24.6.12

So listen to the radio.

To właściwie jest kolejny już przykład na ironię czasu.

Jako dziecko oglądałam sporo telewizji, zwłaszcza zanim zaczęła mnie obowiązywać edukacja. Budziłam się rano, siostra już była w szkole, ojciec w pracy, więc siadałam a to na kanapie, a to - częściej - na podłodze i tak na kilka godzin. Młody wiek, a do pewnego czasu też fakt niezrozumienia większości komunikatów, które do mnie zza szklanego ekranu docierały, sprawiły, że specjalizowałam się w kreskówkach i serialach. Seriale były amerykańskie bądź australijskie - jakiś wysyp był Heartbreak High-podobnych tworów - ale formuła sprawiała, że niespecjalnie musiałam łapać, co mówią albo o czym, dało się z ciągłości wydarzeń wywnioskować. Kreskówki natomiast były albo angielskojęzyczne - Cartoon Network nadawali tylko po angielsku, nic nie rozumiałam, ale no gdzie jak gdzie, ale dialogi w kreskówkach są najmniej istotne, chodziło przecież o to, czy złapie czy nie złapie, bądź czy trafi go wreszcie tym kowadłem. Chyba do dzisiaj nie trafił. - albo japońskie, dostarczane przez Polonię 1. Te wszystkie Smerfy Kubusie Puchatki leciały w paśmie dobranockowym, a nie o nim mowa.
Rzecz w tym, że za absolutnie każdym razem, gdy ojciec wracał z pracy, to mnie beształ pt. znowu cały dzień oglądasz to guano? Nie znosił zwłaszcza tych japońskich, może dlatego, że na nie trafiał najczęściej, kwestia godzin. radia byś sobie posłuchała, tam jest tyle ciekawych rzeczy, tyle muzyki, słuchowisk.
Oczywistą reakcją była moja obawa przed radiem. Bałam się go jak ognia, zawzięta byłam i ostentacyjnie wychodziłam z pokoju, gdy je włączał. Żeby mu udowodnić, że mi może naskoczyć.
Zresztą koncepcja siedzenia godzinę przy pudle, w którym nic się nie rusza - nawet RDS-u nie było - słuchanie ludzi, którzy na bank nie istnieją, bo ich nie widać - w końcu zaglądałam do słuchawki w aparacie na korytarzu, gdy dzwonił ojciec - wydawała mi się kompletnie absurdalna, zarezerwowana tylko dla nudnych dorosłych. Po latach okazuje się, że poniekąd miałam rację, no ale mniejsza o to.
Z czasem, pod wpływem siostry i ojca, zaczęłam sięgać po kanały muzyczne, najpierw nadające Britney Spears i Spice Girls, potem rocka. Kolejny powód, dla którego radio było mi zbędne.

Bawi mnie to o tyle, że teraz, gdybym zapytała ojca o radio, to spojrzałby na mnie z niesmakiem. No, chyba, że rzecz dotyczyłaby Tok.fm bądź Trójki. Choć tej ostatniej to też tylko w piątki wieczorem.

Mój stosunek do radia zmienił się pod wpływem dwóch wydawnictw - po pierwsze słuchowiska Ania z Zielonego Wzgórza, których to kaset słuchałyśmy z Gośką całymi dniami a po drugie dzięki odnalzionej w domu książce, będącej zapisem innego słuchowiska - Kocham Pana, Panie Sułku, historyjki krótkie, dowcipne... i bezdźwięczne. Zarówno okładka książki, jak i rodzice, podpowiadali mi, że rolę pana Sułka grał Kowalewski a pani Elizy - Lipińska, acz nie Olga.
I tak zaczęłam słuchać radia. Nie mogąc doczekać się godzin, w których nadawano by jakiekolwiek słuchowiska, zyskiwałam orientację w ofercie muzycznej, kotwicząc się na Radiostacji Harcerskiej i właśnie Trójce. O istnieniu Zetki a potem Eski dowiedziałam się pod wpływem znajomych, co spowodowało pewną wyrwę w moim, w miarę określonym, guście muzycznym, ale kładę to na karb rozwoju. Kasety ze składankami letnimi wyrzuciłam, więc sza.

Radia, jak wiadomo, najlepiej słucha się w nocy. Wtedy bowiem nie ma żadnych prowadzących i leci playlista, zostawiona w pustym pokoju - pamiętam, gdy podczas trwania jednej z audycji nocnych zacięła się płyta i nie było nikogo, kto mógłby ją przestawić. Przez całą noc leciało wonder-wonder-wonder-wonder-wonder-wonder..., które nigdy nie doczekało się ...ful. Pewnie po godzinie się wpadało w jakiś trans, ja tylko sprawdzałam, czy wreszcie ktoś to zmienił, aż w końcu usnęłam - względnie prowadzący jacyś są, ale śpiący, więc mówią niewiele, a to co mówią, jest krótkie i wypowiadane tonem, jakby sami śpiewali w stylu lounge

Mam za sobą, tak jak wszyscy, etap zgrywania piosenek i audycji na kasety.

A potem zaczął się Internet. KaAzY, eMule, DC++, wszystko, co pozwalało nie zdawać się na łaskę radiowców, dlatego częściej amplituner służył mi do podkręcania mocy dźwięku płynącego z komputera, niż jako źródło nieistniejących ludzi, których się tylko słyszało.

