To jest jednak samograj - taki koncert post-rockowy. Bo niezależnie czy przyniosą własne instrumenty smyczkowe - jak GY!BE czy będą imitować ich dźwięk za pomocą instrumentów klawiszowych - jak GiaA, czy może porwą się na imitację wokalną - jak Sigur Rós, będzie ładnie, trochę jakby poza światem i zapadnie w pamięć. To tak gwoli garstki wyrachowanej kalkulacji nie wiem, marketingowej.
God is an Astronaut kupił mnie nazwą. Nie wiem już nawet jak na nich wpadłam, ale jak tylko zobaczyłam to pospieszyłam odkrywać, co zań się kryje. Tradycyjnie, dla siebie tradycyjnie bo wiem, że większość ma na odwrót i ściąga ostatni album, zaopatrzyłam się w debiut - The End of the Beginning. I autentycznie wpadłam po czoło, po uszy, po włos. Mimo, że potem wydali cztery kolejne albumy i na każdym znalazłam jakąś perełkę - ostatnio to tytułowe ♫Age of the Fifth Sun z ostatniej płyty; jak to podsumował ktoś trafnie na Laście - the shit gets real at 1:20 - to debiut, jak to zresztą zwykle bywa, jest najjaśniejszym punktem. Bardziej plastyczni od GY!BE'u, bardziej widowiskowi od Sigur Rós. Nadto dysponują czymś, czym nie dysponuje jednak, wbrew pozorom, wielu cenionych przeze mnie zespołów - podobnie czujemy muzykę najwyraźniej. Są takim moim BoD - Band on Demand, cokolwiek przyjdzie mi do głowy jako rozwinięcie tego, co grają, to oni to realizują. Często bowiem bywa tak, że gdy sobie coś nucę to doimprowizowuję ciąg dalszy. A oni to zagrali. Dlatego pewnie zajmują szczególne miejsce w mojej płytotece czy tam, jak wolicie, mptrójkotece. I dlatego koniecznie musiałam znaleźć się wczoraj w Progresji.
Z innych przyczyn by mnie tam wołami nie zaciągnięto, bo klub okropny. Ja nie wiem, ja może jestem francuski piesek, może za mało rockowa jednak mimo wszystko, bo nie czuję klimatu, gdy muszę skorzystać z zasikanej deski, trzymając drzwi, bo zamek zepsuty i nikt nie naprawił. Małe to to, obskurne, logo mają świetne, ale to ciut za mało. Ukryte w środku osiedla, gdyby nie szyld i adres na bilecie, to machnęłabym ręką myśląc, że to jakiś osiedlowy punkt picia piwa i napierdalania w piłkarzyki - żeby nie napierdalać się nawzajem po klatkach. O dziwo dumnie porozwieszane w środku plakaty głoszą, że tam nie byle kto grywał, bo i Black Label Society i Einstürzende Neubauten i Ray Wilson & many more. No i wczoraj God is an Astronaut. Po raz co najmniej drugi w Polsce.
A po raz pierwszy co? No pewnie, musiałam być gdzie indziej. Konkretnie to dwa lata temu w Krakowie. Żałowałam bardzo, nawet Dźonemu wspomniałam, że właśnie teraz grają w Warszawie. Szczęśliwie wrócili, jeszcze szczęśliwiej - za 40 złotych, tym bardziej szczęśliwie, że przypadkowo się dowiedziałam, wertując z nudów ulotkę Ticketpro dodaną do biletu na IAMX a najszczęśliwsze jest to, że niedaleko mojego domu. Tzn. było z tym nieco perturbacji, bo głupia wymyśliłam, że nie w Progresji a Proximie, która jest dokładnie po drugiej stronie miasta. Poza tym wszędzie podawali godzinę 18, co wymuszało na mnie zwolnienie się co najmniej pół godziny wcześniej z pracy i narobiłam rabanu, kierownictwo w robocie postawiłam w stan gotowości, Tatusia-kierowcę takoż, pobudki urządzałam, bo o te pół godziny wcześniej miałam w pracy się znaleźć, aż dokładnie wieczór przed doczytałam, że po pierwsze nie Proxima a Progresja - jeszcze gorzej, z pracy do Proximy miałabym bliżej, a po drugie o osiemnastej otwierają klub a koncert zaczyna się o ósmej. Czyli wszystko się ładnie skończyło, acz skończyło się dopiero wczoraj rano.
A, o ósmej nie grali GiaA tylko Sands of Sedna, support się znaczy.
Jakie te polskie zespoły są jednak, cholera, niemrawe, ja nie wiem. Pomijam już złośliwą nieco wyliczankę, jaką urządziłyśmy sobie ostatnio z Agatą a polegała ona na wyświetleniu listy na Wiki i osądzaniu, dość bezlitosnym, czym my tak naprawdę możemy się pochwalić. Bolesne to było. Dla polskiej muzyki rockowej, nie dla nas.
W każdym razie do sedna. Sands of Sedna. Zastanawiam się, co by się chłopakom stało, gdyby spróbowali być choć trochę... oryginalni. Gitarzyści się gięli boleściwie, jakby nie gitary trzymali a ściany z cegieł i to każdy po jednej ścianie na głowę, wokalista - okej, ładny chłopiec, taki studencik politechniki, oni bywają ładni, zwłaszcza, że miał na sobie lubiany przeze mnie zestaw t-shirt + bluzka z długim rękawem pod spodem.... cholera. No i widzicie? Ja tu tylko mogę walory wokalisty podziwiać, bo choć się starałam bardzo, to muzycznie nie porwali. Pragnę zaznaczyć, że jestem jedną z ostatnich osób, która skupia się na walorach wokalistów (oj no, Daniel Johns, Eddie Vedder i Bruce Springsteen to ewenementy, jak na ilość znanych mi zespołów zaopatrzonych w wokalistów), więc naprawdę - koncert był słaby. Coby dokopać leżącemu - o wiele lepiej wprowadzało mi się w nastrój podczas przerwy między supportem a gwiazdą wieczoru, gdy z laptopa leciał LCD Soundsystem i Gorillaz. Sorry.
Klub, jak wspomniałam, malutki, więc znów mogłam być fajna, tak jak na Godspeed You! i stanąć sobie pod sceną. Przy głośniku, przez co przygłuchłam, przez co dziś krzyknęłam niechcący do pani biurwy z pracy, przez co ona do mnie z mordą, że nie jest moją koleżanką, żebym do niej krzyczała, przez co w ogóle dramat w trzech aktach. Żebym ja się jeszcze biurwą przejmowała... no, ale, to może w innej notce.
Najbardziej do myślenia dała mi średnia wieku publiczności. To, o czym pisałam na Blipie, te wydrapane legitymacje to nijak nie jest przesada, te dzieci to były dzieci bardzo. Niepotrzebnie w sumie skrobali te tekturki, bo wypili po jednym i już byli w stanie, który dyskwalifikuje zakupienie kolejnych. Jak popatrzyłam na zalane gothki idiotki i mhoczne dziefchynki, to sobie gratulowałam, że siusiu poszłam przed, bo zasikana deska mniej boli niż świeżo wyhaftowana. I w tym wszystkim ja, dobra ciocia, która postanowiła zrobić dzieciom Dzień Dziecka Próba Generalna i użyczałam im ognia bez szemrania miast pytać ile mają lat i odsyłać, gdy zeznają, że mniej niż osiemnaście. Możecie się śmiać i grzmieć, ale po tym jak poznałam na sąsiednim mi osiedlu chłopca lat osiem, który podchodził do moich ówczesnych znajomych z tekstem kopsnij szluga tudzież zostaw pojarę, Misiek i umiał z tej pojary skorzystać, to mi się włączyła Matka Polka i szczawiom ognia nie użyczam. I pamięta wół jak cielęciem był i jako to cielę o ogień zawsze swój dbałam. Względnie prosiłam rówieśników.
Dziś idąc na przystanek, słuchając ♫All the right moves OneRepublic zdołałam sobie tylko pogratulować, że to nie You Can Dance unofficial theme, czyli ♫Apologize tegoż samego zespołu, liźnięte przez Timbalanda, bo bym musiała się pod coś zapaść. Ja mówiłam, że mam dwa mózgi i jeden robi, co robi a drugi się temu dziwi.
Bo że te małolaty wiedziały na co idą i nie przyszły tam z chęci pójścia do baru, to wątpię. Ach, co do baru. Wisiały dwie karteczki w klubie informujące, że Drugi Bar na sali. Z uwagi na to, że słowo Bar było już w następnym akapicie niejako, to chwilę trwało nim przestałam to odczytywać jako zachętę do udania się do baru na sali celem nabycia narkotyków. Mniemam, że wtedy klub wydałby mi się o wiele fajniejszy.
A po koncercie poszłam zapalić. I wróciłam, czekając na transport, dostrzegając tłumek pod sceną. Okazało się, że głodni wrażeń i kontaktu z publicznością muzycy stoją sobie za bramkami, cykając słodkie foteczki z fankami, które - omfg - dawały im swe wątłe, bo dopiero co startujące, piersi do podpisu. Nie umiem się bawić, dałam bilet. Jego nie musiałam myć parę h później. Tudzież te laski w ogóle myć się nie będą, wierząc szczerze w stereotyp, że prawdziwy metal/goth/rockman się nie myje. Ugh.
Celowo nie opisałam wrażeń z koncertu jako takiego, gdyż proszę: calusieńki jak na dłoni. To nie ja, to zarchiwizowany stream, co to wczoraj okrążył świat cały, wszyscy bardzo piszczeli na wieść o tym, że są uwieczniani. Myślę też sobie, że naprawdę bardzo, BARDZO muszę cenić muzyczną stronę God is an Astronaut, skoro wybaczyłam im nawet prośbę o przyciemnienie świateł, bo oni by chcieli zrobić zdjęcie na profil facebookowy. Gore! Powiedzcie, że muzycy z GY!BE spojrzeliby z politowaniem, co?
PS.: Mi naprawdę ten ♫Remembrance Day przypomina ♫The Perfect Drug NIN.
------
Tradycyjnie już:
1) Remaining Light
2) Fragile
3) Age of the Fifth Sun
4) Echoes
5) Remembrance Day
6) Shadows
7) World in Collision
8) Zodiac
9) Snowfall
10) Suicide by Star
11) Forever Lost
12) Route 666
13) Encore:
14) All Is Violent, All Is Bright
15) Fire Flies and Empty Skies
19.4.11
17.4.11
I'm still burning from the fire... the fire... THE FIRE (& whispers)
Jakaś gorliwa fanka z Lasta wyliczyła, że to był dziesiąty koncert IAMX w Polsce. Brzmi to dość astronomicznie, ale może okazać się zgodne z prawdą, gdyż Chris Corner ze składem zalicza się do tych gwiazd, co to u nas ciągle i ciągle, najlepiej co roku. W tym przypadku jednak ani śmiem kpić czy narzekać, bo poprzednie dziewięć mnie ominęło - a to nie znałam, a to byłam zagranico, a to się dowiedziałam dzień przed. A teraz proszę, zgraliśmy się idealnie. Także niech on sobie przyjeżdża i jedenasty raz, zwłaszcza, że...
A zresztą. Od początku.
Moi znajomi, tacy poznani w realu, czyli siłą rzeczy jest to grupa bardziej narzucona niż wybrana, żyje w nieświadomości o świecie muzycznym, w którym się poruszam. Na koncerty chadzałam z ojcem, co nijak oczywiście nie jest dla mnie powodem do wstydu, wręcz nawet do dumy, bo Wasz ojciec słucha Krajewskiego a mój Toola, ale wiadomo w czym rzecz - nie bardzo mogę z kimś o tej muzyce rozmawiać. Może poza chlubnym wyjątkiem, który z kolei okazał się niechlubny w innym temacie i kolega kolegą już nie jest. A w necie proszę - w tym wypadku Krycha vel ^Chryzantema sprawiła, że wreszcie dotarłam na koncert IAMX. Jak tylko dała mi znać, to zaopatrzyłam się w bilecik i czekałam. A miałam na co.
