zanim cokolwiek powiem od siebie, zacytuję Xing'a:
Wprost uwielbiam słuchać muzykę na słuchawkach. Z dwóch powodów. Po pierwsze kocham słyszeć zwrotki w tle i takie dziwne niuanse. Ze zwrotkami mam na myśli to, że czasami wsłuchując się w piosenke z uwagą, słyszać dodatkowe zdania, wyrazy czy dźwięki. Np. jeśli ktoś śpiewa w formie monologu, wyjątkowo skupiając się można usłyszeć dogadania czy dopowiedzi kogoś do kogo to trafia. Nie mam teraz przykładu. Albo w Kalibrze 44 jest bardzo często zabawa kanałami i niektóre słowa słychać tylko na prawej słuchawce, a niektóre na lewej. Daje to takie niesamowite przestrzenne wrażenie, które kocham. Kocham też pojedyńcze słowa i zabawy z nimi. Np. w piosence Sistars "Spadaj" (zacząłem słuchać Sistars i Paresłów), w nieocenzurowanej wersji, po dialogu faceta jest "i chuj mnie obchodzi blablabla. [ok.1:15s]". Słowo "chuj" jest tak magicznie ociężałe, tak przenikliwie niepasujące, tak ciężkie że słucham tego słowa z taką niekłamaną przyjemnością że o to zakrawa o psychoze. Drugą rzeczą, jest oddech. Już usłyszałem, że jestem chory, ale wdech przed zwrotką, czy wydech po zwrotce przyprawia mnie o drżenie. Lubię mieć wrażenie, że piosenka jest zaśpiewana na raz, bez montażu. Słyszenie oddechu piosenkarza daje mi tego złudzenie, czuje że jest człowiekiem, że jest bliżej mnie. Chore co?
- pewnie się nie obrazi, gdyż sam to opublikował. idealnie oddał w czym rzecz.
możecie sobie zamiast Kalibra podstawić the Knife, zamiast chuja w Sistars wstawcie instead z ♫Summer's Gone Placebo i macie wypisz, wymaluj - mnie. nawiasem mówiąc - nawet nie wiecie jaka to frajda, gdy Twój przyjaciel niejako utwierdza Cię w przekonaniu, że słusznie nazywasz go przyjacielem właśnie takimi cytatami, pod którymi możesz się podpisać. tym bardziej, że nie jest to jakiś banał.
różnie bywało. kiedyś słuchawki były dla mnie synonimem męczarni w imię kultury: muszę cicho na słuchawkach, żeby nie przeszkadzać innym napieprzaniem z głośników. dlatego raczej nie korzystałam. zaciskałam zęby i sobie obiecywałam, że jak tylko będę mogła to basami rozwalę kilka ścian.
bo ja muszę głośno, muszę czuć muzykę w sobie, w środku, jak się trzęsie od natężenia to idealnie.
i wtedy! zauważyłam, że właśnie słuchawki są w stanie mi to zapewnić. dźwięk nie rozprzestrzenia się po pomieszczeniu, tylko trafia wprost do ucha, do ciała, do krwi, do mózgu. czyli... tam gdzie powinien. i słuchałam z kolei tylko na słuchawkach, nawet jak mogłam bez.
gdy byłam w Niemczech i moi wykonywali piosenkę, w której akurat nie brałam udziału to wychodziłam na papierosa. na szyi miałam obowiązkowo telefon i nie dlatego, że ja taka gaduła tylko miał odtwarzacz mp3. celowo kupiłam model reklamowany jako bardziej walkman niż telefon. i wtedy usłyszałam: ♫Girls' Night Out i ♫Forest Families, pierwszy raz na słuchawkach. bezkonkurencyjne przeżycia. w przypadku pierwszej uaktywniły się zabawy kanałami oraz smaczki, które giną podczas słuchania na ogólnym a druga zabrała mnie w podróż, taką senną, rozmytą, z mgłą i w ogóle. bardzo bolesne było przywołanie mnie do porządku, bo właśnie chcieli śpiewać to, gdzie miałam zwrotkę.