Co do słynnej Listy Niedźwiedzkiego, to jestem i byłam z nią na bieżąco najczęściej z powodu architektury. Ojciec słuchał, ja po kilku tygodniach odpadłam, kiedy zdałam sobie sprawę, że tam się niewiele z tygodnia na tydzień zmienia, więc wystarczy mi odsłuch zza ściany i skupienie w okolicy miejsc - i godzin - w których słyszałam lubiany kawałek. Słowem - tej listy jest sens słuchać minimum raz w miesiącu, jeśli chodzi o muzykę, a nie fascynację Helen czy humor dziarskiej Aliny.

Powrót do kwestii radiowej nastąpił wraz z podjęciem przeze mnie pracy, kiedy to musiałam się też pogodzić z małym, srebrnym prostokącikiem, wyposażonym w lichą antenkę, co nijak nie przeszkodziło pudełeczku emitować dźwięków sponsorowanych przez Eskę, Zetkę, RMF a w skrajnych przypadkach - RMF Maxxx.
Zdając sobie sprawę, choć nie bezkolizyjnie, bo to było jak nagły skok na głęboką wodę, po latach przebywania w towarzystwie, z którym głównie łączyły mnie podobne gusta właśnie muzyczne, że niewątpliwie jestem w mniejszości, zlękniona nieco krótkim stażem, postanowiłam nie walczyć, a oswoić wroga. Podejść do sprawy taktycznie, żeby nie zwariować. Wsłuchać się w to, co mnie przez osiem godzin dziennie otacza i może nie tyle znaleźć sobie faworytów, bo to przecież niemożliwe, co wyszukać najmniejsze zło.

O tym, jak nikłe miałam pojęcie o stanie muzyki rozrywkowej, po latach życia w ambitniejszym brzmieniowo getcie, niech świadczy fakt, że przez pierwsze dwa dni wszystko, co słyszałam, było mi nieznane. Po dwóch dniach już znane było, gdyż tam leci w kółko piętnaście tych samych piosenek, które zmieniają się nieznacznie co sezon, ale przez dwa dni pikselowe twarze z Pudelka zyskiwały głos. Dane mi było odkryć, co ma w ofercie, poza cyckami, Katy Perry, Lady Gaga, Rihanna, kim są Jonas Brothers, z zaskoczeniem wyłapywałam pierwsze akordy znanych mi świetnie piosenek, do których chwilę potem dołączano uporczywy bit, serwując mi hity młodości w wersji okrutnie zremiksowanej. Tak jak najbardziej po chamsku, topornie, bezsensownie. Myli się bowiem ten, kto uważa muzykę elektroniczną, jak i jej akcenty, nawet w postaci remiksów, za zło całościowe.
Wybaczalne, bo kiedyś sama wychodziłam z podobnego założenia, ale na szczęście wyrosłam, co radzę wszystkim, gdyż wiele rzeczy może nie tyle, że mnie ominęło, co spóźniłam się z odkrywaniem o kilka lat. W każdym razie - da się znaleźć udany remiks. Ba, część z nich bazuje na już elektronicznych oryginałach. Naprawdę da się.
No ale nie tu. Tu to można tylko zarobić połamanie rąk i kilka wyrwanych włosów, gdy się słyszy te upiorki.

Ukojenia szukałam w sobotach, kiedy to znajdowałam się w pokoju albo całkiem sama albo z koleżanką, która często z niego wychodziła, a w ogóle to przychodziła o wiele wcześniej ode mnie, więc i wychodziła równie wcześniej, co z miejsca stawiało mnie naprzeciw srebrnego prostokącika, celem zmiany stacji. Niestety zmieniała się tylko muzyka, nie system piętnastu piosenek. Oczywiście, że lepiej, gdy przychodzi siedem razy dziennie słyszeć Green Day czy nawet Led Zeppelin niż odzyskaną z depresji Britney, ale też można cholery dostać.