Poznałam ich w sumie też dzięki Sieci - mój lastowy znajomy z Rosji chyba się zasłuchiwał, więc podwędziłam dwie pierwsze płyty - Kiss + Swallow i The Alternative. Nie powiem, żeby poszło lawinowo - chyba miałam jeszcze uraz do electro, bo się musiałam przekonywać, ale! Jak już się przekonałam, to na całego. Sytuacja jest w sumie podobna jak z Fischerspoonerem - w tzw. kręgach mówi się, że pierwsza płyta jest dla koneserów muzyki a druga bardziej mainstreamowa. Cóż, wygląda więc na to, że w przypadku muzyki elektronicznej jestem bardziej na fali, co w sumie jest bzdurą kompletną, bo wolę - o, jak bardzo wolę! - Autechre od Scootera, ale tłumaczy czemu wolę fischerspoonerową Odyssey i iamxowy The Alternative właśnie.
Później przyszła pora na zapoznanie się z kolebką Chrisa, czyli grupą Sneaker Pimps, która przeszła mi uchem bez echa, a jeśli już, to tylko dwie piosenki lubię - ♫Loretta Young Silks i ♫Black Sheep. Nawiasem to jest zabawne, bo występują obok siebie na płycie (Bloodsport, przyp. Bee) i długo, długo nic nowego. Ja się spokojnie rozsmakowywałam w tzw. świętej trójcy z Alternative, czyli ♫Spit it out, ♫After Every Party I Die i ♫This Will Make You Love Again, aż nadeszła pora na trzeci krążek IAMX-a - Kingdom of Welcome Addiction. Choć w sumie czy ja wiem, czy nadeszła? Może do tej pory nie, bo owszem, ♫Think of England daje kopa - acz musiałam się przyzwyczajać - a ♫I Am Terrified jest... powiem tak - ja sobie zdaję sprawę, że jest aż do szpiku wprost, niemal nagi i to może wywoływać w cynicznym uchu wrażenie emowatości, ba! nawet autoironia moja to zauważa, ale zarówno tekst jak i muzyka - zwłaszcza w opisywanej przeze mnie wersji słuchawkowej - kładą mnie na łopatki - ale płyta jako płyta mnie nie rusza. Czwarta, o której dowiedziałam się na chwilę przed koncertem, też nie. A pech, bo przyjeżdżali ją promować.
Już? Jest jasność? To do meritum może.
W wyniku różnych perturbacji towarzysko-zawodowych na koncert poszłam sama i na miejscu spotkałam się z rzeczoną we wstępie Chryzantemą. Właściwie to ustaliłam do niej numer, spotkałam się pod wejściem na salę by ją sobie obejrzeć - celem późniejszej identyfikacji wśród tłumu. Tzn. my się nie widziałyśmy pierwszy raz, ale jak miga stroboskop to trzeba się orientować nawet na poziomie stroju - i udałam się na patio palić. Następnie wykonałam manewr przy barze - miałam przy sobie 20 zł, wina nie mieli, choć w karcie był, dlatego wydałam te 20 na Jacka z Colą, co było Jackiem Danielsem z cytryną i colą w proporcjach studenckich, czyt. ta cola to gdyby jej nie wlewali na moich oczach to bym nie uwierzyła, że jest. Drinka pobrałam, wsłuchałam się, że support nadal zapodaje i wróciłam na patio. Ogólnie mi ten zakaz palenia nie przeszkadza, ale powoduje, że jak już to palę więcej niż jednego, na zaś. I wypiłam drinka. Duszkiem niemal. Yup, wypiłam 3/4 kufla Jacka Danielsa duszkiem. Tanecznym więc krokiem udałam się na salę, odszukałam Chryzantemę i... nie minęły dwa kawałki, no, może trzy i byłam trzeźwa jak... cholera, chyba czas przerzucić się na mineralną, skoro znam tylko porównania nawalonych do czegoś/kogoś... no, w każdym razie wypociłam w sekundę. Trudno byłoby nie wypocić - grali moją ostatnią miłość, ♫Nightlife.
W ogóle to hm, może się jeszcze wstrzymam z oficjalnym wykreślaniem z protokołów, ale wczoraj nie byłam tą, która nie lubi koncertów w klubach i stoi jak słup kontemplując. Efekt? Boli mnie szyja, łydka, nie wiem czemu palec środkowy u lewej dłoni, choć fucków nie rozdawałam, dopiero dziś rano odzyskałam głos, Jack Daniels wylądował na koszulce, którą, nie wdając się w obrzydliwe opisy, można było po koncercie śmiało wyżąć. Zwłaszcza, że w ruch poszło wspomniane Think of England, ♫Bring Me Back A Dog czy ♫Kiss + Swallow. Utwory z dwóch ostatnich płyt minęły mi bez specjalnych wzruszeń, może tylko moment z ♫I salute You, Christopher, wraz z poprzedzającą go dedykacją, która utarła nosa wszystkim tym fankom, które myślały, że to dowód na nabrzmiałe ego ich idola. Choć i tak nie do końca się to ucieranie udało, bo każda recenzja z wczorajszego koncertu nosi tytuł I/We salute You, Christopher. No więc ja może wyjaśnię za Chrisem - to nie o TEGO Christophera chodzi. Ładne to było.
Pozdrawiam też głupich ludzi, którzy zapomnieli o instytucji bisów i zmyli się po zgaśnięciu świateł, co wieńczyło część pierwszą - naprawdę, dzięki Wam mogłam podejść bliżej sceny i szaleć przy ♫Skin Vision i właśnie Spit it out.
Odnośnie braku This Will Make You Love Again czy I Am Terrified to mam mieszane uczucia, bo jasne, że po cichu liczyłam, ale z drugiej strony mogłoby to się skończyć katastrofą - rozpłakałabym się pewnikiem. I to bez cienia przesady piszę, gdyż zdarza mi się podczas słuchania tego w zaciszu domowym a co dopiero przy żywych dźwiękach. Umówmy się jednak, że mam pewien problem z publicznym okazywaniem emocji aż tak osobistych i choć parę razy mi się w życiu niedziecięcym wymsknęło, to zaliczam te przypadki do pewnych jednak porażek. Wiem, dziwna jestem, w dobie internetsów posługuję się kategorią intymności nie tylko w odniesieniu do seksu.
Acz jeszcze wracając do pierwszej strony... jakiż to musiał by być koncert, żeby mnie do takiego stopnia poruszyć. :)
Mała pigułka typowo recenzencka: publika młodociana, przeważało emo, włosy albo ulizane albo jasnoniebiskie dready, glany, szpilki, podarte z rozmysłem rajstopy, ćwieki, koszulki... sklepik oferował wszystko to, co się oferuje na koncertach, czyli jakieś koszulki, plakietki, naszywki, bluzy, plakaty, biżuterię i... parasolkę. Było rzucanie ręcznikami, było lanie wody, były pałki w tłumie, które wcześniej wokalista sobie wsadzał między nogi. Ale co tam, wiedziały pszczele gały na co bilet brały.
I salute You, ... okej, żartowałam.
-------
1) Music People
2) Volatile Times
3) Nightlife
4) Ghosts of Utopia
5) My Secret Friend
6) Tear Garden
7) I Salute You Christopher
8) Fire & Whispers
9) Think of England
10) Bring Me Back a Dog
11) Nature of Inviting
12) Cold Red Light (ku uciesze gawiedzi skoczył wtedy w tłum. no cóż, dziesiąty koncert więc trochę już się znają)
13) Kiss + Swallow
14) President
15) Bernadette
16) The Alternative (with Noblesse Oblige)
17) Skin Vision
18) Commanded by Voices
19) Spit It Out
A zresztą. Od początku.
Moi znajomi, tacy poznani w realu, czyli siłą rzeczy jest to grupa bardziej narzucona niż wybrana, żyje w nieświadomości o świecie muzycznym, w którym się poruszam. Na koncerty chadzałam z ojcem, co nijak oczywiście nie jest dla mnie powodem do wstydu, wręcz nawet do dumy, bo Wasz ojciec słucha Krajewskiego a mój Toola, ale wiadomo w czym rzecz - nie bardzo mogę z kimś o tej muzyce rozmawiać. Może poza chlubnym wyjątkiem, który z kolei okazał się niechlubny w innym temacie i kolega kolegą już nie jest. A w necie proszę - w tym wypadku Krycha vel ^Chryzantema sprawiła, że wreszcie dotarłam na koncert IAMX. Jak tylko dała mi znać, to zaopatrzyłam się w bilecik i czekałam. A miałam na co.
Poznałam ich w sumie też dzięki Sieci - mój lastowy znajomy z Rosji chyba się zasłuchiwał, więc podwędziłam dwie pierwsze płyty - Kiss + Swallow i The Alternative. Nie powiem, żeby poszło lawinowo - chyba miałam jeszcze uraz do electro, bo się musiałam przekonywać, ale! Jak już się przekonałam, to na całego. Sytuacja jest w sumie podobna jak z Fischerspoonerem - w tzw. kręgach mówi się, że pierwsza płyta jest dla koneserów muzyki a druga bardziej mainstreamowa. Cóż, wygląda więc na to, że w przypadku muzyki elektronicznej jestem bardziej na fali, co w sumie jest bzdurą kompletną, bo wolę - o, jak bardzo wolę! - Autechre od Scootera, ale tłumaczy czemu wolę fischerspoonerową Odyssey i iamxowy The Alternative właśnie.
Później przyszła pora na zapoznanie się z kolebką Chrisa, czyli grupą Sneaker Pimps, która przeszła mi uchem bez echa, a jeśli już, to tylko dwie piosenki lubię - ♫Loretta Young Silks i ♫Black Sheep. Nawiasem to jest zabawne, bo występują obok siebie na płycie (Bloodsport, przyp. Bee) i długo, długo nic nowego. Ja się spokojnie rozsmakowywałam w tzw. świętej trójcy z Alternative, czyli ♫Spit it out, ♫After Every Party I Die i ♫This Will Make You Love Again, aż nadeszła pora na trzeci krążek IAMX-a - Kingdom of Welcome Addiction. Choć w sumie czy ja wiem, czy nadeszła? Może do tej pory nie, bo owszem, ♫Think of England daje kopa - acz musiałam się przyzwyczajać - a ♫I Am Terrified jest... powiem tak - ja sobie zdaję sprawę, że jest aż do szpiku wprost, niemal nagi i to może wywoływać w cynicznym uchu wrażenie emowatości, ba! nawet autoironia moja to zauważa, ale zarówno tekst jak i muzyka - zwłaszcza w opisywanej przeze mnie wersji słuchawkowej - kładą mnie na łopatki - ale płyta jako płyta mnie nie rusza. Czwarta, o której dowiedziałam się na chwilę przed koncertem, też nie. A pech, bo przyjeżdżali ją promować.
Już? Jest jasność? To do meritum może.
