy Rodzie Stewart'cie. Prawie jak przy Bondzie. Jamesie Bondzie.

Odchodząc poprosiłam o popielniczkę, która okazała się być identyczna, jak ta, którą uraczono mnie w Krakowie, w Lizard Kingu. Nieprzypadkowo porównywałam jeden lokal do drugiego wtedy. Czemu wyraz dałam cieniem uśmiechu pod nosem.

Nie powiem, żeby tamtejsza obsługa zasługiwała na uznanie lub napiwek. Nasze drinki czekały na barze dobry kwadrans, aż w pewnej chwili przerwałyśmy z Wio rozmowę, przyglądając się ich losom. Żeby było jasne - to nie była samoobsługa, co i rusz po plecach przechodzili nam kelnerzy z tacami. Jeden podśpiewując pod nosem The Who, Armenia City in the Sky.
Sam drink nie był absolutnie wart swojej ceny - śladowe ilości rumu, głównie lód i cytrynki. I nieco mięty.
Zresztą, ustalmy coś - miejsce dla prawdziwych rockmenów z takimi cenami? Kapele garażowe, studenci, piece na kredyt i takie coś? Jak to się ma do rock'n'roll'owego stylu życia, ha?

Muzyka z plazm ustawionych nad barem leciała za cicho - można było tylko kontemplować wideoklipy. I odśpiewać Love Me Do Beatlesów, bo to tak charakterystyczna melodia, że wystarczy chwila szemrania, a wiesz gdzie zacząć a gdzie przerwać. Więc odśpiewałyśmy. Tekst też jest niewyszukany. Wio pamięta z karaoke w Grecji, ja pamiętam, bo się siostra w Bitlach kochała więc siłą rzeczy...

Wyszłyśmy, bo już był czas ale i bez żalu. Zwłaszcza po tym, gdy z sześćdziesięciu złotych wydano mi resztę w monecie. Jednej. Czego oczy nie widzą.. - tu widziały.

Zdecydowałam się umieścić tę notkę tu, nie na pingerze, bo po pierwsze - moja niechęć, oparta do tej pory wyłącznie na teorii, do Hard Rock Cafe jest znana i musiałam poważniej podejść do obalania mitu i potwierdzenia niechęci w praktyce, a po drugie...

Wracałam pustym niemal wagonem metra. Po brzegach siedziały jakieś niedobitki, koło mnie mama z rezolutną dziewczynką, która rozpoznawała stacje po mieszkających niedaleko członkach rodziny, lub znajomych rodziców. Np. Słodowiec okazał się być stacją cioci Ilonki. Gdy natomiast jechałam do centrum, to koło mnie siedziała babcia z wnuczkiem, który domagał się, wypożyczonej z biblioteki, książeczki o żółwiu Franklinie. Franklin i Walentynki. Opcje są dwie - chłopiec będzie gejem lub najlepszym przyjacielem kilku kobiet.

I złapałam się na tym, że bardzo lubię metro. Wypełnia ono w stu procentach moje nikłe zapotrzebowanie na lans. Mogę się w nim pobawić sobą, zachowywać jak amerykańska dziewczyna z kawą, książką i słuchawkami w uszach. Mogę machać sobie nogą, mogę bezgłośnie śpiewać do tego co mi w słuchawkach rozbrzmiewa, mogę się zakręcić na rurze, mogę być sztucznie naturalna. Podskoczyć mogę też.
O ile bowiem w kontaktach z ludźmi cenię sobie szczerość, praktycznie na jej brak nie wyrażając zgody, o tyle ja sama lubię sobie poudawać kogoś kim nie jestem, dla własnej rozrywki. Przybieram wtedy pozę, patrzę w inny sposób, idę innym tempem, jakbym grała w filmie.
Każde miejsce to inna forma i właśnie tę z metra bardzo lubię. Bo to nie tylko to co na zewnątrz. Myślę w inny sposób wtedy, uśmiecham się do ludzi, przyglądam się takim dzieciakom, wraz z lektorem informuję pasażerów o kolejnej stacji lub o tym, że stacja końcowa niestety i trzeba opuścić pociąg.
Rzecz jasna robię to tylko, gdy jestem sama. Nikt by nie zrozumiał, że mi nie gorzej.

By ten dzień był zabawniejszy - poinformowałam pana kierowcę autobusu o tym, kiedy odjeżdża ów. Pan bowiem na pętli podszedł, przetarł lusterka, zajrzał, by z telebimu dowiedzieć się za ile ma odjazd, wsiadł za mną, zasiadł za kierownicą i pojechał.

Ciekawe czy pasażerowie wiedzą, że ich los zależał od mojego widzimisię. Mogłam bowiem podać mu późniejszą godzinę, by skończyć papierosa, a nie gasić w połowie, jak zmuszona byłam zrobić.

19.9.09

BATTLE FOR THE SUN, Placebo, 2009

darmowy hosting obrazków Nie wnikam na czym tak naprawdę skończyła się Metallica, wiem natomiast, iż Placebo skończyło się na Sleeping With Ghosts. I to w bardzo ładnym stylu się skończyło, można nawet zaryzykować, że w stylu ważnym. Potem trochę im się pigułki posypały, miało się wrażenie. Ale jak to Meds różnorakie mają w zwyczaju, mogą podziałać na różne stany. Podziałały na mnie swego czasu, teraz jestem wdzięczna acz nadal będę z przekąsem przyznawać, że to ci sami, którzy nagrali Black Market Music.

Battle for the Sun jednak nie powinno już się ukazywać pod Placebowym szyldem. Wstyd. Odstąpić muszę od zasady zajmowania się każdym utworem z osobna, bo cały album leci na jedno kopyto, pełne częstochowskich - jaki jest odpowiednik dla tworu anglojęzycznego? - rymów, wyświechtanych metafor...

I teoretycznie mogłabym na tym zakończyć. Taka wszystko mówiąca notka,zamiast pełnowartościowej recenzji. Ale pamiętam o ślepo zauroczonych Brianem, uduchowionych nastolatkach i emo tandetnych gościach, którzy wezmą te wszystkie zawarte na Battle for the Sun brednie, za dobrą monetę, więc oto konkrety.

Ashtray Heart takie na przykład. Już motyw popielniczki chłopak wykorzystał, w This Picture. I nie było żadnego chórku, jak tu, który bawi mnie o tyle, iż łudząco przypomina skandowanie słów Mniej Niż Zero, Mniej Niż Zero!

Dalej mamy osławione przez różne stacje, tytułowe Battle for the Sun. Bardzo łatwo nauczyć się tekstu, nie czytając go ani razu. Powtarzamy tylko pierwsze i ostatnie słowo wersu - najpierw trzy razy, potem cztery, potem pięć... Cholera może strzelić. No i refren - Dream brother, my killer, my lover. Typowe dla Briana pomieszanie z poplątaniem. Chwyt quasi inteligentów, którzy bredzą niemożliwie i okraszają wszystko kontrastem i gamą (uwaga!) trudnych słów. W pokręconych buntownikach zakochują się piętnastki. Zespoły dla piętnastek są.. i tu sobie proszę samemu odpowiedzieć, jakie.