Przy okazji chciałabym napomknąć o przypadku Gotye. Zapewne moje podejście nie różni się zbytnio od podejścia większości tych, którzy niespecjalnie sobie cenią jego one hit dlatego oto, co następuje - tu nie chodzi o wartość piosenki, bo jest równie nikła, co reszty, dlatego tak by umarła w morzu. Rzecz w tym, że ona była wszędzie.
Normalnie, gdy miałam dość danego stylu, gatunku, repertuaru oferowanego przez daną stację, to sobie zmieniałam na inną, ale od niego nie dało się uciec i to było uciążliwe.
Choć działa to w dwie strony - można się też do czegoś przekonać, słysząc to wszędzie. Tak było w przypadku nadchodzącego po Gotye fenomenu Lany Del Rey, która dała mi się poznać od mało ciekawej strony ♫Born to Die, nie zwiastowała niczego na wzór odkrycia. Piosenka nie przekonała mnie do siebie muzycznie, co oznaczało, automatycznie, brak chęci do angażowania się w tekst.  Btw właśnie słyszę ją zza ściany, najwyraźniej ojciec podłapał - nie twierdzę, że ode mnie. Gdzieś tam się wczoraj szlajał, to mu może pokazali. I nadal mnie ta piosenka nie ujmuje. A już z pewnością nie w całą płytę.
Dopiero siedząc pewnego dnia w pokoju, starając się udawać, że nie słyszę Eskowej papki - dostałam zakaz słuchania muzyki via słuchawki przecież, więc znikąd naprawdę ratunku - zarejestrowałam pewną drastyczną zmianę estetyki tego, co słyszę. Podobnie miałam zresztą w przypadku Adele, której ♫Rolling in the Deep wychwytywałam łapczywie, nim się dowiedziałam, kto to i co to i że nie muszę wychwytywać, bo mogę mieć w YT na żądanie. Pech chce, że porwałam się na całą płytę wtedy, przekonując się, że jednak  one hit wonder, wg mnie. Wracając jednak do Lany, to dopiero za kolejną emisją, nadal w natłoku muzycznej bzdury, radio łaskawie powiadomiło mnie z kim mam przyjemność. Mam, co prawda, ten cały Track ID w telefonie, ale zawsze się orientowałam jak już minęło, bo się zasłuchiwałam prozaicznie. Mówię o jej drugim singlu, ♫Video Games, z którym miałam później pewien problem. Tzn. problem, żaden tam wielki, ot - trochę mi się percepcja zaburzyła. Bo czy podoba mi się po prostu czy dlatego, że się wybija na tle? I czy ta, niewątpliwa jednak, odmienność to już plus czy tylko naciągane łapanie się brzytwy? Dopiero ♫Blue Jeans mnie przekonały. Ale tak, niewątpliwie obecność Lany w mojej playliście należy przypisać stałemu kontaktowi poprzez wszelkie stacje radiowe.

Eksperyment, polegający na analizie obecnej muzyki rozrywkowej, nieco głębszej niż co za gówno nie przyniósł jakichś rewolucyjnych wniosków. Raczej zasępił. Miałam bowiem wreszcie nieskrępowany - poza tym wymiarem ośmiu godzin dziennie - dostęp do świata muzyki, w którym na co dzień i z własnej woli się nie poruszam, bo nie mam potrzeby. Nie jestem typem imprezowiczki klubowej, która kasuje się na parkietach w blasku stroboskopów - co nie znaczy, że nigdy na parkiecie nie byłam, a jak już trafiłam to było bardzo przyjemnie, zwłaszcza niemieckie kluby ciepło wspominam, ale to okazjonalne występy - nie mam młodszego rodzeństwa, tak jak moja znajoma z pokoju, która po każdej wizycie w domu rodzinnym zna tekst nowego hitu. Trochę z niej podkpiwam, ale tylko trochę, bo sama nie raz padłam ofiarą wstydliwego mechanizmu, idącego w parze z systemem piętnastu piosenek puszczanych przez kwartał - mianowicie się przyklejają te wszystkie Call Me Maybe  i inne Moves Like Jagger  a że nieskażone są wielce ambitnymi tekstami, to i łatwo zapamiętać. I potem nucisz, nieraz w czyjejś obecności i się musisz gęsto tłumaczyć, że nie  słuchasz  tylko  słyszałaś.
Pomijając jednak radosny aspekt nucenia, to zniesmacza mnie skala prostytucji w przemyśle. Często bowiem zadaję sobie w głowie pytanie jak tym ludziom nie wstyd, przecież to są dorosłe osoby, muszą słyszeć przecież jakich idiotów z siebie robią. Bo o ile kiedyś to służyło rozrywce faktycznie, nawet prozaiczna kwestia zabawy miała jakieś znaczenie, dało się, cholera, do tego chociażby tańczyć - domyślam się, że wizja mnie, słuchającej wyłącznie muzyki inteligentnej pasowałaby do wizerunku, ale to nie do końca tak wygląda. Przykładem mogą być wesela, na których przyszło mi się znaleźć, gdzie z równym zaangażowaniem oddawałam się zabawie przy Shakirze czy Britney, co reszta towarzystwa - a teraz? Matko boska. Wychodzi facet, śpiewa refren ograniczający się do oh oh oh oh oh, podparty z obu stron zwrotkami, które opowiadają mało wysublimowaną historię jednej nocy i trzepie kasę. Albo laska, która nadaje o, niewątpliwie płomiennej, nocy, podczas której przypnie swojego jakiegośtam, nawet chyba nie lubego, co dowolnego, do łóżka kajdankami i będzie tam z nim robić cuda. Seriously? Za moich czasów to chociaż było o miłości. Kiczowato podanej, ale jednak. I posiadało melodię. Jakąś. Jakąkolwiek. Przemyślaną kompozycję, choćby szczątkową, a teraz to tylko walenie w dwa klawisze. Przy odrobinie fartu w dwa. Ciekawi mnie, perwersyjnie, co będzie dalej - czy może dotkną muru i zawrócą czy... co właściwie może być dalej? Pewnie przyjdzie mi się, niestety, przekonać.

Złudne są czyjekolwiek nadzieje, iż ten problem dotyczy wyłącznie rozrywki popowej. Rock, czy uczciwiej pisząc, pop-rock też spsiał. Przynajmniej ten serwowany w radio. Jest oczywiście strawniejszy niż to, co się dzieje na Zetko-Esce, ale nie pozwala się zabrać do domu.