W wyniku różnych perturbacji towarzysko-zawodowych na koncert poszłam sama i na miejscu spotkałam się z rzeczoną we wstępie Chryzantemą. Właściwie to ustaliłam do niej numer, spotkałam się pod wejściem na salę by ją sobie obejrzeć - celem późniejszej identyfikacji wśród tłumu. Tzn. my się nie widziałyśmy pierwszy raz, ale jak miga stroboskop to trzeba się orientować nawet na poziomie stroju - i udałam się na patio palić. Następnie wykonałam manewr przy barze - miałam przy sobie 20 zł, wina nie mieli, choć w karcie był, dlatego wydałam te 20 na Jacka z Colą, co było Jackiem Danielsem z cytryną i colą w proporcjach studenckich, czyt. ta cola to gdyby jej nie wlewali na moich oczach to bym nie uwierzyła, że jest. Drinka pobrałam, wsłuchałam się, że support nadal zapodaje i wróciłam na patio. Ogólnie mi ten zakaz palenia nie przeszkadza, ale powoduje, że jak już to palę więcej niż jednego, na zaś. I wypiłam drinka. Duszkiem niemal. Yup, wypiłam 3/4 kufla Jacka Danielsa duszkiem. Tanecznym więc krokiem udałam się na salę, odszukałam Chryzantemę i... nie minęły dwa kawałki, no, może trzy i byłam trzeźwa jak... cholera, chyba czas przerzucić się na mineralną, skoro znam tylko porównania nawalonych do czegoś/kogoś... no, w każdym razie wypociłam w sekundę. Trudno byłoby nie wypocić - grali moją ostatnią miłość, ♫Nightlife.
W ogóle to hm, może się jeszcze wstrzymam z oficjalnym wykreślaniem z protokołów, ale wczoraj nie byłam tą, która nie lubi koncertów w klubach i stoi jak słup kontemplując. Efekt? Boli mnie szyja, łydka, nie wiem czemu palec środkowy u lewej dłoni, choć fucków nie rozdawałam, dopiero dziś rano odzyskałam głos, Jack Daniels wylądował na koszulce, którą, nie wdając się w obrzydliwe opisy, można było po koncercie śmiało wyżąć. Zwłaszcza, że w ruch poszło wspomniane Think of England, ♫Bring Me Back A Dog czy ♫Kiss + Swallow. Utwory z dwóch ostatnich płyt minęły mi bez specjalnych wzruszeń, może tylko moment z ♫I salute You, Christopher, wraz z poprzedzającą go dedykacją, która utarła nosa wszystkim tym fankom, które myślały, że to dowód na nabrzmiałe ego ich idola. Choć i tak nie do końca się to ucieranie udało, bo każda recenzja z wczorajszego koncertu nosi tytuł I/We salute You, Christopher. No więc ja może wyjaśnię za Chrisem - to nie o TEGO Christophera chodzi. Ładne to było.
Pozdrawiam też głupich ludzi, którzy zapomnieli o instytucji bisów i zmyli się po zgaśnięciu świateł, co wieńczyło część pierwszą - naprawdę, dzięki Wam mogłam podejść bliżej sceny i szaleć przy ♫Skin Vision i właśnie Spit it out.
Odnośnie braku This Will Make You Love Again czy I Am Terrified to mam mieszane uczucia, bo jasne, że po cichu liczyłam, ale z drugiej strony mogłoby to się skończyć katastrofą - rozpłakałabym się pewnikiem. I to bez cienia przesady piszę, gdyż zdarza mi się podczas słuchania tego w zaciszu domowym a co dopiero przy żywych dźwiękach. Umówmy się jednak, że mam pewien problem z publicznym okazywaniem emocji aż tak osobistych i choć parę razy mi się w życiu niedziecięcym wymsknęło, to zaliczam te przypadki do pewnych jednak porażek. Wiem, dziwna jestem, w dobie internetsów posługuję się kategorią intymności nie tylko w odniesieniu do seksu.
Acz jeszcze wracając do pierwszej strony... jakiż to musiał by być koncert, żeby mnie do takiego stopnia poruszyć. :)
Mała pigułka typowo recenzencka: publika młodociana, przeważało emo, włosy albo ulizane albo jasnoniebiskie dready, glany, szpilki, podarte z rozmysłem rajstopy, ćwieki, koszulki... sklepik oferował wszystko to, co się oferuje na koncertach, czyli jakieś koszulki, plakietki, naszywki, bluzy, plakaty, biżuterię i... parasolkę. Było rzucanie ręcznikami, było lanie wody, były pałki w tłumie, które wcześniej wokalista sobie wsadzał między nogi. Ale co tam, wiedziały pszczele gały na co bilet brały.
I salute You, ... okej, żartowałam.
-------
1) Music People
2) Volatile Times
3) Nightlife
4) Ghosts of Utopia
5) My Secret Friend
6) Tear Garden
7) I Salute You Christopher
8) Fire & Whispers
9) Think of England
10) Bring Me Back a Dog
11) Nature of Inviting
12) Cold Red Light (ku uciesze gawiedzi skoczył wtedy w tłum. no cóż, dziesiąty koncert więc trochę już się znają)
13) Kiss + Swallow
14) President
15) Bernadette
16) The Alternative (with Noblesse Oblige)
17) Skin Vision
18) Commanded by Voices
19) Spit It Out
25.1.11
Rockets fell.
Ludzi nie ocenia się po stroju a zespołu po nazwie - tego właśnie nauczył mnie Godspeed You! Black Emperor.
Było to może ze cztery czy pięć lat temu, gdy moja ówczesna bliska znajoma karmiła mnie sowicie muzyką. Tylko my dwie wiemy, jak wiele jej zawdzięczam i w ogromnym procencie to jej można zawdzięczać, że piszę o The Arcade Fire czy podziwiam Jacka White'a. To, jak się poznałyśmy, jest skomplikowane i nie ma znaczenia dla opowiadanej tu historii - w każdym razie udzielałyśmy się na słynnym Epulsie, na forum muzycznym. I tam właśnie, po raz pierwszy, dowiedziałam się o GY!BE. Dowiedziałam się, bo bynajmniej nie ruszyłam do słuchania - ten Black Emperor mnie powstrzymywał. Wtedy też nie lubiłam Sigur Rós, więc kategorię post-rock omijałam całkiem szerokim łukiem.
Dziewczyna wiedziała, co robi, gdy wcisnęła mi Yanqui U.X.O. - tam właśnie znajduje się ♫Motherfucker=Redeemer, pt 1, który wielbię po dziś dzień, a także ♫Rockets Fall on Rocket Falls, w którym zadurzyłam się wtedy. Już raz pisałam, chyba na Facebooku, że GY!BE is not YT friendly i kawałki, które w oryginale trwają >20 min, są tam bezczelnie pocięte - w przypadku Motherfucker=Redeemer podział na pt 1 i pt 2 został ustalony przez zespół, ale już Rockets Fall... został pocięty sztucznie, tu link do drugiej części wg YouTube. Potem przyszła pora na nadrobienie zaległości w postaci f#a#∞, zapoznanie się z polskim zespołem The Car is on Fire, który nazwę swą zaczerpnął od pierwszego zdania występującego na f#a#∞ i zostałam fanką GY!BE tak całkiem. Co prawda pozostałe płyty nieco odpuściłam, poświęcając im mniej uwagi, bo odkrywałam kolejne sposoby na słuchanie Motherfucker=... (najlepiej w nocy, na słuchawkach, przy zgaszonym świetle, do jakichś wizualizacji w choćby i WMP).
Zespół się rozpadł, co przyjęłam z pewnym żalem, acz zostawił przecież TAKI majątek, że nawet jeśli mieli już nic więcej nie nagrać, to wystarczyło, by się napawać jeszcze długo, długo. O koncercie nawet nie myślałam - no proszę Was, tu? Gdzie triumfy święci U2 czy inna Metallica? Nie, żebym coś miała do Metalliki, ale przyznacie, że bardzo inna bajka. Aż tu nagle, dnia pewnego, na facebookowym fanpage'u Godspeed pojawia się informacja o reaktywacji. Serce mi urosło, nadzieja na nowy materiał wystąpiła, zamiast potu, na skroni i czekałam cierpliwie na nowy album. Do głowy mi nie przyszło, że wcześniej zobaczę ich na żywo.
Aż tu nagle, dnia pewnego, września piętnastego, gdy robiłam karierę na Blipie odnośnie kwestii zasunięcia krzyża spod Pałacu, ^chacinski zrobił mnie na cacy. Bilet, pamiętam, zarezerwowałam bez wahania, jak tylko dopadłam stronę, na której oferowali i czekałam. W październiku to się styczeń wydaje odległy, więc bilet sobie czekał, podobnie jak i ja - cierpliwie w szufladzie. W tak zwanym międzyczasie ważyły się losy mojego noclegu - bo niby mam w Poznaniu siostrę i teoretycznie sprawa była oczywista, ale u nas nic nigdy nie jest oczywiste, zwłaszcza, gdy dotyczy mnie i mojej siostry. Koniec końców nastąpiło ocieplenie stosunków gdzieś koło Świąt i sprawa była zaklepana.
Na mapie, którą mam przed nosem - wisi za monitorem - przy nazwie Poznań powinnam sobie przypiąć, zamiast pinezki, znaczek TicketPro czy inny charakterystyczny dla koncertów emblemat. Bo przecież kiedy byłam po raz pierwszy w Poznaniu? Ano na NINie, dwa lata temu. Wtedy nie udało mi się pozwiedzać, dlatego planowałam teraz - znów nic z tego nie wyszło. Może za trzecim razem, jak już pojadę nie na-koncert.
Zdaję sobie sprawę, że są ludzie, nawet licznie występujący w środowisku, którzy na koncerty sami nie chadzają, a co dopiero jechać do innego miasta. Nie jest to mój przypadek. Raz nie poszłam na koncert, bo nie chciałam sama i to właściwie nie był koncert, tylko set Pompougnaca. No bo rzeczywiście sety mnie nie bawią, więc przydałby się ktoś, kto by mnie zabawiał.
Ot, kupiłam bilet w dwie strony, oświadczyłam wszem i wobec, że mnie w dniach 21-23 stycznia nie ma w mieście, więc mnie proszę nie angażować w nic i pojechałam.
W pociągu TLK zajęłam miejsce niemal na samym końcu pociągu, na jedynym trzecim siedzeniu wśród rzędów siedzeń podwójnych - oznaczało to widok na calusieńki skład z perspektywy jakiegoś władcy marionetek czy innych much. W połączeniu ze zbuntowanymi słowy - ♫Anthem for the year 2000 na ten przykład - dawało to wrażenie podobne do tych z wszelakiej maści teledysków - standing in front, or in the back, of the crowd, singin' in anger i takie tam. Dziecko Vivy Zwei i starego MTV, miałam zakusy do obsadzania się w teledyskach. Najwyraźniej nie wyrosłam całkiem. W ogóle w kwestię mojego doboru soundtracku do podróży powinien się włączyć jakiś Freud, bo oscylowałam między debiutem Silverchair (energiczni, zbuntowani młodzieńcy napieprzający gitarami, aż miło) a potencjalnie niegroźną Reginą Spektor, która niby sobie podśpiewuje o ♫dwóch ptaszkach a tak naprawdę to między tymi ptaszkami zachodzi relacja bardzo dobrze znana ze świata ludzi. Najbardziej mnie niepokoi obecność ♫Numb Linkin Park, bo ja ich przecież nie lubię. Dobrze, że chociaż nie w duecie z Jay-Z.
Jechałam z jakimś studentem fizyki, który wykonywał doświadczenie. Ponieważ wykorzystywał do tego kable i jakąś diodę, która najpierw złowieszczo świeciła na czerwono, a następnie jeszcze groźniej na zielono, to towarzysze podróży przybrali miny mówiące Jak to to było na filmach? Którym kablem się wyłącza bombę? Niestety chłopak wysiadł stację przed docelową i nic nie wybuchło, a bombę zabrał. Strzelam, że skoro świeciło się na zielono, to doświadczenie się udało.