moje pierwsze słuchawki były pomarańczowe, z taką gąbką i opaską. nie lubiłam ich strasznie, głównie za to, że były pomarańczowe a poza tym głupio mi było, że je widać. dlatego byłam przeszczęśliwa, gdy do gry włączył się model douszny. kupiłam czarne, tak, żeby nikt nie widział. faktycznie nikt nie widział, zwłaszcza starsze panie w autobusach i na przystankach, które uznawały mnie za chama-prymitywa bo nie odpowiadałam na ich pytania. szybko się jednak okazało, że mam coś nie halo z uszami i to nie laryngologicznie tylko eee... anatomicznie? słuchawki albo wypadały albo, gdy udało mi się je wreszcie zainstalować, powodowały szybko ból uszu. i wtedy pojechałam do Madrytu, do kuzynki.
to, że to Madryt nie ma kompletnie znaczenia - ma znaczenie, że byłam u kuzynki w pokoju i podczas jej nieobecności wypatrzyłam słuchawki, chyba, dla sportowców. coś w tym guście. i to było to! słuchawka właściwa jest w nich ruchoma, co pozwala mi na umiejscowienie jej w uchu w sposób właściwy a zauszniki sprawiają, że trzyma się ta moja kompozycja i nie muszę już trwać jak kamień, byle nie wyleciały.
ponieważ ceny w Madrycie są wiadome to odczekałam do powrotu. niestety, T. pojechał do jakiegoś Media Marktu i podczas kupowania głośników do komputera - które obecnie mi się dostały - kupił mi słuchawki. Sennheisera, cholera (ależ rym). douszne. jestem dobrym człowiekiem i jak widzę, że ktoś się postarał - T. się postarał; Sennheiser drogi a my nie mieliśmy kroci - to i ja się staram, więc męczyłam się z bolącymi uszami i nie pisnęłam, że wolałabym inne. odczekałam aż będę miała wolne pieniądze i kupiłam taniego (w porównaniu z S.) Panasonica, sportowe. sprawdzają się genialnie. Sennheiser leży w szufladzie.
niestety (?) są szaro-niebieskie więc nie dość, że widać to jeszcze gdy je zakładam to wyglądam jak agent FBI czy inna pani z infolinii.
umieściłam znak zapytania przy niestety, bo jakiś czas temu ktoś mi dał czegoś posłuchać na takich wielkich słuchawach. audiofilskich, ą i ę. i się absolutnie zakochałam. w słuchawkach, nie we właścicielu. to uczucie chwytu ucha, dzięki czemu czujesz się jak w dźwiękowym kasku... rewelacja. no i głośnik większy - o wiele lepszy efekt. no a wiadomo - te wielkie widać. chyba nawet na tym polega lans, że widać.
jak już mi się skończą koncerty, na które muszę czy musiałam pokupować bilety, to sobie sprawię takie słuchawki. nie dla lansu, dla obłędnego wrażenia. idziesz i jesteś muzyką. czujesz ją wszędzie, zamykasz oczy - nie jak idziesz, bo się wpierdolisz pod samochód - i ją widzisz. odrębna kraina, szaleństwo, raj.
ta cała notka powstała dlatego, że właśnie jest przed szóstą, ciemno, świat śpi a ja, wraz z moim sportowym modelem i ♫IAMX-em, podróżuję. i akurat tej nocy nie idzie o tekst a o te wkręcone między zwoje, klawisze.
może kiedyś stworzę listę do słuchania tylko na słuchawkach.