O polskiej muzyce radiowej nie będę mówić nic, bo mi od razu skacze ciśnienie i ja się wcale nie dziwię, że oni to w nocy puszczają i kompletnie nie mam zamiaru walczyć o zmianę tego stanu rzeczy, bo tak, niech to gnije gdzie indziej, poza mną, gdyż polska muzyka, polskie teksty obecnych przebojów mają ten feler, że nie da się uciec od słuchania tekstu. Grafomańskiego w większości przypadków.

Jedyną godną uwagi stacją są Złote Przeboje, bo tam zaiste, można czasem uświadczyć piosenek, które były piosenkami. A nie produktami.

Nad Trójką nie będę się zżymać publicznie, bo to jest kwestia li tylko mojego gustu, tego, że mnie styl tej stacji męczy, szytej na miarę swoich słuchaczy, w większości pretensjonalnych hipsterów, którzy do dziś błogosławią Yorke'a, nie zauważając, że czasy Ok Computer Kid A zespół ma dawno za sobą.
Nie będę też już nikogo przekonywać do podzielania mojego postrzegania, które charakteryzuje się brakiem ślepej - głuchej - lojalności względem wykonawcy i że mi nie przychodzi z trudem jawne przyznanie, że podupadł, przy jednoczesnym docenianiu, bez straty na sile, jego dorobku z czasów zanim podupadł. Ja naprawdę dalej kocham Skunk Anansie, Springsteena, Pearl Jam i nie wiem, no, nawet wspomniane Radiohead, tyle, że minus ich ostatnie wydawnictwa. Prawo wieku. Jedni są jak wino i dojrzewają, inni jak chleb i pleśnieją. Nie będę przekonywać, bo się nie da.

Oczywiście wiem, że jest jeden argument, który odbije cały ten wywód - zagraniczne radiostacje internetowe. W pełni się zgodzę, miałam przyjemność obcowania, niestety w pracy mam wyłączone głośniki i zero szans na włączenie - mój kancelaryjny informatyk to jest jakieś zawodowe kuriozum, nie tylko w mojej opinii - dlatego nie podejmuję tu tej kwestii. Zostawię ją na kiedy indziej.

Chciałam napisać o swojej relacji z polskim radiem. I wreszcie mi się udało.

14.6.12

The night, when world was just enough.

Zaczęło się w kwietniu, jakoś na początku. Zachęcona składem zeszłorocznej edycji Orange Warsaw Festival, który na przełomie lat zyskał niebywale i z pozycji grajka przy metrze - gdyż faktycznie, na początku impreza odbywała się na Placu Defilad, w systemie darmowym, ale i zapraszane gwiazdy jak i sposób ich prezentacji na jakiekolwiek koszty nie zasługiwał przesadnie - wybił się na czołowe miejsca rankingu koncertowego rozkładu jazdy rocznej, podpatrywałam, kto pojawi się teraz.

No nie prezentowało się to najlepiej, przyznam. Na Linkin Park można było mnie namówić za czasów ich debiutanckiej płyty, gdyż bez bicia potwierdzam - album posiadam, w wersji zarówno cyfrowej jak i analogowej, udało mi się kilka razy przesłuchać, mam jakichś tam faworytów, ale już wraz z pojawieniem się kolejnych wydawnictw zainteresowanie straciłam. Po dziś dzień. A raczej po sobotni dzień, dlatego machnęłam ręką. Z biegiem dni pojawiła się informacja o drugiej gwieździe - Prodigy. Tu już mi serce muzyczne drgnęło, bo dla mnie to legenda w swojej elektronicznej klasie i podejrzałam ceny biletów, choćby jednodniowych. Nie udało się na Openerze, nie udało się na Woodstocku, to może by się przejść na szlagiery w stylu Voodoo People czy Firestarter.

Dopiero trzecia gwiazda, zapowiadana jako wielki come back, mnie upewniła. Wtedy właśnie po Europie krążył Bruce Springsteen, z którym po ostatnim albumie, mam do pogadania, ale starą twórczość szanuję, wielbię i każde pieniądze bym dała. U niego to jeszcze jest kwestia płacenia za wizję, mkhm.
Garbage też ogłaszało powrót wydawnictwem Not Your Kind of People, która również nie dorównuje, moim skromnym zdaniem, formie, z której słynęli, ale to już jest większy problem u mnie - nikomu na razie nie udało się naprawdę wrócić do moich łask.

No, chyba, że się dało taki popis jak w sobotę.

Skład, w jakim miałam pojawić się na sobotnim koncercie, był dość hm, burzliwy. A raczej jego kwestia była burzliwa. Najpierw we dwie z Agatą, potem wyszedł singiel Blood for Poppies, który nie spotkał się z uznaniem, więc przez pewien czas miałam iść sama. Bez żalu kompletnie, u mnie wszak z koncertami jak z kinem, sama sobie całkowicie wystarczę i jeździłam już przecież po kraju za gwiazdami, nie tracąc nijak zapału.
Kolejnym etapem, już niemal potwierdzonym, bilety kupione - na jeden dzień, ten z Garbage, na trybuny, gdyż na płytę zeszły na pniu... na rzecz kogo, to pozżymam się potem - był duet warszawsko-niegdyśwarszwskołódzki, co swoją drogą uświadomiło mi absurd, że my nigdy nie byliśmy razem na koncercie, choć chyba nie da się bardziej być z kimś na podobnych falach muzycznych. Ten wielki błąd miał zostać naprawiony. I został, z pewnymi perturbacjami na niemal samej mecie -  to zabawne, jak w podbramkowych sytuacjach zmieniają się priorytety, wszak naprawdę w sekundę zapomniałam o koncercie i o ew. rezygnacji, skoro ktoś bliski okazał się być w potrzebie.