Czytał Larssona.
20h później, nie zwiedzając wcześniej niczego, poinstruowana przez Szwagra, poinstruowanego z kolei przez JakDojade, zakotwiczyłam się w tramwaju nr 1 i ujechałam ku ul. Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Tramwaj był iście koncertowy - wszyscy w to samo miejsce, co oszczędziło mi pytań Przepraszam, którędy do klubu Eskulap? - ot, szłam za tłumem. A dokładniej za rudym dziewczęciem, które okazało się być bohaterką pewnego incydentu w trakcie koncertu.
Wejście do klubu jest, przyznam, dość osobliwe, bo schowane gdzieś za Uniwersytetem Medycznym i wygląda to jak, nie przymierzając, wejście na zaplecze. Znów - gdyby nie tłum, to tak bym sobie krążyła. Tłum? Raczej spora grupka. Koncert wybitnie niszowy to był. Przeważała młodzież przerzucająca się nazwami zespołów, które wystąpiły bądź wystąpią na festiwalu u Rojka a dziewczynami w stylu fanek Beyonce, które przywleczone zostały przez swoich undergroundowych chłopców. Nieco im współczuję, pewnie się czuły jak w jakiejś pieprzonej filharmonii.
Po przerobieniu szatni, stoliczka z koszulkami i naprawdę paskudnymi plakatami - jedno i drugie po 6 dych, zakupieniu absurdalnej Pepsi 0,5 za 7 zł., gdyż piwa nadal nie znoszę a trzecią opcją była woda, weszłam do sali. Salki wręcz.
Może to i dobrze, że nieduża była - wywoływało to wrażenie pełnego klubu po brzegi po pewnym czasie.
Na wstępie jednak skorzystałam z przerzedzenia się tłumu i stanęłam sobie elegancko pod sceną, przy bramce. Dopiero po pewnym czasie zauważyłam, że pod sceną - vis a vis głośnika. Raz w życiu stałam na koncercie przy głośniku, lata temu na Homo Twiście w Stodole i wspominam to tak źle, że nigdy potem się na to nie zdobyłam. Pomyślałam jednak, że jeśli ci, których widziałam przed wejściem, to wszyscy uczestnicy koncertu, to, zwłaszcza z moimi skromnymi gabarytami, dam radę przecisnąć się pod ścianę. Może nawet usiąść na podłodze, jak niektórzy? Albo o jezu, najwyżej ogłuchnę na trzy dni, trudno się mówi.
W międzyczasie przybywało ludzi - za mną ustawiła się, znana z koncertowego shoutboxu, dziewczyna z aparatem i drabinką remontową. Najwyraźniej była tam z misją i miała profesjonalnie zrelacjonować wydarzenie, opatrując dzieło swe zdjęciami.
Na scenę natomiast zaczęto wnosić ekwipunek GY!BE, a około godziny 21. pojawiło się coś na wzór supportu. Coś na wzór, gdyż stanowił go jeden człowiek, niejaki Total Life, który w całkowitych ciemnościach wprowadził salę w stan drżenia, na kwadrans mniej więcej. Salę - nie ludzi. Przypominało to stanie na moście, podczas gdy pod spodem zasuwa pociąg. Dźwięki ciężko określić muzyką - wyłącznie odgłosy imitujące stukot tegoż wyimaginowanego pociągu.
Po wspomnianym kwadransie odprowadzono go brawami, a na scenie zaczęli pojawiać się kolejni członkowie Godspeed You! Black Emperor - stroili skrzypce, wiolonczelę, kręcili dużą ilością pokręteł i wreszcie, około 21:30, zaczęli.
Za sobą ustawiony mieli ekran, na którym przez całą długość trwania występu wyświetlali niesamowite obrazy, zdjęcia i filmy, które w doskonały sposób komponowały się z muzyką. Dokładnie tak, jak zwykłam ich słuchać w zaciszu domowym. Na pierwszy ogień poszło intro, roboczo zatytułowane Hope Drone. W tym czasie na czarnym tle pojawił się biały napis HOPE. Pojawił, by zaraz zniknąć i znów się pojawić (i znów zniknąć, i znów...). Po tym wstępie zabrzmiała ♫Moya(tu fragment dosłownie z koncertu), podczas której miał miejsce pewien incydent. Mianowicie pewna dziewczyna, to samo rude dziewczę, które nieświadomie robiło mi za przewodniczkę w drodze do klubu, zataczając się niezmiernie została wyprowadzona z sali przez jakiegoś chłopaka. To już nie chodzi o to, że mi przeszła po plecach, wpadła na dziewczynę z aparatem i nieomal padła nam do stóp. Chodzi o to, że wbrew przypuszczeniom, nie wyglądało to na odurzenie duchotą li tylko - która panowała w rzeczy samej, bo sala mała, bez okien, co prawda, ale wyglądała na zwyczajnie naćpaną. Bez sensu całkiem, bo GY!BE zadbał o wprowadzenie w nastroje, do których nie potrzeba żadnych wspomagaczy.
Trzeci był fenomenalny, wspominany przeze mnie jeszcze na drugi i trzeci dzień, ♫Albanian, wykonywany do tej pory wyłącznie na koncertach, a szkoda. Wielka szkoda, że nie miałam przyjemności wcześniej. Mimo obecności perkusji, gitar, wciąż tętniących ze ściany obrazów, to uwaga moja skupiła się na filigranowej skrzypaczce, która dała z siebie naprawdę wszystko. Dla fetyszystów: skrzypaczka na prawej stopie posiada spory tatuaż - mandalę. Pewnie mogłabym ją uwiecznić, zwłaszcza, gdy zmieniała smyczki i jej stopa, wraz z tatuażem, widniała mi przed oczami wystarczająco długo, by móc zrobić zdjęcie, ale co ja jestem, żeby dziewczynie nie dać w spokoju się przygotować do występu, tylko strzelać pudelkowe fotki?
Trudno w przypadku takich zespołów jak Godspeed You! Black Emperor mówić o piosenkach czy nawet utworach jako takich, nie sposób wyodrębnić jednego kawałka, nie zahaczając o drugi i końcówkę poprzedniego, płytom oddajesz się w całości, albo nie słuchasz ich wcale. To, że do tej pory chwaliłam sobie Motherfucker=Redeemer i to koniecznie część pierwszą straciło prawo bytu po tym koncercie. Jedynie fale oklasków pozwalały na podzielenie występu i posegregowanie go na dziesięć części, z których każda ma tytuł - tzw. setlista. Tak naprawdę jak już utoniesz w obrazach płonących fabryk, czy też odlecisz wpatrując się w znikający horyzont, to nie liczą się ludzie wokół, nie liczą oklaski, siódme poty - choć nikt, na szczęście nie tańczył, a przynajmniej nie ruszał się po to z miejsca... jesteś Ty i muzyka. Inny świat, dwie i pół godziny podróży.
I nieistotne to, co podnoszą w shoutboxie, że nie było Motherfucker czy ♫Providence - był GY!BE i to się liczy.
Około godziny wpół do dwunastej koncert skończył się bezapelacyjnie. Zespół otrzymał gromkie brawa od urzeczonych słuchaczy, którzy kompletnie zapomnieli, że stoją cały czas i ich plecy już nie chcą mieć z nimi nic wspólnego, ale nie wrócił. Bezsensowne są żale, że nie mówili hi, thank you i kochamy wasz!, bo wg GY!BE muzyka ma bronić się sama. Obroniła się, w rzeczy samej.
Bardzo współczuję zarówno tym, którzy narzekają, że z tyłu było źle słychać a zwłaszcza tym, których nie było, bo to nie do odtworzenia, nie do opowiedzenia i muszę Was zmartwić, ale koncert był absolutnie fantastyczny. Mimo, że w absolutnie niefantastycznym klubie.
Do domu wróciłam na drugi dzień, przez trzy i pół godziny stojąc przy drzwiach do wagonu, wraz z piętnastoma innymi osobami i ich bagażami. Gdy skręcaliśmy, czy hamowaliśmy, to ludzie łapali się drzwi, które otwierają się automatycznie, ukazując tory, kolejny wagon i wąską, co prawda, acz złowieszczą przestrzeń pomiędzy nimi. Powinnam się wściekać, powinnam pluć sobie w brodę, że kupiłam od razu bilet w obie strony, choć nikt go w drodze powrotnej nie sprawdził, powinnam powiedzieć dużo brzydkich słów o dziewczynie, która nie potrafiła się zdecydować, czy chce przeczekać w toalecie mieszczącej się w innym wagonie, czy jednak towarzyszyć nam lojalnie, ale nic z tego. Na takie 2,5h muzyki i widoków to ja mogę nawet do Trójmiasta. W podobnym tłoku.
--------
Gwoli ścisłości:
1.) Hope Drone
2.) Moya
3.) Albanian
4.) Dead Metheny
5.) 09-15-00 (outro)
6.) Chart #3
7.) World Police and Friendly Fire
8.) Lift Yr. Skinny Fists, Like Antennas to Heaven...
9.) Gathering Storm
10.) The Sad Mafioso
Było to może ze cztery czy pięć lat temu, gdy moja ówczesna bliska znajoma karmiła mnie sowicie muzyką. Tylko my dwie wiemy, jak wiele jej zawdzięczam i w ogromnym procencie to jej można zawdzięczać, że piszę o The Arcade Fire czy podziwiam Jacka White'a. To, jak się poznałyśmy, jest skomplikowane i nie ma znaczenia dla opowiadanej tu historii - w każdym razie udzielałyśmy się na słynnym Epulsie, na forum muzycznym. I tam właśnie, po raz pierwszy, dowiedziałam się o GY!BE. Dowiedziałam się, bo bynajmniej nie ruszyłam do słuchania - ten Black Emperor mnie powstrzymywał. Wtedy też nie lubiłam Sigur Rós, więc kategorię post-rock omijałam całkiem szerokim łukiem.
Dziewczyna wiedziała, co robi, gdy wcisnęła mi Yanqui U.X.O. - tam właśnie znajduje się ♫Motherfucker=Redeemer, pt 1, który wielbię po dziś dzień, a także ♫Rockets Fall on Rocket Falls, w którym zadurzyłam się wtedy. Już raz pisałam, chyba na Facebooku, że GY!BE is not YT friendly i kawałki, które w oryginale trwają >20 min, są tam bezczelnie pocięte - w przypadku Motherfucker=Redeemer podział na pt 1 i pt 2 został ustalony przez zespół, ale już Rockets Fall... został pocięty sztucznie, tu link do drugiej części wg YouTube. Potem przyszła pora na nadrobienie zaległości w postaci f#a#∞, zapoznanie się z polskim zespołem The Car is on Fire, który nazwę swą zaczerpnął od pierwszego zdania występującego na f#a#∞ i zostałam fanką GY!BE tak całkiem. Co prawda pozostałe płyty nieco odpuściłam, poświęcając im mniej uwagi, bo odkrywałam kolejne sposoby na słuchanie Motherfucker=... (najlepiej w nocy, na słuchawkach, przy zgaszonym świetle, do jakichś wizualizacji w choćby i WMP).
Zespół się rozpadł, co przyjęłam z pewnym żalem, acz zostawił przecież TAKI majątek, że nawet jeśli mieli już nic więcej nie nagrać, to wystarczyło, by się napawać jeszcze długo, długo. O koncercie nawet nie myślałam - no proszę Was, tu? Gdzie triumfy święci U2 czy inna Metallica? Nie, żebym coś miała do Metalliki, ale przyznacie, że bardzo inna bajka. Aż tu nagle, dnia pewnego, na facebookowym fanpage'u Godspeed pojawia się informacja o reaktywacji. Serce mi urosło, nadzieja na nowy materiał wystąpiła, zamiast potu, na skroni i czekałam cierpliwie na nowy album. Do głowy mi nie przyszło, że wcześniej zobaczę ich na żywo.