15.11.10
24.10.10
WONDERLUSTRE, Skunk Anansie, 2010
stop.
później wydali dwie kolejne płyty, rozeszli się, wokalistka nagrała zapierający dech, w mojej żądnej pierdolnięcia, piersi ♫duet z Maximem Reality z Prodigy, sama wydała dwie solowe płyty.
stop.
wrócili, zeszli się, zamydlili uszy jakimś debestofem i tadaaam, wydali czwarty album. i ja bym się chciała dowiedzieć jednego - co się, kurwa, stało?
może to nie jest moja ulubiona forma pisania o muzyce, zamykanie jej w klamry porównań ale to uderza. uderza i boli, ten rozdźwięk. fakt, że ta wysoko postawiona na wstępie poprzeczka gdzieś się teraz majta koło łydek, sorry. i mi nie chodzi o to, że cała płyta jest o miłości bo niech sobie będzie. jakby się uprzeć to ♫Charity też się jakoś o temat ociera, ale w tych tekstach kompletnie nie ma polotu, znanego wcześniej spod szyldu Skunk Anansie. wszystko jest takie topornie dosłowne, wręcz nieco żenujące, jak w przypadku - nomen omen - ♫Over the Love: now I can forget you cos I'm over the love, karma can protect you cos I'm over the fun, I needed the shame, I needed the pain, I need to feel nothing for you, now I can forget you cos I'm done. poważnie? taki syf? żeby nie było, ja bardzo lubię tę jej emocjonalną stronę, którą pokazała solo, ♫Nothing But do dziś nie mogę słuchać w spokoju ale no cholera, to miała być odskocznia. wypłakała się i wróciła na łono SA.
a tymczasem ich zaraziła tą swoją emo-manierą. gdyby nie ♫My Ugly Boy, który po pierwsze zrzyna ze... Skunk Anansie (♫We Love Your Apathy) a po drugie razi mnie tekst, który jest z pewnością hołubiony przez dziewczęta ze zbyt wybujałą wyobraźnią ale jest najmocniejszym punktem albumu, to należałoby tu mówić o pop-rocku. jeszcze niebanalne mi się zdaje ♫You're too expensive, choć pragnęłabym zaznaczyć, że niebanalne muzycznie jedynie bo i tu się przebijają wersy w stylu: tell me how. tell me how to breathe. when your arms. hold me too tightly. you're too expensive for me. I'd have to break all ties for you. tell me how. to fall out of love with you. blablabla.
a cała reszta się nijak nie broni - teksty, powiedzmy to głośno, kiczowate, muzyka kompletnie bez jaj - tak, wiem, mam się cieszyć, że jest perkusja i gitara. przepraszam ale mało mi do szczęścia.
i to raczej nie jest kwestia mojego nastroju czy stanu ducha - Meds Placebo idealnie trafiło w mój nastrój, opisywało dokładnie to, co przechodziłam ale nie skłoniło mnie to do mówienia, że to jest dobra płyta.
jest (tu wracam do Wonderlustre) monotonna, przesłodzona, teksty naprawdę lecą na jedno kopyto (vide już same tytuły mówią za siebie: Over the Love, My Love Will Fall, You Saved Me, I will stay but You should leave) a nie, jak w przypadku trzech poprzednich płyt, dotykają różnych aspektów. idź mi pan z takim czymś, nawet okładka jest do dupy.
z zespołami jest jak ze znajomymi - masz wielu, są różnorodni, jedni się świetnie nadają do ploteczek przy kawie, innym zdradzasz sekrety przy winie bo wiesz, że to inny kaliber niż ci od ploteczek. i trochę żal, gdy ci drudzy stają się tymi pierwszymi. oczekiwałam o wiele, wiele więcej.
6.10.10
THE SUBURBS, Arcade Fire, 2010
Przyjdzie mi to o tyle łatwo, że śladu tu po nim nie ma. I to poniekąd słychać, nie tyle w jakości, co Arcade Fire zdaje się na swoim trzecim albumie zachowywać nieco jak dziecko, które wyrwało się spod bacznego oka wujka.
Nie potrafię tylko jednoznacznie stwierdzić czy to dobrze, no bo jednak raz na trzy płyty przydałoby się nagrać coś innego od dwóch poprzednich ale dopiero teraz słyszę za co Pallett tu odpowiadał i trochę szkoda, że skończyła się era widowiskowych (słuchowiskowych?) partii instrumentów smyczkowych.