For What It's Worth. Czyli motyw - wszystko potraciłem, nie mam kumpli (bo jestem taki odpychający, wypisz wymaluj bohater Every Me, Every You) ani kobiety, wszystko jest przeciwko, więc jaki to ma wszystko sens. Oczywiście, brak tu jakiejś samokrytyki, chęci zmiany własnej osoby, bo trzeba być ofiarą fatum, czy złego boga. Rytm jest tu skandalicznie, jak na rockowe, brudne zespoły, równy. Piosenczyna. Jakaż odmiana po Placebo czy wspomnianym Black Market Music.

Devil in the Details nurtuje podobieństwem do Broken Promise, choć tym razem nikt tu Briana nie wspiera (na Meds robił to Michael Stipe z REM). Za to Bright Lights irytuje tym dwugłosem, za cienkimi sekcjami klawiszy i tandetnym tekstem - No one can take it away from me, no one can take it apart, cośtam, cause the heart that hurts, it's the heart that works. Co za rym, brawo panie Bronku. Speak in Tongues sobie odpuszczę, bo jest nudne choć tylko nudne, więc może to i plus?

Właściwie należy się wyznanie - od czwartego utworu (z trzynastu) mam cichą nadzieję i miałam ją już przy pierwszym odsłuchaniu, iż każda kolejna piosenka jest tą ostatnią. Nie jestem pewna, czy właśnie taki cel przyświęcał chłopakom.
Jest jeden silniejszy element - The Never-Ending Why. Od początku do końca trzyma poziom, zaskakuje dobrym intrem, chwytliwym refrenem i tylko jednym rażącym wersem. Naprawdę partia gitary stanowi mocny akcent. Czyli mamy jedną dobrą piosenkę. Na osiem.
Julien budzi nadzieję na jakiś Carbon Kid (nagrany z Alpine Stars) czy Metric System (to ten z Trash Palace), ale tylko melodycznie. Zresztą pod koniec się zabełtuje i tak.

Nie mam siły, do Kings of Medicine już nie dotrę. Zresztą, z tego co pamiętam, to nic tam nie było już wartego wspomnienia. Taki typowy schyłek albumu, na wielu kiepskich płytach spotykany.

Beznadzieja. Jeśli tak ma wyglądać bitwa o Słońce, to przygotujmy się na kolejne Lata Ciemne.

18.9.09

Between the click of the light and the start of a dream.

Lubię uczucia, nieskrycie szaleję za emocjami. Wolę lubić, kochać, czuć irytację, wściekłość, pokłady agresji. Od osób, wobec których to wszystko żywię.
Dlatego tak sobie cenię ten typ pamięci, który mi przypadł w udziale. Z całym dobrodziejstwem chwil - dzięki niej mogę przeżywać wszystko po kilka razy, raz w oryginale a potem przy okazji regresu.

Ostatnio, tak z głupia franc, mam dobry humor. Nie taki hahadobry, po prostu - mniej, a nawet niemal wcale nie, skompresowana chodzę.
Z podniesionym czołem ulicą przed siebie, po domu na wpół goła podskakuję i opadam wiotko, nie zawtórowałam przyszłym studentom, gdy wyklinali brak okien na korytarzu - cierpliwie stałam w kolejce do dziekanatu.
Mansona podmieniłam w fu!barze na bębny, trąbki, flety, w autobusach uśmiecham się do ludzi i jest jak wiosną na jesieni. A ostatnie wydarzenia nie nastrajają do szczerzenia się przesadnie.

Inna sprawa, że jadąc na uniwerek trafiłam na dwie śmieszne panie. Jedna poruszała się z laską dla niewidomych i nic w tym śmiesznego by nie było, gdyby nie fakt, że widziała. Laski używała by wymusić na innych ustąpienie miejsca i podczas podróży miastem. Na złodzieju czapka..., więc zaatakowała jakąś inną staruszkę i zaczęła jej wciskać te kity o pełnej ślepocie. Tamta, typowa drobna starowinka, słowem się do niej nie odezwała, więc Kobieta z Laską oburzona spytała, czy aby ta jej na pewno wierzy.
Siedziałam w miarę niedaleko, więc nagabywana odwracała się do mnie i wznosiła oczy do nieba, szukając zrozumienia. Trochę ją rozumiem. Choć mnie zagadnięto raz i był to miły, starszy pan, który opowiadał mi o Drugiej Wojnie Światowej, a że mnie temat interesuje, więc nie narzekam ni trochę.

Jeden z przystanków znajduje się obok kościoła pod wezwaniem St. Kostki i często dosiadają się na nim siostry zakonne. Nie inaczej było wczoraj - wsiadły dwie. Siedząca obok mnie kobieta, też leciwa, wierzy pewnie, iż obecność siostry w promieniu metra oznacza, iż bóg jest bliżej niż zazwyczaj, bo zaczęła obie zakonnice usadzać po obu stronach swojej nieskromnej osoby. Jedna, faktycznie, siadła między nami - druga dała nogę na drugi koniec autobusu, ku wyraźnemu niezadowoleniu dewotki. Ale i wtedy nie parsknęłam ironicznym śmiechem skierowanym w stronę tej staruszki, raczej uśmiechnęłam się do siostry, by wyrazić uznanie dla jej charakteru.
Myślę bowiem, iż gro sióstr sprzedaje swoją osobowość i nie zawsze wchodzi w tyłek wiernym, dlatego, że chce. A ta, choć w minimalnym stopniu, ale się nie dała. Jeśli odpuszczasz wolne miejsce napotkane zaraz po wejściu do środka komunikacji, to jasnym jest, że celowo je odpuszczasz. Wszystkie to rozumiałyśmy i ta, co wylądowała obok mnie, szybko pozazdrościła koleżance - dewotka urządziła sobie minispowiedź w wersji mobilnej. Ku rozwadze puszczam w obieg myśl - objazdowy konfesjonał? Miejsce dla lekarza i księdza? Czy jest na sali ksiądz? Kolana mniej by tych staruszków bolały - tych spowiadających się, ksiądz przesz ma miejscówę siedzącą w konfesjonale. Odpukiwałby w kasownik. Dewotka, jak to na dewotkę przystało, grzechy miała cienkie, niewarte przytaczania.

Co się działo w dziekanacie, przed nim i na ulicy, na której się znajduje, opiszę przy okazji inauguracji roku.

Wracając też trafiłam na roszczeniową babeczkę - ponieważ opisuję wydarzenia z siedemnastego września, to niedziwną jest obecność telewizji przy niektórych pomnikach. I właśnie jeden z owych nastroił pewną energiczną kobietę do rozpoczęcia wywodu nt. podziału ról w związku. Że to Panie, za czasów wojny, to byli mężczyźni, że teraz ona chce takiej relacji partnerskiej, nie że ona w garach, tylko oboje w nich stoją, ew. on w wybrane dni tygodnia - ona w pozostałe. I bardzo by rada była, gdyby on przejął i jej część grafiku. Trochę lol, bo Pani tak na oko, Związek Życia ma już za sobą. Nie odmawiam Pani prawa do drugiej miłości, gdzieżby. Tylko takie pieprzenie jest raczej typowe dla młodych, prężnych kobieciąt, a nie tych starszej daty.
I oczywiście nie obyło się bez wątku typowego dla owej starszej daty - kwestia ustępowania miejsca.