Aż tu nagle, dnia pewnego, września piętnastego, gdy robiłam karierę na Blipie odnośnie kwestii zasunięcia krzyża spod Pałacu, ^chacinski zrobił mnie na cacy. Bilet, pamiętam, zarezerwowałam bez wahania, jak tylko dopadłam stronę, na której oferowali i czekałam. W październiku to się styczeń wydaje odległy, więc bilet sobie czekał, podobnie jak i ja - cierpliwie w szufladzie. W tak zwanym międzyczasie ważyły się losy mojego noclegu - bo niby mam w Poznaniu siostrę i teoretycznie sprawa była oczywista, ale u nas nic nigdy nie jest oczywiste, zwłaszcza, gdy dotyczy mnie i mojej siostry. Koniec końców nastąpiło ocieplenie stosunków gdzieś koło Świąt i sprawa była zaklepana.
Na mapie, którą mam przed nosem - wisi za monitorem - przy nazwie Poznań powinnam sobie przypiąć, zamiast pinezki, znaczek TicketPro czy inny charakterystyczny dla koncertów emblemat. Bo przecież kiedy byłam po raz pierwszy w Poznaniu? Ano na NINie, dwa lata temu. Wtedy nie udało mi się pozwiedzać, dlatego planowałam teraz - znów nic z tego nie wyszło. Może za trzecim razem, jak już pojadę nie na-koncert.
Zdaję sobie sprawę, że są ludzie, nawet licznie występujący w środowisku, którzy na koncerty sami nie chadzają, a co dopiero jechać do innego miasta. Nie jest to mój przypadek. Raz nie poszłam na koncert, bo nie chciałam sama i to właściwie nie był koncert, tylko set Pompougnaca. No bo rzeczywiście sety mnie nie bawią, więc przydałby się ktoś, kto by mnie zabawiał.
Ot, kupiłam bilet w dwie strony, oświadczyłam wszem i wobec, że mnie w dniach 21-23 stycznia nie ma w mieście, więc mnie proszę nie angażować w nic i pojechałam.
W pociągu TLK zajęłam miejsce niemal na samym końcu pociągu, na jedynym trzecim siedzeniu wśród rzędów siedzeń podwójnych - oznaczało to widok na calusieńki skład z perspektywy jakiegoś władcy marionetek czy innych much. W połączeniu ze zbuntowanymi słowy - ♫Anthem for the year 2000 na ten przykład - dawało to wrażenie podobne do tych z wszelakiej maści teledysków - standing in front, or in the back, of the crowd, singin' in anger i takie tam. Dziecko Vivy Zwei i starego MTV, miałam zakusy do obsadzania się w teledyskach. Najwyraźniej nie wyrosłam całkiem. W ogóle w kwestię mojego doboru soundtracku do podróży powinien się włączyć jakiś Freud, bo oscylowałam między debiutem Silverchair (energiczni, zbuntowani młodzieńcy napieprzający gitarami, aż miło) a potencjalnie niegroźną Reginą Spektor, która niby sobie podśpiewuje o ♫dwóch ptaszkach a tak naprawdę to między tymi ptaszkami zachodzi relacja bardzo dobrze znana ze świata ludzi. Najbardziej mnie niepokoi obecność ♫Numb Linkin Park, bo ja ich przecież nie lubię. Dobrze, że chociaż nie w duecie z Jay-Z.
Jechałam z jakimś studentem fizyki, który wykonywał doświadczenie. Ponieważ wykorzystywał do tego kable i jakąś diodę, która najpierw złowieszczo świeciła na czerwono, a następnie jeszcze groźniej na zielono, to towarzysze podróży przybrali miny mówiące Jak to to było na filmach? Którym kablem się wyłącza bombę? Niestety chłopak wysiadł stację przed docelową i nic nie wybuchło, a bombę zabrał. Strzelam, że skoro świeciło się na zielono, to doświadczenie się udało.
Czytał Larssona.
20h później, nie zwiedzając wcześniej niczego, poinstruowana przez Szwagra, poinstruowanego z kolei przez JakDojade, zakotwiczyłam się w tramwaju nr 1 i ujechałam ku ul. Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Tramwaj był iście koncertowy - wszyscy w to samo miejsce, co oszczędziło mi pytań Przepraszam, którędy do klubu Eskulap? - ot, szłam za tłumem. A dokładniej za rudym dziewczęciem, które okazało się być bohaterką pewnego incydentu w trakcie koncertu.
Wejście do klubu jest, przyznam, dość osobliwe, bo schowane gdzieś za Uniwersytetem Medycznym i wygląda to jak, nie przymierzając, wejście na zaplecze. Znów - gdyby nie tłum, to tak bym sobie krążyła. Tłum? Raczej spora grupka. Koncert wybitnie niszowy to był. Przeważała młodzież przerzucająca się nazwami zespołów, które wystąpiły bądź wystąpią na festiwalu u Rojka a dziewczynami w stylu fanek Beyonce, które przywleczone zostały przez swoich undergroundowych chłopców. Nieco im współczuję, pewnie się czuły jak w jakiejś pieprzonej filharmonii.
Po przerobieniu szatni, stoliczka z koszulkami i naprawdę paskudnymi plakatami - jedno i drugie po 6 dych, zakupieniu absurdalnej Pepsi 0,5 za 7 zł., gdyż piwa nadal nie znoszę a trzecią opcją była woda, weszłam do sali. Salki wręcz.
Może to i dobrze, że nieduża była - wywoływało to wrażenie pełnego klubu po brzegi po pewnym czasie.
Na wstępie jednak skorzystałam z przerzedzenia się tłumu i stanęłam sobie elegancko pod sceną, przy bramce. Dopiero po pewnym czasie zauważyłam, że pod sceną - vis a vis głośnika. Raz w życiu stałam na koncercie przy głośniku, lata temu na Homo Twiście w Stodole i wspominam to tak źle, że nigdy potem się na to nie zdobyłam. Pomyślałam jednak, że jeśli ci, których widziałam przed wejściem, to wszyscy uczestnicy koncertu, to, zwłaszcza z moimi skromnymi gabarytami, dam radę przecisnąć się pod ścianę. Może nawet usiąść na podłodze, jak niektórzy? Albo o jezu, najwyżej ogłuchnę na trzy dni, trudno się mówi.
W międzyczasie przybywało ludzi - za mną ustawiła się, znana z koncertowego shoutboxu, dziewczyna z aparatem i drabinką remontową. Najwyraźniej była tam z misją i miała profesjonalnie zrelacjonować wydarzenie, opatrując dzieło swe zdjęciami.
Na scenę natomiast zaczęto wnosić ekwipunek GY!BE, a około godziny 21. pojawiło się coś na wzór supportu. Coś na wzór, gdyż stanowił go jeden człowiek, niejaki Total Life, który w całkowitych ciemnościach wprowadził salę w stan drżenia, na kwadrans mniej więcej. Salę - nie ludzi. Przypominało to stanie na moście, podczas gdy pod spodem zasuwa pociąg. Dźwięki ciężko określić muzyką - wyłącznie odgłosy imitujące stukot tegoż wyimaginowanego pociągu.
Po wspomnianym kwadransie odprowadzono go brawami, a na scenie zaczęli pojawiać się kolejni członkowie Godspeed You! Black Emperor - stroili skrzypce, wiolonczelę, kręcili dużą ilością pokręteł i wreszcie, około 21:30, zaczęli.
Za sobą ustawiony mieli ekran, na którym przez całą długość trwania występu wyświetlali niesamowite obrazy, zdjęcia i filmy, które w doskonały sposób komponowały się z muzyką. Dokładnie tak, jak zwykłam ich słuchać w zaciszu domowym. Na pierwszy ogień poszło intro, roboczo zatytułowane Hope Drone. W tym czasie na czarnym tle pojawił się biały napis HOPE. Pojawił, by zaraz zniknąć i znów się pojawić (i znów zniknąć, i znów...). Po tym wstępie zabrzmiała ♫Moya(tu fragment dosłownie z koncertu), podczas której miał miejsce pewien incydent. Mianowicie pewna dziewczyna, to samo rude dziewczę, które nieświadomie robiło mi za przewodniczkę w drodze do klubu, zataczając się niezmiernie została wyprowadzona z sali przez jakiegoś chłopaka. To już nie chodzi o to, że mi przeszła po plecach, wpadła na dziewczynę z aparatem i nieomal padła nam do stóp. Chodzi o to, że wbrew przypuszczeniom, nie wyglądało to na odurzenie duchotą li tylko - która panowała w rzeczy samej, bo sala mała, bez okien, co prawda, ale wyglądała na zwyczajnie naćpaną. Bez sensu całkiem, bo GY!BE zadbał o wprowadzenie w nastroje, do których nie potrzeba żadnych wspomagaczy.
Trzeci był fenomenalny, wspominany przeze mnie jeszcze na drugi i trzeci dzień, ♫Albanian, wykonywany do tej pory wyłącznie na koncertach, a szkoda. Wielka szkoda, że nie miałam przyjemności wcześniej. Mimo obecności perkusji, gitar, wciąż tętniących ze ściany obrazów, to uwaga moja skupiła się na filigranowej skrzypaczce, która dała z siebie naprawdę wszystko. Dla fetyszystów: skrzypaczka na prawej stopie posiada spory tatuaż - mandalę. Pewnie mogłabym ją uwiecznić, zwłaszcza, gdy zmieniała smyczki i jej stopa, wraz z tatuażem, widniała mi przed oczami wystarczająco długo, by móc zrobić zdjęcie, ale co ja jestem, żeby dziewczynie nie dać w spokoju się przygotować do występu, tylko strzelać pudelkowe fotki?
Trudno w przypadku takich zespołów jak Godspeed You! Black Emperor mówić o piosenkach czy nawet utworach jako takich, nie sposób wyodrębnić jednego kawałka, nie zahaczając o drugi i końcówkę poprzedniego, płytom oddajesz się w całości, albo nie słuchasz ich wcale. To, że do tej pory chwaliłam sobie Motherfucker=Redeemer i to koniecznie część pierwszą straciło prawo bytu po tym koncercie. Jedynie fale oklasków pozwalały na podzielenie występu i posegregowanie go na dziesięć części, z których każda ma tytuł - tzw. setlista. Tak naprawdę jak już utoniesz w obrazach płonących fabryk, czy też odlecisz wpatrując się w znikający horyzont, to nie liczą się ludzie wokół, nie liczą oklaski, siódme poty - choć nikt, na szczęście nie tańczył, a przynajmniej nie ruszał się po to z miejsca... jesteś Ty i muzyka. Inny świat, dwie i pół godziny podróży.
I nieistotne to, co podnoszą w shoutboxie, że nie było Motherfucker czy ♫Providence - był GY!BE i to się liczy.
Około godziny wpół do dwunastej koncert skończył się bezapelacyjnie. Zespół otrzymał gromkie brawa od urzeczonych słuchaczy, którzy kompletnie zapomnieli, że stoją cały czas i ich plecy już nie chcą mieć z nimi nic wspólnego, ale nie wrócił. Bezsensowne są żale, że nie mówili hi, thank you i kochamy wasz!, bo wg GY!BE muzyka ma bronić się sama. Obroniła się, w rzeczy samej.