Ale nic to, nic to, wszystko się udało, jak i my udaliśmy się w sobotni wieczór na Pepsi Arenę. W moim przypadku oznaczało to również konieczność odwiedzenia Centrum w okresie, w którym solennie obiecałam sobie tego nie robić. Po wyjściu z metra bowiem moim oczom ukazała się Strefa Ki… nie, właśnie się nie ukazała, ukazały się same parawany i jakiś fragment gigantycznych telebimów. Bardzo jestem rada z faktu, iż musiałam tam się znajdować przez niedługą chwileczkę, bo my z Centrum za sobą nie przepadamy na co dzień, a co dopiero dzień po starcie Euro. Późnym wieczorem, z perspektywy Rotundy, wyglądało to jednak lepiej. Z dystansu to ja mogę, w środku niekoniecznie.

Dla mnie odprawa nie była niczym nowym, więc znów mężnie przeszłam kilka przecznic, dałam się zopaskować, zahaczyliśmy o depozyt, gdyż regulamin buczał i huczał o potrzebie pozostawienia bagażu w tymże, i co? Odprawili nas z kwitkiem. Sprawdzili jedynie, czy aby nie wnosimy bomby - tym razem grzecznie zostały w domach – i prosimy bardzo. Ależ ja lubię ten moment, od dziecka, kiedy już się przebiję przez kontrolę i ściski, by móc wkroczyć a czasem wbiec na przerzedzone płyty, okalające obiekty. Taki przedsmak wolności w tym jest. A może nie ma, może to tylko kwestia młodzieńczego wspomnienia, kiedy to z ówczesną przyjaciółką dozgonną mą, Magdą, próbowałyśmy się dostać na Dzień Otwarty TVP, co udało nam się po kilku godzinach odstanych w duchocie, kiedy to wbiegłyśmy na plac przed gmachem, przy dźwiękach – o ironio – Nic nie może przecież wiecznie trwać Anny Jantar? Co by to nie było, działa do dzisiaj.

Gdy dotarliśmy na górę, acz jeszcze nie na nasze miejsca, naszym oczom – a głównie uszom – objawili się De La Soul. Tu się muszę przyznać bez bicia, że znam ich twórczość bardzo pobieżnie, więc i z podobnym zainteresowaniem wyczekiwałam występu. O wiele większą frajdę sprawiało mi obserwowanie Pawła, który z kolei napalił się na ich koncert niebywale, dlatego sobie cichutko stałam obok i uśmiechałam się pod nosem, bo wreszcie byłam na koncercie z kimś, kto potrafił go w pełni docenić i cieszył się z niego jak dziecko. Zero narzekań, zero wyrzutów, zero uwag pt o, jakie to nagłośnienie koszmarne, o jakie te krzesła niewygodne, o jak tu jest dużo ludzi, o boże, słońce świeci, o jezu, strzyka mi w kościach. Jak się miało potem okazać – to był tylko przedsmak mojej satysfakcji, ale no, tak jak pisałam na Blipie, serce samo rosło widząc taką radość. Pamiętając wydarzenia z zeszłorocznego koncertu Jamiroquai, kiedy to bezceremonialnie przeszłam z trybun na płytę, bez większego problemu, zasugerowałam, że skoro tak mu się podoba, a na trybunach jednak dość statecznie, to może i tym razem zejdziemy. I tu akurat dał o sobie znać mój shit luck – mianowicie on wślizgnął się na dół bezproblemowo (podejrzewam tę jego zieloną opaskę, imitującą udatnie opaski płytowe) a mnie zatrzymali. Ten „shit luck” to naprawdę w cudzysłowie trzeba odczytywać, bo mi na tej płycie przesadnie nie zależało – on niech się wybawi. Ja po prostu mam wielką słabość do ludzi z pasją i jak miałam przed sobą gościa, którego powstrzymują tylko barierki, to trzeba było zrobić tak, żeby te barierki zniknęły. Nie na długo, bo jednak rodzeństwo musi trzymać się razem i jak mnie wypatrzył stojącą z dystansu, to wrócił.

Także przepraszam bardzo, ale jeśli są jakieś zastrzeżenia techniczne ze strony kogoś, kto współtowarzyszył nam na stadionie, to ja tematu podnieść w stanie nie jestem. Ja, bo mówić mogę tu tylko za siebie, tam poszłam dla muzyki, nie dla pokręteł.