Ale do rzeczy.
Problem z openerem, tytułowym Suburbs polega z grubsza na tym, że wszystko bardzo ładnie, dopóki Win nie zaczyna śpiewać. Monotonny, usypiający wokal, wspierany przez wesołą, w miarę skoczną melodię. To nie mogło się udać. To jak skakać radośnie po polnej dróżce, dzierżąc na plecach torbę z kamieniami - nie ma siły, odbije się to na możliwości skakania. Głupio zrobili ci, którzy wysłali Suburbs na singla, bo nie jest reprezentatywny. Może nie jest aż tak nudny jak Rococo ale wcale nie obiecuje albumu radosnego, jak na zwyczaje AF odważnego... innego.
A skoro już o Rococo wspomniałam, to pozbędę się wizji pisania po kolei. Rococo mnie zawi..odło? -ódł?, no bo kto jak kto ale zespół, który brzmi jak Rubik na haju mógłby wykorzystać potencjał tytułu i walnąć oszałamiające rozmachem (i długością) Dzieło. Tymczasem dupa jasiu, długością przesadnie nie powala (cztery minuty niecałe, radio friendly), za to powala nijakością. I cóż z tego, że bardzo fajnie brzmi słowo rokoko?
Można oczywiście przyjąć, że zamysł był inny: [Rokoko] Odznaczało się lekkością i dekoracyjnością form, swobodną kompozycją, asymetrią i płynnością linii(…) mówi Wiki i rzeczywiście – dekoracyjnie jest (pomysł z charakterystycznymi podjazdami a to skrzypiec a to czego innego w istocie jest miły), acz swobodnie i asymetrycznie, czyli coraz bardziej się bełta, plącze, nie trzyma kupy.
W przeciwieństwie do Ready to Start - utworu dla Fire’owców raczej nietypowego, głównie za sprawą energii, obecności trochę bardziej niż zwykle złożonego riffu (ha!), nieobecności z kolei skrzypiec, gdyby Win był w stanie z siebie wyłuskać trochę tylko niższy ton, to wręcz byłoby to rockowe. I jest i ruchome tempo i przyczajenie się perkusji i choć obawiam się, że uszczknięty element swojskości nadrabiają miałkim tekstem, to na szczęście, nie mamy do czynienia z utworem polskim, gdzie nie da się tekstu odsiać od muzyki i jak ten pierwszy ssie (a umówmy się, najczęściej to robi) to druga nie bardzo umie się obronić, więc do tekstu nawet nie zerkam. I się cieszę faktem, że Arcade Fire odnajduje u siebie jaja.
Modern Man wcale nie jest modern. Ciężko mi się wypowiedzieć na temat bo czy ja mam patrzeć, prawda, przez pryzmat i piać, że brzmi jak sąsiad Younga czy kręcić nosem, że jest nudny? No bo gdzie Young a gdzie Arcade Fire, nie? Dyplomatycznie powiem, że jak już zrzynać to zrzynać od najlepszych, a kto sobie na co akcent położy, to już nie moja wina/zasługa.
Względem Empty Room nie należy ode mnie przesadnie wymagać czegoś na wzór obiektywizmu, bo są pędzące skrzypce a to już mnie kupuje. I one są caluśki czas, w tle. Poza tym nawet bez tych skrzypeczek bym nie miała się co czepiać, bo krótkie, szybkie, radosne takie. Takie jak Keep the Car Running z Neon Bible.
Przy City with no Children wypadałoby się zatrzymać na moment, gdyż sparafrazowany tytuł stanowi idealną receptę na fajną płytę spod szyldu Arcade Fire, a mianowicie Album with no Children. Co prawda i na recepcie się kończy, bo właśnie tu sztandarowy, arkadyjski chórek piszczących dziewcząt, brzmiących jak dzieci, daje się najbardziej we znaki ale nie można mieć wszystkiego. Na pociechę jest gitara. A może to jest tak, że oni gażę Palletta postanowili przeznaczyć na szkolenie u jakiegoś gitarzysty z pazurem?