Bardzo współczuję zarówno tym, którzy narzekają, że z tyłu było źle słychać a zwłaszcza tym, których nie było, bo to nie do odtworzenia, nie do opowiedzenia i muszę Was zmartwić, ale koncert był absolutnie fantastyczny. Mimo, że w absolutnie niefantastycznym klubie.
Do domu wróciłam na drugi dzień, przez trzy i pół godziny stojąc przy drzwiach do wagonu, wraz z piętnastoma innymi osobami i ich bagażami. Gdy skręcaliśmy, czy hamowaliśmy, to ludzie łapali się drzwi, które otwierają się automatycznie, ukazując tory, kolejny wagon i wąską, co prawda, acz złowieszczą przestrzeń pomiędzy nimi. Powinnam się wściekać, powinnam pluć sobie w brodę, że kupiłam od razu bilet w obie strony, choć nikt go w drodze powrotnej nie sprawdził, powinnam powiedzieć dużo brzydkich słów o dziewczynie, która nie potrafiła się zdecydować, czy chce przeczekać w toalecie mieszczącej się w innym wagonie, czy jednak towarzyszyć nam lojalnie, ale nic z tego. Na takie 2,5h muzyki i widoków to ja mogę nawet do Trójmiasta. W podobnym tłoku.
--------
Gwoli ścisłości:
1.) Hope Drone
2.) Moya
3.) Albanian
4.) Dead Metheny
5.) 09-15-00 (outro)
6.) Chart #3
7.) World Police and Friendly Fire
8.) Lift Yr. Skinny Fists, Like Antennas to Heaven...
9.) Gathering Storm
10.) The Sad Mafioso
15.11.10
oda do słuchawek.
zanim cokolwiek powiem od siebie, zacytuję Xing'a:
Wprost uwielbiam słuchać muzykę na słuchawkach. Z dwóch powodów. Po pierwsze kocham słyszeć zwrotki w tle i takie dziwne niuanse. Ze zwrotkami mam na myśli to, że czasami wsłuchując się w piosenke z uwagą, słyszać dodatkowe zdania, wyrazy czy dźwięki. Np. jeśli ktoś śpiewa w formie monologu, wyjątkowo skupiając się można usłyszeć dogadania czy dopowiedzi kogoś do kogo to trafia. Nie mam teraz przykładu. Albo w Kalibrze 44 jest bardzo często zabawa kanałami i niektóre słowa słychać tylko na prawej słuchawce, a niektóre na lewej. Daje to takie niesamowite przestrzenne wrażenie, które kocham. Kocham też pojedyńcze słowa i zabawy z nimi. Np. w piosence Sistars "Spadaj" (zacząłem słuchać Sistars i Paresłów), w nieocenzurowanej wersji, po dialogu faceta jest "i chuj mnie obchodzi blablabla. [ok.1:15s]". Słowo "chuj" jest tak magicznie ociężałe, tak przenikliwie niepasujące, tak ciężkie że słucham tego słowa z taką niekłamaną przyjemnością że o to zakrawa o psychoze. Drugą rzeczą, jest oddech. Już usłyszałem, że jestem chory, ale wdech przed zwrotką, czy wydech po zwrotce przyprawia mnie o drżenie. Lubię mieć wrażenie, że piosenka jest zaśpiewana na raz, bez montażu. Słyszenie oddechu piosenkarza daje mi tego złudzenie, czuje że jest człowiekiem, że jest bliżej mnie. Chore co?
- pewnie się nie obrazi, gdyż sam to opublikował. idealnie oddał w czym rzecz.
możecie sobie zamiast Kalibra podstawić the Knife, zamiast chuja w Sistars wstawcie instead z ♫Summer's Gone Placebo i macie wypisz, wymaluj - mnie. nawiasem mówiąc - nawet nie wiecie jaka to frajda, gdy Twój przyjaciel niejako utwierdza Cię w przekonaniu, że słusznie nazywasz go przyjacielem właśnie takimi cytatami, pod którymi możesz się podpisać. tym bardziej, że nie jest to jakiś banał.
różnie bywało. kiedyś słuchawki były dla mnie synonimem męczarni w imię kultury: muszę cicho na słuchawkach, żeby nie przeszkadzać innym napieprzaniem z głośników. dlatego raczej nie korzystałam. zaciskałam zęby i sobie obiecywałam, że jak tylko będę mogła to basami rozwalę kilka ścian.
bo ja muszę głośno, muszę czuć muzykę w sobie, w środku, jak się trzęsie od natężenia to idealnie.
i wtedy! zauważyłam, że właśnie słuchawki są w stanie mi to zapewnić. dźwięk nie rozprzestrzenia się po pomieszczeniu, tylko trafia wprost do ucha, do ciała, do krwi, do mózgu. czyli... tam gdzie powinien. i słuchałam z kolei tylko na słuchawkach, nawet jak mogłam bez.
gdy byłam w Niemczech i moi wykonywali piosenkę, w której akurat nie brałam udziału to wychodziłam na papierosa. na szyi miałam obowiązkowo telefon i nie dlatego, że ja taka gaduła tylko miał odtwarzacz mp3. celowo kupiłam model reklamowany jako bardziej walkman niż telefon. i wtedy usłyszałam: ♫Girls' Night Out i ♫Forest Families, pierwszy raz na słuchawkach. bezkonkurencyjne przeżycia. w przypadku pierwszej uaktywniły się zabawy kanałami oraz smaczki, które giną podczas słuchania na ogólnym a druga zabrała mnie w podróż, taką senną, rozmytą, z mgłą i w ogóle. bardzo bolesne było przywołanie mnie do porządku, bo właśnie chcieli śpiewać to, gdzie miałam zwrotkę.
moje pierwsze słuchawki były pomarańczowe, z taką gąbką i opaską. nie lubiłam ich strasznie, głównie za to, że były pomarańczowe a poza tym głupio mi było, że je widać. dlatego byłam przeszczęśliwa, gdy do gry włączył się model douszny. kupiłam czarne, tak, żeby nikt nie widział. faktycznie nikt nie widział, zwłaszcza starsze panie w autobusach i na przystankach, które uznawały mnie za chama-prymitywa bo nie odpowiadałam na ich pytania. szybko się jednak okazało, że mam coś nie halo z uszami i to nie laryngologicznie tylko eee... anatomicznie? słuchawki albo wypadały albo, gdy udało mi się je wreszcie zainstalować, powodowały szybko ból uszu. i wtedy pojechałam do Madrytu, do kuzynki.
to, że to Madryt nie ma kompletnie znaczenia - ma znaczenie, że byłam u kuzynki w pokoju i podczas jej nieobecności wypatrzyłam słuchawki, chyba, dla sportowców. coś w tym guście. i to było to! słuchawka właściwa jest w nich ruchoma, co pozwala mi na umiejscowienie jej w uchu w sposób właściwy a zauszniki sprawiają, że trzyma się ta moja kompozycja i nie muszę już trwać jak kamień, byle nie wyleciały.
ponieważ ceny w Madrycie są wiadome to odczekałam do powrotu. niestety, T. pojechał do jakiegoś Media Marktu i podczas kupowania głośników do komputera - które obecnie mi się dostały - kupił mi słuchawki. Sennheisera, cholera (ależ rym). douszne. jestem dobrym człowiekiem i jak widzę, że ktoś się postarał - T. się postarał; Sennheiser drogi a my nie mieliśmy kroci - to i ja się staram, więc męczyłam się z bolącymi uszami i nie pisnęłam, że wolałabym inne. odczekałam aż będę miała wolne pieniądze i kupiłam taniego (w porównaniu z S.) Panasonica, sportowe. sprawdzają się genialnie. Sennheiser leży w szufladzie.
niestety (?) są szaro-niebieskie więc nie dość, że widać to jeszcze gdy je zakładam to wyglądam jak agent FBI czy inna pani z infolinii.
umieściłam znak zapytania przy niestety, bo jakiś czas temu ktoś mi dał czegoś posłuchać na takich wielkich słuchawach. audiofilskich, ą i ę. i się absolutnie zakochałam. w słuchawkach, nie we właścicielu. to uczucie chwytu ucha, dzięki czemu czujesz się jak w dźwiękowym kasku... rewelacja. no i głośnik większy - o wiele lepszy efekt. no a wiadomo - te wielkie widać. chyba nawet na tym polega lans, że widać.
jak już mi się skończą koncerty, na które muszę czy musiałam pokupować bilety, to sobie sprawię takie słuchawki. nie dla lansu, dla obłędnego wrażenia. idziesz i jesteś muzyką. czujesz ją wszędzie, zamykasz oczy - nie jak idziesz, bo się wpierdolisz pod samochód - i ją widzisz. odrębna kraina, szaleństwo, raj.
ta cała notka powstała dlatego, że właśnie jest przed szóstą, ciemno, świat śpi a ja, wraz z moim sportowym modelem i ♫IAMX-em, podróżuję. i akurat tej nocy nie idzie o tekst a o te wkręcone między zwoje, klawisze.
może kiedyś stworzę listę do słuchania tylko na słuchawkach.
Wprost uwielbiam słuchać muzykę na słuchawkach. Z dwóch powodów. Po pierwsze kocham słyszeć zwrotki w tle i takie dziwne niuanse. Ze zwrotkami mam na myśli to, że czasami wsłuchując się w piosenke z uwagą, słyszać dodatkowe zdania, wyrazy czy dźwięki. Np. jeśli ktoś śpiewa w formie monologu, wyjątkowo skupiając się można usłyszeć dogadania czy dopowiedzi kogoś do kogo to trafia. Nie mam teraz przykładu. Albo w Kalibrze 44 jest bardzo często zabawa kanałami i niektóre słowa słychać tylko na prawej słuchawce, a niektóre na lewej. Daje to takie niesamowite przestrzenne wrażenie, które kocham. Kocham też pojedyńcze słowa i zabawy z nimi. Np. w piosence Sistars "Spadaj" (zacząłem słuchać Sistars i Paresłów), w nieocenzurowanej wersji, po dialogu faceta jest "i chuj mnie obchodzi blablabla. [ok.1:15s]". Słowo "chuj" jest tak magicznie ociężałe, tak przenikliwie niepasujące, tak ciężkie że słucham tego słowa z taką niekłamaną przyjemnością że o to zakrawa o psychoze. Drugą rzeczą, jest oddech. Już usłyszałem, że jestem chory, ale wdech przed zwrotką, czy wydech po zwrotce przyprawia mnie o drżenie. Lubię mieć wrażenie, że piosenka jest zaśpiewana na raz, bez montażu. Słyszenie oddechu piosenkarza daje mi tego złudzenie, czuje że jest człowiekiem, że jest bliżej mnie. Chore co?