Jakoś tak zaobserwowałam, że to głównie problemy łączą ludzi w środkach komunikacji - tzn. w metrze nic nikogo nie łączy, każdy siedzi ponury, słucha czegoś, ew. jak rozmawia to z kimś, kto z nim wsiadł już. Jest jeszcze grupa bystrych inaczej, którzy prowadzą rozmowy telefoniczne na raty. Na niektórych stacjach jest bowiem zasięg i na nich dzwonią. Między stacjami zasięg zanika, rozłącza ich i oni na kolejnej stacji oddzwaniają i tak dopóki nie skończą jazdy. o ileż logiczniej dać szybko znać, że siedzą w metrze i oddzwonią jak dojadą.

Więc pewna pani dopadła pewnego pana i zaczęła mu opowiadać, jak to załatwia sobie miejsce w autobusach. Nie, nie laską. Podchodzi do dżentelmena i mówi Ja widzę, że Pan bardzo chce ustąpić mi miejsca, prawda?

Nic a nic tego Tołstoja nie poczytałam, takie ciekawe to życie autobusowe! Jeszcze koło mojego domu, a dokładniej na przystanku przycmentarnym, zdarzył się wypadek. Nie znam szczegółów, bo tam nie wysiadam, ale była karetka, sanitariusze prowadzili jakiegoś pokładającego się z bólu mężczyznę. Nie wysiadałam tam, ale przystanek dalej więc nie zdążyłam podsłuchać plotek, które - rzecz jasna - poszły wewnątrz.

Czegoś mi jednak brakuje, poza tym podskakiwaniem w samym t-shircie i majtkach. I chyba na poważnie bym się zakochała. Bo to przyjemne uczucie. Tandetne często ale właśnie tej tandetki mi brakuje na obrazku. Nie mogę przecież wciąż wspominać zamierzchłych porywów. Pora na świeże doznania.
Pewnie znów się coś spieprzy ale chodzi o to, co zanim. Wszak nigdy nie czułam się lepiej niż na chwilę przed pierwszym upadkiem.

15.9.09

THE SILVER HOUR OF GROTESQUE, Marilyn Manson, 2003.

darmowy hosting obrazków Co? Co mówicie? Że the Golden Age of..? Literówka pewnie. Błąd w druku. Albo Marilyn postanowił porwać się na pastisz ale mu nie wyszło, bo tu nie widać premedytacji.

Zwał się on Michał J. Był synem znajomej mojej Mamy i moim kolegą ze szkoły. Taki kumpel z lat dzieciństwa. Straszną miał fazę na Mansona. Nie Mansonika, nie Maniego, nie Brajanka, nie Paula z Cudownych Lat - kto to w ogóle wymyślił? Ktoś kto nie widział czołówki chyba. - i nie Króla Mhoku, do jasnej cholery. I na grę na gitarze.
Dnia pewnego przyniósł Mechanical Animals pod mój dach i się zakochałam. W grupie, nie w samej osobie Mansona. I nie w Michale.

Później się cofnęłam do starszych dokonań, Spooky Kids, te sprawy. I nie była to już tylko miłość do jednego krążka, Marilyn Manson był klasą samą w sobie w całości. Byłam gotowa w ciemno przyjmować, co daje. Ale nadwyrężył moje zaufanie koszmarnie.

Myśleli, cwaniaczki, że zagłuszona świetnością ery Mechanicznych i sympatią dla Holy Wood zaaplikuję sobie GAoG bez cienia komentarza. Że nie wzdrygnę się na dźwięk tych panienek w mOBSCENE, że nie zaśmieję się ironicznie łącząc tytuł This is the new shit z tym, jak numer brzmi faktycznie i w ogóle, nie polecę albumu na nu-metalowe dyskoteki.

Że nie wkurwię się siarczyście dostając takie byle co od czołowego dostawcy świetnego, gitarowego, brudnego, mocnego, nonkonformistycznego grania.

Siedzę ja i słucham tego baunsowania automatu perkusyjnego - GORE! - tego jechania na jednostajnym wyciu, które wcześniej wysmakowanie dawkowane nadawało piosenkom niezwykłych atmosfer, a w Vodevil jest nie do przyjęcia.

Są płyty pastiszowe. Coby daleko nie szukać, rodzime Kury i P.O.L.O.V.I.R.U.S., który choć wulgarny to jest jednoznaczną satyrą na wszystkie ówczesne, gówniane trendy w polskiej muzyce. Gdyby Warner i spółka chcieli omawianą płytą wyśmiać scenę zagraniczną i byłoby to czytelne, to szczerze bym się ucieszyła.

Ale oni tak chyba niestety, na serio. Faktycznie, ta płyta otwiera czasy groteskowego Marilyn Manson - nie ...'a ...'a, bo mówię o całym zespole. Wszystkich tu winą obarczam.

Miałam dobre chęci, słuchałam - nie wiem po co - kilka razy wczoraj, by zobaczyć czy nie zaskoczy ale jest to jedyna płyta*, której idąc do łazienki nie zapauzowuję. Nic nie tracę z niej sikając. Mam nawet wrażenie, że przez godzinę leci ta sama piosenka.

*Moja dyskografia Mansona kończy się właśnie na Golden Age of Grotesque, bo od kolejnych więdną mi uszy i członki wszelakie.

Nie, dobra. Jest jedna piosenka, która daje radę. Nie ich. Dodana w bonusie. ...

6.9.09

BREAK-UP, Pete Yorn & Scarlett Johansson, 2009

Scarlett wydaje płytę! Druga Pierwsza płyta w dorobku aktorki!

Wtrąciłam pierwsza, gdyż faktycznie powstała wcześniej od pierwszej wydanej produkcji Scarlett. Nadto, podobnie jak poprzedniczka, nie jest wyłącznie jej.

Pete'a Yorne'a nie znałam wcześniej, jednak źródła donoszą, iż zasłynął kompozycją ości do Ja, Irena i ja, jak również udostępnianiem poszczególnych utworów by soundtrackowały inne filmy oraz seriale. Z tego co słyszę na opisywanej płycie jest on typową indie-popierdółką.

Tak, wbrew sporym pokładom sympatii dla Arctic Monkeys, the Kooks czy Franz Ferdinand, potrafię powiedzieć o indie-popierdółce, że nią jest.

Nie wiem, czy zechce mi się poświęcić całą notkę na ocenę debiutu Scarlett, bo nie wzbudziła emocji wartych zapełnienia kilku akapitów, ale w skrócie - marne to było. Jeśli idzie o jej udział w przedsięwzięciu.
Cenię Toma Waitsa, więc nie narzekam na dobór utworów do przerobienia ale sposób poprowadzenia jej wokalizy, ergo miauczenia gdzieś w backgroundzie, nie rokował najlepiej.