Jednak to nie De La Soul było celem wyprawy, jedynie miłym dodatkiem, dlatego czekając na Garbage udaliśmy się z powrotem na dół, żeby zapalić, czegoś się napić, etc. Ja skorzystałam z okazji, by spotkać się z Rkdeeyem i jego małżonką, którzy szczęśliwie też tam bawili. Przy okazji muszę podzielić się obserwacją, że w porównaniu z rokiem ubiegłym, kontrola była jakaś nazbyt nadgorliwa. Pomijając już eksces ze schodzeniem na płytę, to c’mon – od kiedy nie można siadać na trawie? Nie mówię o tej znajdującej się przy stoiskach gastronomicznych, a o tych zboczach przy schodach. Albo o tym, jak to niby koniecznym jest siadanie w swoim rzędzie, zamiast stać u szczytu trybun? Właśnie to mnie ujęło w festiwalu, że de facto był pełen luz, a nie słyszałam o żadnych przepychankach czy jakichkolwiek innych incydentach, które wymuszałyby taką czujność. Aczkolwiek w zeszłym roku faktycznie szłam z Agatą i Rkdeeyem na gwiazdy wieczoru, dlatego albo na suportach mnie jeszcze nie było, albo byłam, ale zbyt stremowana debiutem, by czuć się swobodnie. No nie wiem, trochę mi to w sobotę przeszkadzało. Do czasu.

Niemalże punktualnie, tj. około 20:30 na scenie pojawili się Garbage. Niesieni echem pierwszego numeru podążyliśmy czym prędzej na górę, gdzie trafiliśmy w sam raz na Stupid Girl, co mnie ucieszyło podwójnie, bo raz, wiadomo – fantastyczna piosenka, a dwa – zaczęło się rozwiewanie moich wątpliwości, czy aby to będzie koncert przekrojowy, czy ledwie promocja płyty, na koniec, dla formy, przetknięta jednym czy dwoma starociami. Muszę bowiem przyznać, że poszłam tam na stary Garbage jednak, ten sprzed laty, nową płytę witając z nadzieją, ale to głównie dlatego, że yay, wrócili! a nie yay, co za genialny album. Wpisują się tym samym w coraz to pokaźniejszą listę zespołów, które wracają, ale w nowej odsłonie, zamiast konsekwentnie kontynuować tę, w której zostały pokochane. Nie, żeby to była zła płyta, ale poprzeczkę postawili przecież bardzo wysoko.

Shirley, jak można się było spodziewać, to sceniczna torpeda, zakończona ognistoczerwonym kokiem, widocznym dla mnie świetnie nawet z trybun, przy świetle jeszcze dziennym i to wcale nie dzięki telebimom. Właściwie one mi przez cały koncert były niespecjalnie przydatne, bo są takie gwiazdy – i panna Manson do nich niewątpliwie się zalicza – których jest pełno i wszędzie, a telebim nie nadąża.

Kwestię pogody podniosłam nieprzypadkowo, bo prawie deszczowa, ale wciąż słoneczno-ciepła aura idealnie mi się wpisywała w krajobraz, otoczony muzyką, która też jest – przynajmniej dla mnie – tak nieco na skraju dwóch światów: tego ciemnego, przyczajonego, który eksploduje w umyśle tylko w nocy, gdy już niczego ukryć się nie da i wszystko wychodzi z metaforycznej szafy i tego energicznego, przy świetle, które dodaje pewności siebie i kopa. Tu zaburzę nieco chronologię pojawiania się utworów, ale zostawienie Push It na koniec było majstersztykiem strategicznym, bo po tej całej, półtoragodzinnej bodaj, przeprawie po emocjach, można było wyjść wyplutym totalnie a tak wypuścili fanów z charakterystycznym dla siebie, mobilizującym kopem w tyłek.