- pewnie się nie obrazi, gdyż sam to opublikował. idealnie oddał w czym rzecz.
możecie sobie zamiast Kalibra podstawić the Knife, zamiast chuja w Sistars wstawcie instead z ♫Summer's Gone Placebo i macie wypisz, wymaluj - mnie. nawiasem mówiąc - nawet nie wiecie jaka to frajda, gdy Twój przyjaciel niejako utwierdza Cię w przekonaniu, że słusznie nazywasz go przyjacielem właśnie takimi cytatami, pod którymi możesz się podpisać. tym bardziej, że nie jest to jakiś banał.
różnie bywało. kiedyś słuchawki były dla mnie synonimem męczarni w imię kultury: muszę cicho na słuchawkach, żeby nie przeszkadzać innym napieprzaniem z głośników. dlatego raczej nie korzystałam. zaciskałam zęby i sobie obiecywałam, że jak tylko będę mogła to basami rozwalę kilka ścian.
bo ja muszę głośno, muszę czuć muzykę w sobie, w środku, jak się trzęsie od natężenia to idealnie.
i wtedy! zauważyłam, że właśnie słuchawki są w stanie mi to zapewnić. dźwięk nie rozprzestrzenia się po pomieszczeniu, tylko trafia wprost do ucha, do ciała, do krwi, do mózgu. czyli... tam gdzie powinien. i słuchałam z kolei tylko na słuchawkach, nawet jak mogłam bez.
gdy byłam w Niemczech i moi wykonywali piosenkę, w której akurat nie brałam udziału to wychodziłam na papierosa. na szyi miałam obowiązkowo telefon i nie dlatego, że ja taka gaduła tylko miał odtwarzacz mp3. celowo kupiłam model reklamowany jako bardziej walkman niż telefon. i wtedy usłyszałam: ♫Girls' Night Out i ♫Forest Families, pierwszy raz na słuchawkach. bezkonkurencyjne przeżycia. w przypadku pierwszej uaktywniły się zabawy kanałami oraz smaczki, które giną podczas słuchania na ogólnym a druga zabrała mnie w podróż, taką senną, rozmytą, z mgłą i w ogóle. bardzo bolesne było przywołanie mnie do porządku, bo właśnie chcieli śpiewać to, gdzie miałam zwrotkę.
moje pierwsze słuchawki były pomarańczowe, z taką gąbką i opaską. nie lubiłam ich strasznie, głównie za to, że były pomarańczowe a poza tym głupio mi było, że je widać. dlatego byłam przeszczęśliwa, gdy do gry włączył się model douszny. kupiłam czarne, tak, żeby nikt nie widział. faktycznie nikt nie widział, zwłaszcza starsze panie w autobusach i na przystankach, które uznawały mnie za chama-prymitywa bo nie odpowiadałam na ich pytania. szybko się jednak okazało, że mam coś nie halo z uszami i to nie laryngologicznie tylko eee... anatomicznie? słuchawki albo wypadały albo, gdy udało mi się je wreszcie zainstalować, powodowały szybko ból uszu. i wtedy pojechałam do Madrytu, do kuzynki.
to, że to Madryt nie ma kompletnie znaczenia - ma znaczenie, że byłam u kuzynki w pokoju i podczas jej nieobecności wypatrzyłam słuchawki, chyba, dla sportowców. coś w tym guście. i to było to! słuchawka właściwa jest w nich ruchoma, co pozwala mi na umiejscowienie jej w uchu w sposób właściwy a zauszniki sprawiają, że trzyma się ta moja kompozycja i nie muszę już trwać jak kamień, byle nie wyleciały.
ponieważ ceny w Madrycie są wiadome to odczekałam do powrotu. niestety, T. pojechał do jakiegoś Media Marktu i podczas kupowania głośników do komputera - które obecnie mi się dostały - kupił mi słuchawki. Sennheisera, cholera (ależ rym). douszne. jestem dobrym człowiekiem i jak widzę, że ktoś się postarał - T. się postarał; Sennheiser drogi a my nie mieliśmy kroci - to i ja się staram, więc męczyłam się z bolącymi uszami i nie pisnęłam, że wolałabym inne. odczekałam aż będę miała wolne pieniądze i kupiłam taniego (w porównaniu z S.) Panasonica, sportowe. sprawdzają się genialnie. Sennheiser leży w szufladzie.
niestety (?) są szaro-niebieskie więc nie dość, że widać to jeszcze gdy je zakładam to wyglądam jak agent FBI czy inna pani z infolinii.
umieściłam znak zapytania przy niestety, bo jakiś czas temu ktoś mi dał czegoś posłuchać na takich wielkich słuchawach. audiofilskich, ą i ę. i się absolutnie zakochałam. w słuchawkach, nie we właścicielu. to uczucie chwytu ucha, dzięki czemu czujesz się jak w dźwiękowym kasku... rewelacja. no i głośnik większy - o wiele lepszy efekt. no a wiadomo - te wielkie widać. chyba nawet na tym polega lans, że widać.
jak już mi się skończą koncerty, na które muszę czy musiałam pokupować bilety, to sobie sprawię takie słuchawki. nie dla lansu, dla obłędnego wrażenia. idziesz i jesteś muzyką. czujesz ją wszędzie, zamykasz oczy - nie jak idziesz, bo się wpierdolisz pod samochód - i ją widzisz. odrębna kraina, szaleństwo, raj.
ta cała notka powstała dlatego, że właśnie jest przed szóstą, ciemno, świat śpi a ja, wraz z moim sportowym modelem i ♫IAMX-em, podróżuję. i akurat tej nocy nie idzie o tekst a o te wkręcone między zwoje, klawisze.
może kiedyś stworzę listę do słuchania tylko na słuchawkach.
24.10.10
WONDERLUSTRE, Skunk Anansie, 2010
stop.
później wydali dwie kolejne płyty, rozeszli się, wokalistka nagrała zapierający dech, w mojej żądnej pierdolnięcia, piersi ♫duet z Maximem Reality z Prodigy, sama wydała dwie solowe płyty.
stop.
wrócili, zeszli się, zamydlili uszy jakimś debestofem i tadaaam, wydali czwarty album. i ja bym się chciała dowiedzieć jednego - co się, kurwa, stało?
może to nie jest moja ulubiona forma pisania o muzyce, zamykanie jej w klamry porównań ale to uderza. uderza i boli, ten rozdźwięk. fakt, że ta wysoko postawiona na wstępie poprzeczka gdzieś się teraz majta koło łydek, sorry. i mi nie chodzi o to, że cała płyta jest o miłości bo niech sobie będzie. jakby się uprzeć to ♫Charity też się jakoś o temat ociera, ale w tych tekstach kompletnie nie ma polotu, znanego wcześniej spod szyldu Skunk Anansie. wszystko jest takie topornie dosłowne, wręcz nieco żenujące, jak w przypadku - nomen omen - ♫Over the Love: now I can forget you cos I'm over the love, karma can protect you cos I'm over the fun, I needed the shame, I needed the pain, I need to feel nothing for you, now I can forget you cos I'm done. poważnie? taki syf? żeby nie było, ja bardzo lubię tę jej emocjonalną stronę, którą pokazała solo, ♫Nothing But do dziś nie mogę słuchać w spokoju ale no cholera, to miała być odskocznia. wypłakała się i wróciła na łono SA.
a tymczasem ich zaraziła tą swoją emo-manierą. gdyby nie ♫My Ugly Boy, który po pierwsze zrzyna ze... Skunk Anansie (♫We Love Your Apathy) a po drugie razi mnie tekst, który jest z pewnością hołubiony przez dziewczęta ze zbyt wybujałą wyobraźnią ale jest najmocniejszym punktem albumu, to należałoby tu mówić o pop-rocku. jeszcze niebanalne mi się zdaje ♫You're too expensive, choć pragnęłabym zaznaczyć, że niebanalne muzycznie jedynie bo i tu się przebijają wersy w stylu: tell me how. tell me how to breathe. when your arms. hold me too tightly. you're too expensive for me. I'd have to break all ties for you. tell me how. to fall out of love with you. blablabla.
a cała reszta się nijak nie broni - teksty, powiedzmy to głośno, kiczowate, muzyka kompletnie bez jaj - tak, wiem, mam się cieszyć, że jest perkusja i gitara. przepraszam ale mało mi do szczęścia.
i to raczej nie jest kwestia mojego nastroju czy stanu ducha - Meds Placebo idealnie trafiło w mój nastrój, opisywało dokładnie to, co przechodziłam ale nie skłoniło mnie to do mówienia, że to jest dobra płyta.
jest (tu wracam do Wonderlustre) monotonna, przesłodzona, teksty naprawdę lecą na jedno kopyto (vide już same tytuły mówią za siebie: Over the Love, My Love Will Fall, You Saved Me, I will stay but You should leave) a nie, jak w przypadku trzech poprzednich płyt, dotykają różnych aspektów. idź mi pan z takim czymś, nawet okładka jest do dupy.
z zespołami jest jak ze znajomymi - masz wielu, są różnorodni, jedni się świetnie nadają do ploteczek przy kawie, innym zdradzasz sekrety przy winie bo wiesz, że to inny kaliber niż ci od ploteczek. i trochę żal, gdy ci drudzy stają się tymi pierwszymi. oczekiwałam o wiele, wiele więcej.
6.10.10
THE SUBURBS, Arcade Fire, 2010
Przyjdzie mi to o tyle łatwo, że śladu tu po nim nie ma. I to poniekąd słychać, nie tyle w jakości, co Arcade Fire zdaje się na swoim trzecim albumie zachowywać nieco jak dziecko, które wyrwało się spod bacznego oka wujka.
Nie potrafię tylko jednoznacznie stwierdzić czy to dobrze, no bo jednak raz na trzy płyty przydałoby się nagrać coś innego od dwóch poprzednich ale dopiero teraz słyszę za co Pallett tu odpowiadał i trochę szkoda, że skończyła się era widowiskowych (słuchowiskowych?) partii instrumentów smyczkowych.
Ale do rzeczy.
Problem z openerem, tytułowym Suburbs polega z grubsza na tym, że wszystko bardzo ładnie, dopóki Win nie zaczyna śpiewać. Monotonny, usypiający wokal, wspierany przez wesołą, w miarę skoczną melodię. To nie mogło się udać. To jak skakać radośnie po polnej dróżce, dzierżąc na plecach torbę z kamieniami - nie ma siły, odbije się to na możliwości skakania. Głupio zrobili ci, którzy wysłali Suburbs na singla, bo nie jest reprezentatywny. Może nie jest aż tak nudny jak Rococo ale wcale nie obiecuje albumu radosnego, jak na zwyczaje AF odważnego... innego.
A skoro już o Rococo wspomniałam, to pozbędę się wizji pisania po kolei. Rococo mnie zawi..odło? -ódł?, no bo kto jak kto ale zespół, który brzmi jak Rubik na haju mógłby wykorzystać potencjał tytułu i walnąć oszałamiające rozmachem (i długością) Dzieło. Tymczasem dupa jasiu, długością przesadnie nie powala (cztery minuty niecałe, radio friendly), za to powala nijakością. I cóż z tego, że bardzo fajnie brzmi słowo rokoko?
Można oczywiście przyjąć, że zamysł był inny: [Rokoko] Odznaczało się lekkością i dekoracyjnością form, swobodną kompozycją, asymetrią i płynnością linii(…) mówi Wiki i rzeczywiście – dekoracyjnie jest (pomysł z charakterystycznymi podjazdami a to skrzypiec a to czego innego w istocie jest miły), acz swobodnie i asymetrycznie, czyli coraz bardziej się bełta, plącze, nie trzyma kupy.
W przeciwieństwie do Ready to Start - utworu dla Fire’owców raczej nietypowego, głównie za sprawą energii, obecności trochę bardziej niż zwykle złożonego riffu (ha!), nieobecności z kolei skrzypiec, gdyby Win był w stanie z siebie wyłuskać trochę tylko niższy ton, to wręcz byłoby to rockowe. I jest i ruchome tempo i przyczajenie się perkusji i choć obawiam się, że uszczknięty element swojskości nadrabiają miałkim tekstem, to na szczęście, nie mamy do czynienia z utworem polskim, gdzie nie da się tekstu odsiać od muzyki i jak ten pierwszy ssie (a umówmy się, najczęściej to robi) to druga nie bardzo umie się obronić, więc do tekstu nawet nie zerkam. I się cieszę faktem, że Arcade Fire odnajduje u siebie jaja.