Ogólnie rzecz osadza się na postawie I don't get this Scarlett Johansson thing ale musiałam zdobyć argument do dyskusji i ściągnęłam Break-Up.

Wow. Jeśli ona tak śpiewała w 2006, to w tył zwrot Kochana i trzymaj się tego, bo wreszcie słychać, że a)masz głos, b)bardzo fajną barwą dotknięty. Taką nosową, lubię takie.
Może krytycy, nieprzychylni wobec Anywhere I Lay My Head, teraz się ożywią i ją zachęcą do dawania głosu.

Wrażenie wow spotęgował fakt, iż otwierający płytę Relator to wesoła, stylowa pioseneczka, która wkręca i przywodzi na myśl lata 60-te. Nawiasem mówiąc koncepcja płyty była taka, by stworzyć album na miarę duetu Brigitte Bardot & Serge Gainsbourg - tak, to ci od the most sensual song evah, Je t'aime... moi non plus - i w skali neo im wyszło. Ach, ten pogłosik w stylu płyty wprost z patefonu. :)

Poza Relatorem znajduje się tam osiem innych piosenek, utrzymanych w podobnym klimacie. W Wear and Tear urzeka akustyczne intro wraz z wesołym refrenem, który dzięki specjalnemu efektowi, zdaje się być śpiewany przez więcej niż dwie osoby. Mało tu Scarlett, ale jak już się pojawia, to wpasowuje się w klimat bardzo dobrze.

Należy pamiętać co jest motywem przewodnim płyty - mianowicie zerwanie. Więc gdy Pete tam sobie radośnie podśpiewuje, a Scarlett zblazowanie rzuca zdankiem, to ma to swój charakter. Nie będę się bawić w transkrypcję tekstów, a taki to minus recenzji płyt, które wyciekły z sieci, póki co owa sieć o tekstach milczy.

I Don't Know What To Do przywodzi na myśl stary, amerykański pub. Nie powiem, że francuski, bo oczywiście we francuskich hermetycznych miejscówkach śpiewa się po francusku. Więc niestety, amerykański. I ten fortepian, i te ten podział na głosy... najpierw snop światła na Pete'a, potem na Scarlett, później scena rozbłyskuje. Fajnie, fajnie.

W Search Your Heart podoba mi się rytm, od początku perkusja fajnie podbija a partie Scarlett z niewymuszonymi podrasowaniami przeciągnięcia tego czy tamtego. No i wiecie, don't blame me for your trouble, bez kitu tego nie rób. Taka prywata.

I, i, i, ulubiony utwór na płycie to Blackie's Dead - tak, też zauważyłam że z każdym po kolei sympatyzuję - najlepiej dopracowany, poza Relatorem, ze sprawiedliwie podzielonymi zwrotkami, udziałami w refrenie, rytm sam nastraja do pstrykania sobie palcami, i tempo tego always feel the pressure from home, takie przyspieszone. Nie, tu brak prywat wbrew pozorom. I tak się ładnie ucina pod koniec.

Jak my już tak po kolei, to wysnuwam na podstawie Anywhere I Lay... i I am the Cosmos taki wniosek - nie idą Scarlett covery, no sorry. Na debiucie też polubiłam tylko utwór jej autorstwa.
Strasznie tu płynie, miauczy znowu i jakby mdlała przy tym mikrofonie. Ma mocny, fajny głos i to on się sprawdza a nie takie mdłe coś.

Co do Szamponu to przekonałam się też jakoś na końcu, nie za sprawą śpiewu tylko melodii. Wdzięczna. Ta gitara w refrenie zwłaszcza.

I ostatni wart uwagi, Clean. Za tekst. Bo jak to kiedyś powiedziano Rachel z Przyjaciół - związek potrzebuje zakończenia. Nie trzaśnięcia drzwiami, nie zabraniem rzeczy, gdy drugiego nie będzie w domu, nie kartki na poduszce. Ot, rozmowy. I want everything to be so clean.

W zasadzie boom na tę płytę w moim przypadku spowodowało odkrycie, iż Scarlett posiada głos. Że Break Up jest tak odmienne od popłuczyn po Waitsie i ma w sobie coś przyjemnego. Boże uchroń, żadna Płyta Roku, pewnie nawet nie Top 5, ale miłe zaskoczenie na pewno.

Coś co odwraca uwagę od tych wszystkich Wysp, reklam tego i tamtego czy rankingów na Najlepsze Cokolwiek w Hollywood.

Nie zostałam fanką Yorne'a, może z czasem sięgnę po coś z jego dorobku z ciekawości, jak wypada na płytach, które nie powstały, jak ta, w tydzień ale szału nie ma.
Nie potrafię zostać też fanką Johansson, bo przyszła i zaśpiewała, a to za mało. Choć zaśpiewała, jak mówiłam, fajnie.

I właściwie cała ta recenzja powstała, by wyjaśnić, dlaczego nazwiska Yorn i Johansson pojawiły się na moim lastowym profilu około 200-stu razy, nie?

26.6.09

Nine Inch Nails, koniec i początek.

Relacja moja z Nine Inch Nails, przedstawiona graficznie, zapewne przypominałaby sinusoidę. Poznałam ich dopiero za czasów wydania Fragile - a konkretniej dzięki Into the Void. Nie wiem do tej pory, gdzie Ojciec podsłuchał ten charakterystyczny motyw, ale faktem jest, iż płyta zaistniała na wieży i - jak to bywa najczęściej w przypadku piosenek wpadających w ucho mojemu ojcu - szybko mi się przesłuchała. On ma ten nieznośny dryg do słuchania przez tydzień tego samego, a ja, poza chyba tylko dwoma wyjątkami, bynajmniej owego zamiłowania nie podzielam. Nie chwyciło, pewnie dlatego, że nie przesłuchałam całej płyty.

Jakiś czas po tej into-the-void-manii poznałam kilka osób, które były (pewnie są nadal) dozgonnymi fanami Trenta i spółki. By mogło między nami dojść do porozumienia na stopie muzycznej, musiałam się zapoznać z resztą twórczości. I tak to zostałam miłośniczką Pretty Hate Machine, którą, jeśli pytano by mnie o tzw. ulubioną płytę NIN, wymieniałabym w ciemno do dziś. Choć przyszłoby mi się gęsto tłumaczyć z tego stanowiska, bo z kolei z The Downward Spiral wiąże się najwięcej wspomnień, emocji, etc. Czyli w sumie też najlepsza, choć nie ulubiona. Zresztą nigdy nie udało mi się odpowiedzieć na pytanie o Nine Inch Nails jednym zdaniem. A może to kwestia nie do końca fajnych wspomnień, więc zostańmy jednak przy PHM.

Później przyszły czasy remixów The Perfect Drug - Halo 11 - a wraz z nimi niezapomniany The Perfect Drug [remixed by Plug], odkrywanie niezaprzeczalnych uroków NINowych instrumentali - A Warm Place, The Frail (ciekawostka taka, iż wolę wersję koncertową z And All That Could Have Been) czy La Mer - emisja teledysku do Starfuckers, Inc.