Bo proszę mnie źle nie zrozumieć – nie lubić elementów orkiestrowych w Arcade Fire, to nie lubić Arcade Fire w ogóle przecież i ja nadal wolę posłuchać 10x No Cars Go, niż przelecieć Funeral (choć to bardzo…. a, to może kiedy indziej) ale co za dużo, to niezdrowo. Lub. Odmiany są miłe.
Oba Half-Lighty są niewyróżniające się ale już następujący po nich Suburban War przez trzy/czwarte swojego trwania wyróżnia się i to na plus. Bardzo spokojny, minimalistyczny a zarazem dojrzały utwór, który padł ofiarą bardzo dobrze znanego błędu - ulepszmy dobre. Rozumiem, że klimat wymusza dynamiczniejszy finał, taka typowa stylistyka – spokojnie, spokojnie i nagle bum! ale doszło do zapędzenia się. O jedną eksplozyjkę bardziej.
Hm. Z Month of May trochę przegięli pałę rozbestwienia gatunkowego. Nie ma płaczu, bo się chcieli sprawdzić pewno w takiej konwencji a że nie wyszło, nie ich koszula to no, bywa. Ale nie każdy może być Joshem Homme, sorry dudes.
Wasted Hours okazują się być wasted minutes, jak i każdy kolejny utwór aż nadchodzi We Used to Wait. Tak jak w przypadku Empty Room cały czas słyszalne były jednostajne skrzypce, tak tu to samo robi pianino, co wprowadza nieco napiętą atmosferę. Po trosze słychać zakusy na muzykę elektroniczną. Udane. I choć pchają się z tą swoją iskrą, chcą wzniecać, rozkręcać, to nie razi.
Zresztą ochotę na romans z elektro słychać też w Sprawl II (Mountains Beyond Mountains) - jakby się spotkali na jakiejś screenagers’owej imprezce z rodzeństwem Dreijer, Blondie (co często powtarzane, pewnie dlatego, że skojarzenie się narzuca samo), Architecture in Helsinki, trochę quasietnicznie, czyli to co wychodzi, gdy Amerykanie chcą brzmieć jak Chińczycy, nie wyściubiając nosa za granicę swojego stanu i wreszcie ten cały miks wyprodukowany by się okazał przez Eno (podkreślam by się, żeby potem nie było, że rozpowiadam jakoby Brian Eno wyprodukował Arcade Fire). Dość szalone, a jak szalone to fajne. Jakaś taka zależność się w muzyce wytworzyła.
Na dowidzenia ten bardzo, jednak, długi album (bo jak mówię, że coś tam było nudne to proszę uznać, że było BARDZO nudne) wieńczy closer Suburbs, z tej okazji wzbogacone o zaskakujący, prawda, dodatek (continued). I o ile w wersji podstawowej przeszkadzał mi dysonans między tempem muzyki a tempem wokalu, tak teraz wszystko jest pięknie, ładnie, wolno. Nihil novi – najczęściej gdy się tworzy taką klamrę, to ciekawszy wydaje się epilog.
Siu, i co? Ani słowa o Pallett'cie poza AF. ;)
Bardzo się cieszę, że zdecydowałam się na tak drobiazgowe potraktowanie Suburbs, bo przyznam, że po pierwszym odsłuchu nie widziałam w niej nic ciekawego. Podczas drugiego coś zaczęło z wolna zaskakiwać ale dopiero takie przysiądnięcie i słuchanie każdej piosenki po kilka razy, żeby móc napisać o niej wszystko co da się, pozwala na wyłuskanie każdego ewentualnego smaczku, dokopanie się do drugiego dna, połapania się w założeniu i może się tak zdarzyć, niekoniecznie tutaj ale przy okazji innych płyt zdarza się a i owszem, że nagle zaskoczy, po piętnastym odsłuchaniu, nagle załapię, że w tym kiczu chodzi nie o kicz a o pastisz czy że ta panienka nie jęczy, jak niedopukana emo, tylko naprawdę ma powód by tak miauczeć. Czy że gitara jest nieziemska, czy że riff chwytliwy, czy, na innym, lepszym sprzęcie dosłyszy się ukryte partie na trójkącie. I tak dalej, tym podobne.