Modern Man wcale nie jest modern. Ciężko mi się wypowiedzieć na temat bo czy ja mam patrzeć, prawda, przez pryzmat i piać, że brzmi jak sąsiad Younga czy kręcić nosem, że jest nudny? No bo gdzie Young a gdzie Arcade Fire, nie? Dyplomatycznie powiem, że jak już zrzynać to zrzynać od najlepszych, a kto sobie na co akcent położy, to już nie moja wina/zasługa.
Względem Empty Room nie należy ode mnie przesadnie wymagać czegoś na wzór obiektywizmu, bo są pędzące skrzypce a to już mnie kupuje. I one są caluśki czas, w tle. Poza tym nawet bez tych skrzypeczek bym nie miała się co czepiać, bo krótkie, szybkie, radosne takie. Takie jak Keep the Car Running z Neon Bible.
Przy City with no Children wypadałoby się zatrzymać na moment, gdyż sparafrazowany tytuł stanowi idealną receptę na fajną płytę spod szyldu Arcade Fire, a mianowicie Album with no Children. Co prawda i na recepcie się kończy, bo właśnie tu sztandarowy, arkadyjski chórek piszczących dziewcząt, brzmiących jak dzieci, daje się najbardziej we znaki ale nie można mieć wszystkiego. Na pociechę jest gitara. A może to jest tak, że oni gażę Palletta postanowili przeznaczyć na szkolenie u jakiegoś gitarzysty z pazurem?
Bo proszę mnie źle nie zrozumieć – nie lubić elementów orkiestrowych w Arcade Fire, to nie lubić Arcade Fire w ogóle przecież i ja nadal wolę posłuchać 10x No Cars Go, niż przelecieć Funeral (choć to bardzo…. a, to może kiedy indziej) ale co za dużo, to niezdrowo. Lub. Odmiany są miłe.
Oba Half-Lighty są niewyróżniające się ale już następujący po nich Suburban War przez trzy/czwarte swojego trwania wyróżnia się i to na plus. Bardzo spokojny, minimalistyczny a zarazem dojrzały utwór, który padł ofiarą bardzo dobrze znanego błędu - ulepszmy dobre. Rozumiem, że klimat wymusza dynamiczniejszy finał, taka typowa stylistyka – spokojnie, spokojnie i nagle bum! ale doszło do zapędzenia się. O jedną eksplozyjkę bardziej.
Hm. Z Month of May trochę przegięli pałę rozbestwienia gatunkowego. Nie ma płaczu, bo się chcieli sprawdzić pewno w takiej konwencji a że nie wyszło, nie ich koszula to no, bywa. Ale nie każdy może być Joshem Homme, sorry dudes.
Wasted Hours okazują się być wasted minutes, jak i każdy kolejny utwór aż nadchodzi We Used to Wait. Tak jak w przypadku Empty Room cały czas słyszalne były jednostajne skrzypce, tak tu to samo robi pianino, co wprowadza nieco napiętą atmosferę. Po trosze słychać zakusy na muzykę elektroniczną. Udane. I choć pchają się z tą swoją iskrą, chcą wzniecać, rozkręcać, to nie razi.
Zresztą ochotę na romans z elektro słychać też w Sprawl II (Mountains Beyond Mountains) - jakby się spotkali na jakiejś screenagers’owej imprezce z rodzeństwem Dreijer, Blondie (co często powtarzane, pewnie dlatego, że skojarzenie się narzuca samo), Architecture in Helsinki, trochę quasietnicznie, czyli to co wychodzi, gdy Amerykanie chcą brzmieć jak Chińczycy, nie wyściubiając nosa za granicę swojego stanu i wreszcie ten cały miks wyprodukowany by się okazał przez Eno (podkreślam by się, żeby potem nie było, że rozpowiadam jakoby Brian Eno wyprodukował Arcade Fire). Dość szalone, a jak szalone to fajne. Jakaś taka zależność się w muzyce wytworzyła.
Na dowidzenia ten bardzo, jednak, długi album (bo jak mówię, że coś tam było nudne to proszę uznać, że było BARDZO nudne) wieńczy closer Suburbs, z tej okazji wzbogacone o zaskakujący, prawda, dodatek (continued). I o ile w wersji podstawowej przeszkadzał mi dysonans między tempem muzyki a tempem wokalu, tak teraz wszystko jest pięknie, ładnie, wolno. Nihil novi – najczęściej gdy się tworzy taką klamrę, to ciekawszy wydaje się epilog.
Siu, i co? Ani słowa o Pallett'cie poza AF. ;)
Bardzo się cieszę, że zdecydowałam się na tak drobiazgowe potraktowanie Suburbs, bo przyznam, że po pierwszym odsłuchu nie widziałam w niej nic ciekawego. Podczas drugiego coś zaczęło z wolna zaskakiwać ale dopiero takie przysiądnięcie i słuchanie każdej piosenki po kilka razy, żeby móc napisać o niej wszystko co da się, pozwala na wyłuskanie każdego ewentualnego smaczku, dokopanie się do drugiego dna, połapania się w założeniu i może się tak zdarzyć, niekoniecznie tutaj ale przy okazji innych płyt zdarza się a i owszem, że nagle zaskoczy, po piętnastym odsłuchaniu, nagle załapię, że w tym kiczu chodzi nie o kicz a o pastisz czy że ta panienka nie jęczy, jak niedopukana emo, tylko naprawdę ma powód by tak miauczeć. Czy że gitara jest nieziemska, czy że riff chwytliwy, czy, na innym, lepszym sprzęcie dosłyszy się ukryte partie na trójkącie. I tak dalej, tym podobne.
1.10.10
The 30 Day Song Challenge: Day 30
this is it, ostatni dzień był nadszedł. z tego tu oto miejsca pozdrawiam Siwą i obiecuję, że już nie będę. ;)
your favorite song at this time last year
last podaje, że w tygodniu kończącym się 4 października 2009. roku, najczęściej słuchaną piosenką była...
teraz mi się przejadła.
your favorite song at this time last year
last podaje, że w tygodniu kończącym się 4 października 2009. roku, najczęściej słuchaną piosenką była...
teraz mi się przejadła.
30.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 29
a song from your childhood
aww... gdzieś na początku lat 90. ten teledysk był WSZĘDZIE
aww... gdzieś na początku lat 90. ten teledysk był WSZĘDZIE
29.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 28
a song that makes you feel guilty
no i nie można było tak od razu? wreszcie jakieś konkretne pytanie. jakie pytanie, taka odpowiedź:
coś jest w niej takiego, że się nieswojo czuję jak słyszę i oglądam teledysk.
no i nie można było tak od razu? wreszcie jakieś konkretne pytanie. jakie pytanie, taka odpowiedź:
coś jest w niej takiego, że się nieswojo czuję jak słyszę i oglądam teledysk.
28.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 27
a song that you wish you could play
nie mam przesadnie nierealnych oczekiwań - da się zrobić. kiedyś.
celowo wersja z And All That Could Have Been, bo jest bardziej rozbudowana od wersji studyjnej.
nie mam przesadnie nierealnych oczekiwań - da się zrobić. kiedyś.
celowo wersja z And All That Could Have Been, bo jest bardziej rozbudowana od wersji studyjnej.
27.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 26
a song that you can play on an instrument
taka ze mnie Obywatelka Unii! :P z rozmysłem nie wrzucam oryginału, bo właśnie po tej minucie wymiękam ACZ gwoli bycia dumnym z - sama się nauczyłam, bez żadnych nut czy innych wspomagaczy. na pianinie.
taka ze mnie Obywatelka Unii! :P z rozmysłem nie wrzucam oryginału, bo właśnie po tej minucie wymiękam ACZ gwoli bycia dumnym z - sama się nauczyłam, bez żadnych nut czy innych wspomagaczy. na pianinie.
26.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 25
a song that makes you laugh
tak, miewam niewyszukane poczucie humoru. ;)
tak, miewam niewyszukane poczucie humoru. ;)
25.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 24
a song that you want to play at your funeral
(...)
i nie, tu wcale nie chodzi o Minutę Ciszy, tylko o fakt, iż jest mi doprawdy całkowicie obojętne co puszczą na moim pogrzebie, gdyż... ekhem, no nic mi z tego nie przyjdzie. nie będę tego ani słyszeć, ani wspominać, ani nic takiego.
może tylko tyle, że...
(...)
i nie, tu wcale nie chodzi o Minutę Ciszy, tylko o fakt, iż jest mi doprawdy całkowicie obojętne co puszczą na moim pogrzebie, gdyż... ekhem, no nic mi z tego nie przyjdzie. nie będę tego ani słyszeć, ani wspominać, ani nic takiego.
może tylko tyle, że...
24.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 23
a song that you want to play on your wedding
tylko ja nie wiem, tu chodzi o taki ślub-ślub czy o wesele? bo jak wesele, to musiałoby to zostać przerobione na walca. ale da się, z tego co słyszę.
i tak, mówię serio.
tylko ja nie wiem, tu chodzi o taki ślub-ślub czy o wesele? bo jak wesele, to musiałoby to zostać przerobione na walca. ale da się, z tego co słyszę.
i tak, mówię serio.
23.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 22
a song that you listen to when you're sad
dead astronaut in space.
z biegiem lat myślę sobie, że to musiało być strasznie emo, gdy sobie napisałam na piórniku Disassociative. stare dzieje.
dead astronaut in space.
z biegiem lat myślę sobie, że to musiało być strasznie emo, gdy sobie napisałam na piórniku Disassociative. stare dzieje.
22.9.10
21.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 20
a song that you listen to when you’re angry
a jak nie mija, to się wytacza cięższe działa w postaci Killing in the name Rage Against the Machine. ale Sober to podstawa.
a jak nie mija, to się wytacza cięższe działa w postaci Killing in the name Rage Against the Machine. ale Sober to podstawa.
20.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 19
a song from your favourite album
proszę się specjalnie nie podniecać, gdyż nie posiadam JEDNEGO ulubionego albumu. gdy trafiam gdzieś na pytanie o bezludną wyspę blabla, to używam wybiegu taką, którą bym sobie sama nagrała, dvd, bo się więcej mieści. pełną luźnych, wybranych przeze mnie utworów. jest to jednakże jedna z moich trzech ulubionych. ponieważ obiecałam nie dublować zespołów (pozostałe dwa należą do Pearl Jam i Modest Mouse), to voila, oto trzeci. i ulubiona piosenka zeń.
proszę się specjalnie nie podniecać, gdyż nie posiadam JEDNEGO ulubionego albumu. gdy trafiam gdzieś na pytanie o bezludną wyspę blabla, to używam wybiegu taką, którą bym sobie sama nagrała, dvd, bo się więcej mieści. pełną luźnych, wybranych przeze mnie utworów. jest to jednakże jedna z moich trzech ulubionych. ponieważ obiecałam nie dublować zespołów (pozostałe dwa należą do Pearl Jam i Modest Mouse), to voila, oto trzeci. i ulubiona piosenka zeń.
19.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 18
a song that you wish you heard on the radio
w nocy, w samochodowym, poprosz...
to musi być mega uczucie. jeszcze w jakimś lesie. a jeśli się nie da to cokolwiek Coila.
w nocy, w samochodowym, poprosz...
to musi być mega uczucie. jeszcze w jakimś lesie. a jeśli się nie da to cokolwiek Coila.
17.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 17
a song that you hear often on the radio
nie, żebym słuchała radia bo to chyba już nie jest pierwszej świeżości ale ostatni non-stop z okresu w którym radia słuchałam. węszę, że miało to wpływ na porzucenie tej formy rozrywki.
nie, żebym słuchała radia bo to chyba już nie jest pierwszej świeżości ale ostatni non-stop z okresu w którym radia słuchałam. węszę, że miało to wpływ na porzucenie tej formy rozrywki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)