I na dłuższy czas przerwa. Ponad roczna, zero kompletne, unikanie jakiegokolwiek kontaktu. Z premedytacją.

Po rzeczonej przerwie zaczęły się internetowe wycieki z With Teeth, a dokładniej The Hand That Feeds. Szkoda, że nie wiedziałam, iż jest to jeden z dwóch dobrych numerów na płycie, bo nadzieje wywołał spore. Na nowo rozgorzała fascynacja, której się pod wpływem w/w. znajomych poddałam. Tzn. taka zdrowa fascynacja, Trent Reznor nigdy nie przesłaniał mi świata, nie cięłam się przy Hurt...

Właśnie, kwestia Hurt. Wraz z końcem zauroczenia Boskim Byłym przyszła odraza do tego utworu. Irytujące porównania, uderzająca patetyczność i chcąc, nie chcąc, identyfikacja tego swoistego hymnu katastrofistów z ich miernym sposobem bycia. Później tylko się to wszystko spotęgowało po wydaniu przez Casha jego wersji tegoż utworu. Nie wnikam czy Trent faktycznie miał coś w oczach słuchając tego, ale cała ta bajeczka o przejmującym teledysku i symbolice słów płynących z ust umierającego muzyka, do mnie nie przemawiała. I nie przemawia.

No ale wyszło w końcu całe With Teeth i było beznadziejne. The Hand That Feeds jest najjaśniejszym punktem całego albumu, prowadząc za sobą chwytliwe Only, do którego podziwiany klip zdaje mi się zwyczajnie kiepski. Boże kochany, jaka ja jestem anty.

A potem Year Zero. To już zupełnie inna kategoria, tu już nie patrzy się na kolejną płytę w dorobku debiutującego Pretty Hate Machine zespołu. I dobrze, że potrafiłam to pooddzielać od siebie, dzięki temu dostrzegłam kilka fajnych piosenek, na czele z Vessel czy Greater Good.

I nagle Trent dostał cieczki. Wydawał jak szalony - od The Downward Spiral w X-ie wersji po The Slip. Znalazł siły na genialne Ghosts I-IV. Jak ktoś, tak jak ja, niebywale sobie ceni NIN instrumentalny, to ciężko nie docenić takiej perełki. Dodane do nich pdf-y potęgowały tylko to wrażenie. The Slip mnie bardzo zraziło, brzmi jak popłuczyny dla najwierniejszych, nieobiektywnych fanów i istnieje tylko jedno wykonanie Discipline, które mnie nie irytuje. Które? To za moment.

Zmuszona byłam jednak do słuchania tego wszystkiego w wersji studyjnej, tudzież podczas oglądania koncertu na DVD. Nie tylko ja zresztą.

O petycji zredagowanej przez oficjalną drużynę polskich fanów formacji, Krainę NIN, słyszałam miliardy razy. Raz ją podpisałam, dla świętego spokoju. Po pierwsze mi nie zależało, po drugie po tym jak usłyszałam od ilu lat już widnieje w Sieci, bez rezultatów, to i sensu nie dostrzegałam. Nie jestem fanką zrzeszeń, dlatego mimo kilku ofert nadal pozostaję poza Krainą. Teraz to już nie ma opcji, za nic się nie zapiszę. Adminuje to laska, która mi działa na nerwy i jakoś nie znajduję w sobie dość determinacji by tłumaczyć wszystkim wokół, że przynależność do jej wianuszka nie ma związku z potrzebą lizania jej tyłka. Rzekłam. Newsletter z nin.com mi wystarczy.

W kwietniu jednak wyszło na jaw, iż modły Krainowców zostały wysłuchane i ostatni gwizdek NIN zabrzmi i w Polsce. Zadziałał sentyment i siła Jedynej Szansy. Acz nie ślęczałam w nocy... Znaczy ślęczałam, ale nie dla siebie. Ja bilet kupiłam długo po wypuszczeniu ich na rynek. Głównie ze względów finansowych, choć wydawało mi się wtedy, iż nie płakałabym nazbyt rzewnie, gdybym nie zdążyła. Chyba wyrosłam z wieku koncertowego. Do ostatniej chwili, tj. do chyba dwóch minut po 22-ej w ostatni wtorek, podchodziłam do sprawy lekceważąco.

A w przypadku Pearl Jam, Skunk Anansie czy Opener'a sprzed trzech lat, nakręcałam się już po zdobyciu biletów, heh.

Po pierwsze wcale nie czułam się gorsza z racji 2-ego sektora, po drugie z grubsza waliła mnie kwestia playlisty i tak nadszedł 23-ci czerwca. Większe nadzieje budził fakt pierwszej wizyty w Poznaniu, miałam połazić po Jeżycach ale się poopóźniało wszystko, poumawiałam się z ludźmi... Zabawne jest to, że zarówno z jednymi jak i z drugą widziałam się przez mniej niż 5 minut a i tak przeszkodziło mi to w zwiedzaniu. Coś za coś - miałam najlepszą w mojej sytuacji miejscówkę. Mimo słabego wzroku, widziałam wszystko. Może faktycznie, nie widziałam pięknego, zapewne spoconego Trencika, ale na boga, nie o to mi szło. Szłam na koncert, szłam ich posłuchać na żywo, a nie dostawać amoku pod sceną. To nie ja. Nawet jak stałam tuż pod sceną na Placebo, to stałam. Szczęśliwie się dało stać.

Miejscówka sprawdziła się też dlatego, iż miałam fanatyków jak na dłoni - pierwszy rząd niemal cały obleczony w koszulki z emblematem NIN, które różniły się tylko kolorami, więc zero inwencji własnej. Inni z kolei inwencją popisali się aż za bardzo i trafiłam na kilka gothek-idiotek, mhocznych rycerzy czy innego barachła. Miałam koło siebie niespełnionego posiadacza biletu w pierwszym sektorze, po minie dało poznać, że chciałby i skakać, i się drzeć i tkwić w centrum podscenicznego młyna.

Bez rozdrabniania się na poszczególne utwory, koncert był genialny. Głównie za sprawą nie samego lidera a pozostałej trójki. Boże, jak oni grają. Finck to jest klasa sama w sobie. Nagłośnienie było doskonałe, co tylko potęgowało to wrażenie.

Z rozdrabnianiem - najbardziej jednak utkwił mi w pamięci Mr. Self-Destruct. Choć domyślam się, co wtedy działo się pod sceną, to jednak cieszę się, iż mogłam spokojnie obserwować ten kulminacyjny moment. Frail choć na gitarze grany też zarejestrowałam, choć nie jest wymieniany w setliście. La Mer i kilka ukłonów wobec Pretty Hate Machine to taka wisienka na torcie. Tak, i właśnie tu, pod wrażeniem wszystkiego będąc, nie skrzywiłam się przy Discipline. I zapewne dla fanów zagorzałych pożegnalny Hurt był co najmniej ekstatyczny. Także, jak to ktoś powiedział, przekrój przez twórczość wyśmienity.