1.10.10
The 30 Day Song Challenge: Day 30
this is it, ostatni dzień był nadszedł. z tego tu oto miejsca pozdrawiam Siwą i obiecuję, że już nie będę. ;)
your favorite song at this time last year
last podaje, że w tygodniu kończącym się 4 października 2009. roku, najczęściej słuchaną piosenką była...
teraz mi się przejadła.
your favorite song at this time last year
last podaje, że w tygodniu kończącym się 4 października 2009. roku, najczęściej słuchaną piosenką była...
teraz mi się przejadła.
30.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 29
a song from your childhood
aww... gdzieś na początku lat 90. ten teledysk był WSZĘDZIE
aww... gdzieś na początku lat 90. ten teledysk był WSZĘDZIE
29.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 28
a song that makes you feel guilty
no i nie można było tak od razu? wreszcie jakieś konkretne pytanie. jakie pytanie, taka odpowiedź:
coś jest w niej takiego, że się nieswojo czuję jak słyszę i oglądam teledysk.
no i nie można było tak od razu? wreszcie jakieś konkretne pytanie. jakie pytanie, taka odpowiedź:
coś jest w niej takiego, że się nieswojo czuję jak słyszę i oglądam teledysk.
28.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 27
a song that you wish you could play
nie mam przesadnie nierealnych oczekiwań - da się zrobić. kiedyś.
celowo wersja z And All That Could Have Been, bo jest bardziej rozbudowana od wersji studyjnej.
nie mam przesadnie nierealnych oczekiwań - da się zrobić. kiedyś.
celowo wersja z And All That Could Have Been, bo jest bardziej rozbudowana od wersji studyjnej.
27.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 26
a song that you can play on an instrument
taka ze mnie Obywatelka Unii! :P z rozmysłem nie wrzucam oryginału, bo właśnie po tej minucie wymiękam ACZ gwoli bycia dumnym z - sama się nauczyłam, bez żadnych nut czy innych wspomagaczy. na pianinie.
taka ze mnie Obywatelka Unii! :P z rozmysłem nie wrzucam oryginału, bo właśnie po tej minucie wymiękam ACZ gwoli bycia dumnym z - sama się nauczyłam, bez żadnych nut czy innych wspomagaczy. na pianinie.
26.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 25
a song that makes you laugh
tak, miewam niewyszukane poczucie humoru. ;)
tak, miewam niewyszukane poczucie humoru. ;)
25.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 24
a song that you want to play at your funeral
(...)
i nie, tu wcale nie chodzi o Minutę Ciszy, tylko o fakt, iż jest mi doprawdy całkowicie obojętne co puszczą na moim pogrzebie, gdyż... ekhem, no nic mi z tego nie przyjdzie. nie będę tego ani słyszeć, ani wspominać, ani nic takiego.
może tylko tyle, że...
(...)
i nie, tu wcale nie chodzi o Minutę Ciszy, tylko o fakt, iż jest mi doprawdy całkowicie obojętne co puszczą na moim pogrzebie, gdyż... ekhem, no nic mi z tego nie przyjdzie. nie będę tego ani słyszeć, ani wspominać, ani nic takiego.
może tylko tyle, że...
24.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 23
a song that you want to play on your wedding
tylko ja nie wiem, tu chodzi o taki ślub-ślub czy o wesele? bo jak wesele, to musiałoby to zostać przerobione na walca. ale da się, z tego co słyszę.
i tak, mówię serio.
tylko ja nie wiem, tu chodzi o taki ślub-ślub czy o wesele? bo jak wesele, to musiałoby to zostać przerobione na walca. ale da się, z tego co słyszę.
i tak, mówię serio.