Przeprawie po emocjach, hm? Oh boy. W przeciwieństwie do większości, która niewątpliwie czekała tam na Linkin Park – co przyznała sama Shirley, rozpoczynając tym samym dla mnie emisję wielkich uczuć w swoją stronę, bo także jej zachowanie między piosenkami było fenomenalne. Niby nihil novi, gdyż to jest nie tylko wokalistka, a cała Osobowość i tak, jak uwielbiam słuchać jej śpiewu, chylę czoła przed tekstami, tak niemniejszą przyjemność sprawia mi czytanie jej wypowiedzi, gdziekolwiek na jakąś natrafię. Poza tym, co widać na jej głowie, widać też, że coś w niej ma i to jest fantastyczne. I chyba jednak wciąż rzadkie. – siedziałam jak zahipnotyzowana, mimo prób podjęcia koncertowych szaleństw. Setlista – marzenie, bo QueerShut Your MouthSpecial, bo Cherry Lips,Temptation Waits, bo MilkVow, boI Think I'm Paranoid ­do cholery – jednak przyznaję uczciwie, że oryginalna perkusja brzmi lepiej niż moja, choć zapewne sprawia nam to podobną frajdę za każdym razem ;) – bo I'm Only Happy When It Rains – I know you can’t appreciate it – podczas którego patrzyłam w szare niebo, czując się w stu procentach właśnie taka, szczęśliwa i dokładnie tam, gdzie być wtedy powinnam, co zdarza mi się nader rzadko. Kulminacyjnym momentem wieczoru, a pewnie i całego tygodnia bądź miesiąca, było jednak wspomniane w tytule niniejszego tekstu, The World Is Not Enough (so they had to give us Shirley). Tu się należy pewne wyjaśnienie – ja mianowicie chyba nigdy nie byłam na tak naprawdę złym koncercie. Zdarzało mi się być na totalnie przypadkowych, słuchałam na żywo występów grup, za którymi nie przepadam – w końcu byłam nawet na Dżemie, który supportował AC/DC, także wiem co mówię, bitch – czy takich, na których ledwo co było słychać – Guano Apes czy Misfits, prawda, gdzie całkowita ściana huku – i one już wygrywały dla mnie nad płytą, dostawały ogromny plus za to, że ten dźwięk faktycznie płynął a nie był odtwarzany. Można było z nim wejść w żywą relację, niekiedy radosną, niekiedy smutną, niekiedy jakąś jeszcze, ale zawsze prawdziwą. I teraz sobie wyobraźcie ten pryzmat w przypadku piosenki, która w wersji studyjnej Cię zdobywa całą, od pierwszej nuty, przez każde kolejne przesłuchanie od nowa. Caluśką. Nie ma mnie, jestem tam. To jest chyba ten moment, kiedy ludzie się wzruszają, nie? Smakują każdą nutę, zamykają oczy, niekiedy może płaczą, a ja nie mogłam. Nie było wielkich gestów, choć emocje na pewno, a ja tak tylko sobie siedziałam, patrzyłam przed siebie i myślę cholera, to jest To. to jest ten cały Absolut, który w wyobraźni przybiera energiczne formy wyrazu, myślisz sobie, że jak już nadejdzie, a przecież nie nadejdzie, bo nie po to jest Absolutem, żeby ot tak sobie przychodzić, prawda, to po prostu. bez fanfar, zbędnego patosu, baroku, wyrafinowanej formy, tak Cię znienacka nie dopada właśnie, a przychodzi i jest. Pewnie to dlatego, że ja wciąż nie do końca sobie wierzę, że to się wszystko stało, tak jak się stało, czyli tak jak powinno, że wszystko się bez cienia zastrzeżeń udało, bo mi się tak przecież nie zdarza, tak po prostu, od niechcenia, się spełniło marzenie. I powinnam biec pewnie i wracać i starać się ten wieczór, a zwłaszcza ten moment przeżyć od nowa, tak jak należy, wykorzystać wszystkie momenty, zamiast siedzieć albo się schylać, łapiąc się za głowę, jakoś to wszystko Przeżyć, ale nie muszę. Bo wszystkie wnioski mi się rozjeżdżają już na starcie, jako że było perfekcyjnie i już.

Jak tak czytam różne relacje i reakcje, bo ja oczywiście ze wszystkim spóźniona, ale wolałam pisać tydzień, a wszystko, niż po łebkach i potem sobie pluć w brodę, że czegoś nie ujęłam z braku czasu, to jeszcze bardziej doceniam nie tylko towarzystwo – serio, lepszego towarzysza na koncert i to jeszcze koncert Garbage się znaleźć nie da, bo do tej pory, gdy chodziłam z ludźmi na koncert, to było właśnie chodzenie z kimś na koncert, grupa ludzi idąca obejrzeć widowisko, komentując, wymieniając się w trakcie spostrzeżeniami, następnie wychodzi i kropka. Nie bierze w wydarzeniu udziału, tylko je ogląda, z boku, nie ze środka. O ile przy filmach tak się dziać może, bo sobie po prostu obejrzę potem sama w domu, nadrabiając momenty zakłócone, o tyle z koncertami się tak nie da i jak nie uchwycisz tych momentów od razu, to przepadną i nie ma. I mogłabym swobodnie napisać, że byłam tam sama, bo właśnie nikt mi nie zakłócał, ale pominęłabym tym samym te fantastyczne zastrzyki wiary i energii, gdy się kątem oka na to krzesło obok spojrzało. Że hell yeah, ktoś na to krzesło, miejsce na widowni zasłużył, należał się komuś bilet jak mało który, pozostaje tylko życzyć zespołom takich fanów.

Także wykręcona jak sweter, wykopana przez Push It, opuściłam stadion, zahaczając jeszcze o przybytek z napojami, bo z reakcji stricte fizycznych, to mi zaschło z tego wszystkiego w gardle. Kolejki były takie, że już nie porywałam się na żadne poszukiwania konkretnych napojów tylko, nadal nie znosząc piwa serdecznie, zaopatrzyłam się przy stoisku z Red Bullem. Późniejsza moja forma wieczorna pozwala wnioskować, że niestety nie działa, bo mimo wielkich emocji poszłam spać niedługo po powrocie do domu.

A co się działo podczas tego powrotu, to ja, zgodnie z obietnicą, przemilczę, bo to było tak złe, że aż cholernie zabawne. Ale prawda, że ten pan był tu tylko okazjonalnie i ja go już nocą na swoim osiedlu nie spotkam, prawda? Bo jakoś nie widzę siebie wymieniającej z nim sąsiedzkich uprzejmości. Niczego z nim wymieniać nie chcę. Ohyda.