I nie pasowałby mi to Closer jednak.

O Panu Supporcie nie wspomnę, bo był tragiczny.

Koncertowy absolut, nawet gdyby - choć wątpię - mieli za kolejne 10 lat się pojawić, to już dziękuję. Takie sprawy się przeżywa jednorazowo. Bez porównań.

13.9.08

WE WERE DEAD BEFORE THE..., Modest Mouse, 2007

Na wstępie chciałabym rzec, iż zrecenzowanie tej płyty zajęło mi pół dnia i to przy dwóch podejściach. Mimo, że znam ją jak własną kieszeń od jakiegoś roku? Nie no, skoro wyszła w marcu '07 to półtora. Nie da się zaprzeczyć, że na tle dyskografii Modest Mouse, We Were Dead.. jest najbardziej mainstream'owa; najłatwiej wchodzi i porusza swoją uniwersalnością najwięcej strun. Każda z poprzedniczek - bo ta, póki co, jest ostatnim dokonaniem Myszy - jest u mnie odpowiedzialna za inny etap, inny aspekt życia. Ta natomiast jest podsumowaniem. Pewnie dlatego tyle mnie kosztuje ogarnięcie jej na piśmie bez uronienia drobiazgów. Czy rzeczy najistotniejszych, mieszają mi się już.

W pewnym sensie jest to concept album albo z kolei tytuł płyty powstał tak, by nierozerwalnie łączył się z treścią. Wystarczy spojrzeć na wspólny mianownik większości tytułów...

March into the sea
niczym na prawdziwym rejsie, Brock potrafi rozhuśtać swoim głosem tak, że po chwili kiwasz się w lewo i w prawo. Jego sposób akcentowania zwrotek kojarzy się z miłym pluskaniem ale to, w jaki sposób rozwija się muzyka, jak zaczyna sobie w miarę upływu czasu ostrzyć pazur bynajmniej nie usadawia mnie na strumyczku, a raczej - ze strumyczka wypływamy na szersze wody. Jednocześnie Isaac bawi się nieco tą piosenką powodując u mnie wybuchy śmiechu - to jego Clang, clang! Clang, clang!.. Idealny wstęp do...

Dashboard
(napiszę słuchając drugi raz, za pierwszym mnie porywa) to był pierwszy singiel z długo oczekiwanej nowej płyty Modest Mouse. Ostatnią było Good News for People Who Love Bad News, nieco jednak odmienne, dlatego słysząc wreszcie wycieknęty w sieci Dashboard zdębiałam. Ale że jak to? Co to za Joł w ogóle?. Zostawiłam na kilka tygodni. Dopiero podczas przesłuchiwania całego We Were Dead... załapało i to jak! Samo to, że nie potrafię usiedzieć i mimo ok. 10 stopni za oknem zrzucam sweter by roztańczyć pokój w cienkiej koszulce o tym świadczy. Ale przejdźmy do rzeczy - obecność trąbki, skoczność piosenki, genialne wmontowane w to skrzypce, piszczące chórki a z drugiej strony tekst - znacie Boys Don't Cry the Cure? No więc właśnie. Tu to samo - muzyczka joł, skacze się przednio a tymczasem Brock puszcza w obieg takie wersy jak We were talk about nothing which was more than I wanted you to kno-o-o-o-ow! albo you told me about nowhere, well it sounds like someplace I'd like to go. Sposób podania tworzy z tego świetny przykład gorzkiej ironii. No i smaczki fonetyczne - przecudownie śpiewa słowa scheme i tiny giants made of tiner giants. Ja już mam takie zboczenie, potrafię słuchać piosenki tylko ze względu na jeden dźwięk. Tu akurat ich wiele. Choć zabrzmi to mało nęcąco - do tańca i do różańca.

Florida
nie lubiłam tej piosenki. Była sobie i nawet wkurzał refren, taka typowa indie zaśpiewka Flooridaaaaa, ołułoooooouł. Po czasie jednak stópka sama chodzi. A końcówka jest oddechem po niej samej (jest w tym coś świetnego - nie musisz włączać pauzy, żeby od niej odpocząć bo sama cię z siebie wyprowadza. No kurde, przefajne.)

Parting of the Sensory
boże, jak on akcentuje ostatnie sylaby wersu. I to na samym początku, brzmi nieco jak odczucie, którego doświadczasz kiedy ktoś powie szept akcentując pt. Ciepły dreszczyk. Mikrofon maksymalnie blisko, tak że słyszysz jak bierze oddech. Nieprzyjemnie się robi, kiedy śpiewa who the hell made you the boss? a muzyka staje się nieco hipnotyczna - to te skrzypce w tle. One zawsze wprawiają w poddenerwowanie. Dramat to się zaczyna od wejścia gitary w 2:51. Widać, że ten ich boss ich nieźle wmanewrował. Oh, fuck it I guess we're lost. Heh, pysznie. I nagle bang, muzyczka staje się psychodelicznie skoczna, skrzypeczki przyśpieszają i totalny amok okraszony - spowodowany? - zapętlonym some day you will die and somehow something's going to steal your carbon w różnych kombinacjach gramatycznych. To jak myśl, która kłębi się w głowie zmieniając swe rozmiary. Pełen psychiatryk. I na koniec Brock z samą perkusją. Taka ostateczność.

Missed the Boat
cykaaaaaady! Ciepły, letni wieczór. Przemiła gitara. A w refrenie uśmiechnięte Oooh and we carried it all so well. I to nie jest wrażenie - słychać że śpiewają z uśmiechem na ustach. Takie wkręcające się w człowieka szczęście. Gitara aż łaskocze. Końcowa wersja refrenu ociera się wręcz o radosny pisk. Szczęście jest zaraźliwe, tak. Missed the Boat wyciąga z każdego dołka.

We've got Everything
kolejny joł. Nic skomplikowanego, co pozwala po chwili wystukiwać rytm o biurko. Cała piosenka jest jak historyjka w stylu - udało się a teraz Ci powiemy jak do tego doszło, come on, posłuchaj i to jest takie zabawne, że aż sam się śmieję kiedy sobie to przypomnę (jako, że Brock śmieje się podczas zwrotki pierwszej w istocie). We crashed in like waves into the stars.. part jest już takie podszeptywane w stylu bo wiesz, ale ciii.. we crashed.... Bawią się głosami, bawią się tą piosenką, bawią się wszystkim tu. I są w tym tak sugestywni, że nie sposób, no nie sposób nie bawić się z nimi. Tak, to jest popowe ale kto powiedział, że nie można się bawić? I to nie przy muzyce tylko z muzykami. ;)

Zresztą, We've tried everything half assed and as liars and thats how we've got everything - kto się nie podpisze pod tym, niech pierwszy rzuci kamieniem. :] To jest siła Modest Mouse - nigdy nie zrobią nic banalnego, bo w każdym tekście znajdzie się choćby wers trafiający w jakieś sedno.