23.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 22
a song that you listen to when you're sad
dead astronaut in space.
z biegiem lat myślę sobie, że to musiało być strasznie emo, gdy sobie napisałam na piórniku Disassociative. stare dzieje.
dead astronaut in space.
z biegiem lat myślę sobie, że to musiało być strasznie emo, gdy sobie napisałam na piórniku Disassociative. stare dzieje.
22.9.10
21.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 20
a song that you listen to when you’re angry
a jak nie mija, to się wytacza cięższe działa w postaci Killing in the name Rage Against the Machine. ale Sober to podstawa.
a jak nie mija, to się wytacza cięższe działa w postaci Killing in the name Rage Against the Machine. ale Sober to podstawa.
20.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 19
a song from your favourite album
proszę się specjalnie nie podniecać, gdyż nie posiadam JEDNEGO ulubionego albumu. gdy trafiam gdzieś na pytanie o bezludną wyspę blabla, to używam wybiegu taką, którą bym sobie sama nagrała, dvd, bo się więcej mieści. pełną luźnych, wybranych przeze mnie utworów. jest to jednakże jedna z moich trzech ulubionych. ponieważ obiecałam nie dublować zespołów (pozostałe dwa należą do Pearl Jam i Modest Mouse), to voila, oto trzeci. i ulubiona piosenka zeń.
proszę się specjalnie nie podniecać, gdyż nie posiadam JEDNEGO ulubionego albumu. gdy trafiam gdzieś na pytanie o bezludną wyspę blabla, to używam wybiegu taką, którą bym sobie sama nagrała, dvd, bo się więcej mieści. pełną luźnych, wybranych przeze mnie utworów. jest to jednakże jedna z moich trzech ulubionych. ponieważ obiecałam nie dublować zespołów (pozostałe dwa należą do Pearl Jam i Modest Mouse), to voila, oto trzeci. i ulubiona piosenka zeń.
19.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 18
a song that you wish you heard on the radio
w nocy, w samochodowym, poprosz...
to musi być mega uczucie. jeszcze w jakimś lesie. a jeśli się nie da to cokolwiek Coila.
w nocy, w samochodowym, poprosz...
to musi być mega uczucie. jeszcze w jakimś lesie. a jeśli się nie da to cokolwiek Coila.
17.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 17
a song that you hear often on the radio
nie, żebym słuchała radia bo to chyba już nie jest pierwszej świeżości ale ostatni non-stop z okresu w którym radia słuchałam. węszę, że miało to wpływ na porzucenie tej formy rozrywki.
nie, żebym słuchała radia bo to chyba już nie jest pierwszej świeżości ale ostatni non-stop z okresu w którym radia słuchałam. węszę, że miało to wpływ na porzucenie tej formy rozrywki.
The 30 Day Song Challenge: Day 16
a song that you used to love but now you hate
w przeciwieństwie do wczoraj - z tym nie mam problemu..
z podziękowaniami dla wszystkich centrów handlowych i empików kraju tego. sztandarowy przykład zajechanej piosenki.
w przeciwieństwie do wczoraj - z tym nie mam problemu..
z podziękowaniami dla wszystkich centrów handlowych i empików kraju tego. sztandarowy przykład zajechanej piosenki.
16.9.10
14.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 14
a song that no one would expect you to love
z popowymi piosenkami o miłości jest z grubsza taki problem, że są przesterowane - albo nafaszerowane enigmatycznymi, nadętymi metaforami albo z kolei totalnie łzawe, naiwne i niemal histeryczne. a tu proszę, niewymuszone takie. wdzięczne i szczere.
z popowymi piosenkami o miłości jest z grubsza taki problem, że są przesterowane - albo nafaszerowane enigmatycznymi, nadętymi metaforami albo z kolei totalnie łzawe, naiwne i niemal histeryczne. a tu proszę, niewymuszone takie. wdzięczne i szczere.
Subskrybuj:
Posty (Atom)