Little Motel
stan pełnego zakochania, leży koło mnie ten najpierwszy i kojąco szepcze do ucha o swoich marzeniach. Znów ten motyw z akcentem na pt. W tym wypadku na hoPE, mishaPS, shiPS, driFT... Well I can see it in your eyes like I taste your lips and they both tell me that we're better than this. Cała ta miłość spowita w ciepłe promienie gitar, coraz odważniej szczerych, które nagle uzmysławiają sobie, że nazbyt zabrnęły w zaledwie marzeniu, nierealnym rozrzewnieniu, wspomnieniu i... w 3:17 po prostu płaczą. Gitary płaczą. Perełka.
(...) we had made a wish that we would be missed if one another just did not exist - ano właśnie.

     Spitting Venom
idealny tekst do tej muzyki. Najpierw sama gitara akustyczna, która niby nie będąc w stanie ... (niee, włączamy od nowa. Muszę dopalić a to zbrodnia nie pisać podczas płynięcia na fali utworu. Jeszcze większą zbrodnią jest zapauzowanie go - w sen łatwiej się zapada, niż do niego wraca.) Więc od nowa - You we-re spit-ting ve-nom... z dogrywającym z boczku elektrykiem. Przy pierwszym odtwarzaniu myślałam, że tylko na tym Spitting Venom będzie polegać i już się wczułam w ten przerywany feeling aż tu nagle! Wszystko rozpieprzone w drobny mak duetem gitary już z całym impetem feat. perkusja. Przy maksymalnie podkręconym dźwięku stawia na nogi. Brock też już się nie krępuje - I ain't gonna play no more, it's over. Game over. Udało się, wszystko spieprzyłeś swoimi słowami, już jestem na dnie. I ten bridge napiętnującej gitary od 2:38. It's over.. oh it's over... so get over!.
Ale ale, odpuść to wszystko booooooo... bo wchodzi najpiękniejszy ratunek, niesamowite trąbki do których dołącza kojąca monotonnia gitary... już, już jest spokojnie... coraz spokojniej (druga gitara)... Wszystko minęło, uśmiechnij się bo to już za Tobą.... za Tobą... za Tobą. Za Tobą! Ciesz się, rozgrzewaj się tym spokojem, masz tu klawisze i są z Tobą trąbki i otacza Cię pełnia. Możesz spokojnie z nami zaśpiewać - Cheer up baby, it wasn't always quite so bad. For every venom then that came out, the antidote was had. Cały ból wymień na dziką satysfakcję, że wygrałeś z tym, że nadal tu stoisz i nic poza oszalałym Szczęściem Ci nie grozi. 
Nie sposób tego słuchać po cichu, najlepiej mieć niedaleko siebie regulator i w trakcie coraz głośniej robić, dać się ponieść temu nie-by-wa-łe-mu finałowi oszalałych instrumentów, które niczym kanon w swym zapalczywym zwariowaniu nadal trzymają się swoich ról. Co daje poczucie stabilizacji. Ciepło mnie wypełnia i każdy z dźwięków staje się moim wiernym sprzymierzeńcem, niezniszczalnym, niewzruszenie kontynuującym swoją partię. Jak ludzie, którzy powtarzają do skutku. Przecież to czyni ich lojalnymi. 
Dlatego od pierwszej, pełnej emisji uwielbiam Spitting Venom, jest zamkniętym w ramy czasowe życiem i bez przesady mogę powiedzieć, że mógłby owo życie zastąpić. Dorastasz - od pierwszych kroków (ten akustyk), poprzez cały brud życia aż po kulminację zakończoną spokojem. I nie zawaham się przed sformułowaniem, iż Spitting Venom to najgenialniejszy utwór jak dane mi było usłyszeć. Nie, to nie jest kwestia stronniczości - jego magia trafia do każdego, bez pudła. Zwykłam dzielić się odkrytymi perełkami z innymi, każdy był pod wrażeniem. I to nawet ci co z obrzydzeniem patrzą na indie. 

People as Places as People -
oni to mają. Potrafią odwzorować muzyką, to o czym mówi piosenka. Miałam okazję trafić na kilka z nich w wersjach instrumentalnych i tak dokładnie jest - opowiadają perfekcyjnie te same historie. Czyli co mogę powiedzieć? We're the people that we wanted to know and we're the places that we wanted to go. Tak właśnie jest z tymi największymi osobowościami, że obcowanie z nimi, rozmowy są przesiąknięte tak gęstą atmosferą, iż tworzą pewne miejsce. Każdy człowiek stanowi oczywiście inne, ale ich charyzma pozwala w jakimkolwiek miejscu realnym, jakiejkolwiek chwili na uczucie, że dobiłeś właśnie do tego a nie innego portu. Taka jedność uwarunkowana relacją z tą osobą. Bardzo trafne spostrzeżenie. 

To nie jest tak, że płyta składa się wyłącznie z tych dziewięciu piosenek - jest ich w istocie 14, ale te pięć dopełniają obrazek zamiast go tworzyć. Może i dobrze, zapewniają chwilę oddechu po tych bombach emocjonalnych. 

Rejs. Rejs przez życie, które mija w godzinę i dwie minuty. Po zejściu z pokładu kontynuujemy je, jasne - taki m.in. jest zamysł Spitting Venom, ale już jakby mając za sobą wszystko. Rozliczyłam się właśnie z sobą i wiem co dalej robić, by było dobrze. Nie umierajmy jednorazowo - ródźmy się od nowa, póki statek nie zatonie. Fakt, że ktoś to nagrał jest niezwykle pomocny - możemy sobie w każdej chwili przypomnieć co zrobić. I trzymać się tej wewnętrznej reinkarnacji. A potem sięgnąć po kolejne płyty Modest Mouse i rozprawiać się z każdym elementem siebie w sposób nieco bardziej szczegółowy. Lepiej w samotności, gdy masz coś co poruszy kolejne struny. Bo, tak szczerze, to kto Cię zrozumie lepiej od Ciebie samego?

9.9.08

VISION THING, The Sisters of Mercy, 1990

     Długa już całkiem przygoda z Last.fm pozwoliła mi zdobyć jakieś tam rozeznanie w gatunkach, podgatunkach i im pochodnych. Kiedy więc za The Sisters of Mercy dojrzałam tag goth, to spojrzałam z duużym powątpiewaniem. Mam uczulenie na wszelkie gotyckie, ghotyckie i jakkolwiek fikuśniej zapisane formy tego słowa, dokonania. Lacuna Coil, Lacrimosa [to to najbardziej] czy Nightwish przyprawiają mnie o małe, gorejące kropeczki na skórze, zwane potocznie wysypką. Niemiłe, doprawdy.

Ale podstawą wydawania sądów jest zapoznanie się z osądzanym, więc zaleciłam fu!barowi odtworzenie mi Vision Thing i.. dostałam od razu belą po kolanach od rozpędzonej perkusji wespół z wściekłą gitarą. Robi wrażenie i to bardzo pozytywne - odeszły w sekundę obrazy smęcących, krwawych dziewic na rzecz w pełni świadomego wyzwania, jakiego się podjęli, zespołu. Cóż to za wyzwanie? Takie wstępy są cholernie obiecujące, windują z miejsca na szczyt energii i ciężko na tym poziomie pozostać bez przerwy, na prawie pięć minut. Nie przysłowiowe pięć minut, na 276 sekund niczym niespowolnionej, a wręcz zdającej się o dziwo jeszcze bardziej rozkręcać, mocy. Udźwignęli, mają klasę.

 I naprawdę Panowie, ja już Wam ufam. Nie są przekonani - muszą mnie położyć całkowicie pod sobą. Atakują Ribbons - spryciarze, z dwóch stron. Bo jakby przypadkiem mi się nie spodobało (ależ skąd!) w wersji studyjnej, to mogę sobie wypłynąć na fali stojącej vis-a-vis nich publiki, w wersji koncertowej. Ale zanim o niej, bo udał im się zabieg i wersji live słucham już z zamkniętymi oczami pomiędzy tłumem, to uczciwiej by było wypowiedzieć się o Ribbons studyjnym. O niepokojących, nieco stłumionych frazach przechodzących coraz odważniej, przy metalowych (w znaczeniu z metalu, kwestię gatunku muzycznego zarzućmy) dźwiękach gitar, do krzyku Just walk on in!. Cała ta atmosfera pozwala stać się speechless, bez znajomości tekstu. Nie byłabym jednak sobą nie sięgając po niego i nie przekonując się tym samym, jak sugestywne jest to walk on iiiiin. To, co Eldritch osiąga poprzez koncertowe echo jest niebywałe. Nie powiem, że wielkie - to słowo przyjdzie mi jeszcze wykorzystać - ale z pewnością przytłacza. Na poły z poruszeniem. A jego wykalibrowane przedstawienie, że to właśnie Ribbons przyjdzie nam - pal diabli, też tam się umieszczę - usłyszeć, ta niskotonowa niedbałość w jego głosie robi wrażenie. Coby wypadło bardziej kobieco - robi to samo wrażenie, które pozostawia ten zgarbiony chłopak, który nikogo nie interesuje gdy tymczasem kryje w sobie coś bardzo wartościowego. Z którego strony choćby o przekleństwo, modli się w pamiętniku dziewczyna. 

Wszyscy wiemy jak to jest z balladami. Są kojące, wzruszające bywają, najczęściej nudne - nigdy jednak masakrycznie złe. Wykonywane przez zespół parający się balladkami wypadają niewiarygodnie. Jeśli jednak wychodzi ona spod rąk zespołu, który przez trzy pierwsze numery naraża na szwank wszelkie możliwe termometry i jeszcze tytułuje ją Something Fast to ja mu wierzę. Bo chyba o to im choćby po części chodziło.

Pozwolę sobie - w tej subiektywnej recenzji na moim blogu, gdzie nikt nie będzie mi tego cenzurował - na prywatę związaną z Doctorem Jeep'em. Pewna bliska mi osoba miała niegdyś sporo doczynienia z lekarzem, którego z racji inicjałów nazywałyśmy właśnie Jeep'em. I jakże tu się nie uśmiechnąć na widok tego tytułu? ;) 

Powyższa prywata nie ma nic nadto do odbioru kawałka przeze mnie - on absolutnie broni się sam. Dzięki zasuwającej na dzieńdobry perkusji, dzięki towarzyszącym jej rozgrzanym do czerwoności gitarom, przebijającym gdzieniegdzie głosem Eldritcha, który mrozi chyba na pełny etat już i tej kobitce w okolicy refrenu. Dzięki tej pani w okolicy refrenu i dzięki klawiszom, które na sekundę wyciągają z tego szalonego, rozpędzonego a mimo wszystko nadal rozpędzającego się kołowrotu. Gdyby miano to zobrazować, to porównanie jest tylko jedno - nieszczęśnika jakiegoś trzymają za włosy w wodzie i wyciągają co jakiś czas, coby nabrał powietrza. Dla jednych masakryczna wizja, zapewne. Ale jeśli zamiast wody, zaczniemy topić go w dźwięku - może też zginie, ale miałabym wątpliwości, czy to takie pechowe.

MORE !!! - schowajcie się wszyscy i wszystko, od swojej pierwszej minuty, od tego podjazdu gitary rodem z lat... '80 przecież, od Some people get by.. poprzez kulminację w refrenie. I te fenomenalne chórki będące nieco spokrewnione z chórkiem w I don't like the drugs, but the drugs like me Mansona. A jak Eldritch mówi tak cholernie dobitnie I'm not done yet to z jednej strony ciarki przechodzą i krew można w żyłach poczuć ale z drugiej lepiej się od niego trzymać z daleka. Sensu sugestywny. Ten numer na słuchawkach dousznych, mieszający się między zwojami trzyma o wiele dłużej niż swoje programowe 8:23. Ja sobie nie chcę odpowiadać na pytanie, jakby to brzmiało na żywo bo byli w Polsce 3 razy i z moim kurde szczęściem - ostatni odbył się dwa lata temu. I już myślisz, że to koniec [choć sposób w jaki się z tego świata połyskujących strun i niebezpiecznych klawiszy wydostaję to istna perełka. Post orgasmic chill, że od Skunk Anansie pożyczę] a tu niespodzianka. Powalająca do cna. Na dniach jakoś, ponieważ muzycznie łyknął mnie More całościowo, sięgnęłam do tekstu i jak padłam, tak po dziś dzień nie wstałam. Potwierdziło się bowiem, że jest to absolut. Jeden z doprawdy nielicznych - na każdym polu 100%. I ta płyta mogłaby nie istnieć - mogłaby być bardzo cienka a i tak More by ją wydźwignął na piedestał.

     Pozostałe utwory, tj. Detonation Boulevard, When You Don't See Me, I Was Wrong czy You Could Be The One ładnie [ładnie może zostać użyte, kiedy mowa o SoM?] wpisują się w konwencję albumu nie wyróżniając się jednak przesadnie - na owego albumu tle, indywidualnie wiodłyby prym na pewno, ale mają pecha być konfrontowane z Ribbons czy Doctorem Jeep'em [More 3/4 piosenczyn kładzie na łopatki, nie tylko SoM] i legną. Nie z kretesem, płyta jest od A do Z mocną pozycją w mojej mp3-kotece, choć poznana niedawno, ale legną. I przyznam, że irytuje mnie refren do When You Don't See Me ale to ja i mnie to u kogokolwiek zirytuje.

     Na koniec największa niespodzianka - Doctor Jeep extended i bardzo-kurwa-dobrze, bo niech się nie kończy i Ribbons live wspomniane wyżej. More niech nie extendują bo by zaczęli upiększać, a im bardziej perfekcję upiększasz tym ona traci na perfekcji owej.

     Poszłam po najmniejszej linii oporu, zaczęłam od najlepszej ale wbrew pozorom, pozostałe na tym skorzystają - nie będę miała w głowie parcia na szybkie odhaczenie reszty, byleby dotrzeć wreszcie do Vision Thing.
darmowe liczniki statystyki