Na koniec, tradycyjnie, setlista:

1. Automatic Systematic Habit
2. Stupid Girl
3. Temptation Waits
4. Shut Your Mouth
5. Queer
6. Metal Heart
7. Why Do You Love Me
8. The World Is Not Enough
9. Control
10. Cherry Lips (Go Baby Go!)
11. Blood for Poppies
12. Special
13. Milk
14. Big Bright World
15. I Think I'm Paranoid
16. Only Happy When It Rains
17. Vow
18. Push It



23.9.11

PEARL JAM 20, reż. Cameron Crowe, 2011

Zarzucają mu, że przez fana dla fana, więc nim ruszę do recenzji właściwej, to i ja się wypowiem w tym duchu. Bo kiedyż mi się trafi lepsza okazja? Nie, żeby pierwszy raz, kilkakrotnie dawałam słowny upust uczuciu, jakim ich darzę, ale działo się to w tak różnych strefach wiekowych, że i teraz nie zawadzi, zwłaszcza, że to jak te akcje z robieniem dziecku zdjęcia co roku przy tym samym drzewie. Co wrażliwszych i skłonnych do rychłego znużenia odsyłam w niższe rejony, bo ja tu teraz będę znowu o tym samym. Z niesłabnącą, szczęśliwie, ekscytacją.

Mamy rok 1996, scena dramatu przedstawia się tak - siedzimy z siostrą w pokoju, tym, który chyba się określa mianem salonu, choć ja, za pozostałymi mieszkańcami, nazywam go ot dużym pokojem, bo z salonem to on nie ma nic wspólnego, no, może poza poziomem intelektualnym właścicieli. Płyty są: na regale po prawej, liczącym sobie wtedy półek siedem, pod regałem po prawej, na elemencie meblościanki po prawej, pod stołem, przy którym siedzimy, na telewizorze naprzeciwko, po lewej przy wieży, powiedzmy trzy i pół kolumny, na podłodze pod wieżą, wbrew wszelkim zasadom - na wieży, i ileś tam, które w szale poszukiwań zleciały za telewizor. W wieży się kręci jeszcze jedna, sreberkiem do góry. Rzecz w tym, że naprawdę - miałam z czego wybierać i miałam naprawdę mnóstwo kandydatów do skradnięcia mi mego ośmioledwieletniego, muzycznego serca. I wtedy na ten sielski obraz wkracza Tatuś, niosąc kolejne naręcze, zawierające tym razem... nie, chwila. Ja coś tu muszę wyjaśnić, przyznać się uczciwie, coby nie dopuścić do przekłamań. To nie jest tak, że byliśmy wtedy niebywale majętni i te wszystkie płyty były opatrzone hologramem i książeczką. Niestety, to już wtedy stawiano przed słuchaczami wybór - jedna z książeczką albo cztery z muzyką. Plus tamtych czasów - wtedy cztery, dzisiaj z siedem.

Więc tym razem naręcze zawierało No Code. I to było to! Starym swym zwyczajem, młócił ją godzinami, dniami, nie wywołując we mnie żadnego wrażenia, poza może tym, że wokalista śmiesznie śpiewał w Who You Are. Fala wielkich uczuć i emocji przybyła dopiero wraz z Ten, co dziwić właściwie nikogo nie powinno - z tego, co zdołałam się zorientować, to nawet ci, którzy nie słuchają chłopaków w rozmodleniu, dostrzegają jej jakość.

Nie będę się kreować na wielkiego hipstera, który mówi, że poniewierałam Jeremym, bo nie - choć wtedy byłabym podwójnym hipsterem, jako ta, co nim była, nim jeszcze temat stał się modny. Banalnie wręcz weszłam jak w masło, słuchałam godzinami, pod rząd, nie dało się mnie przekonać, że może by tak hymn generacji - Alive. Zwłaszcza, gdy zobaczyłam klip. Nie sposób by mi się było nie utożsamiać z chłopcem, w którym dniami, tygodniami, latami zalegają emocje, które z czasem doprowadzają do tragedii. Zwłaszcza przy daddy didn't give attention to the fact that mummy didn't care. Nadto sam Vedder przyprawiał o gęsią skórkę - wokalem, klipową mimiką (zwłaszcza tym, że nie szczerzył się w radości czy też złości, do kamery, tylko siedział i opowiadał historię, patrząc gdzieś tam w bok i kończąc w zapamiętaniu) i... no dobrze, to akurat nie pasuje do obrazka, ale piękny był, no. Także mamy młodego boga, który śpiewa przejmująco, robi wrażenie zupełnie czym innym, niż do tej pory starali się imponować moi idole... he got me, babe. Po Jeremym przyszło Black, czyli absolut totalny. To musiało jakoś wpłynąć, w sensie, kiedy pozostałe dziewięciolatki uczyły się o miłości - przecież pewnie tej samej, tylko przez kogo innego odczuwanej - na Backstreet Boys, miłości podanej w stylu quit playing games with my heart, nananananana, nananana, babe, to mnie uczył wers I know someday you'll have a beautiful life, I know you'll be a star in somebody else's sky, but why can't it be mine?, który po dziś dzień dla mnie bije wszystkie inne wyznania na głowę. Ciężko po takiej szkole być trzpiotką. Podczas, gdy Spicetki nadawały o swych bolesnych pragnieniach zaciągnięcia pięciu gości do pięciu łóżek - czy tam do jednego wspólnego, w sumie why not? - ja sobie kładłam, głosem Eddiego, całe pokłady emocji, które rodzą się albo przed, albo w trakcie, albo po wyjściu z tegoż łóżka.
Potem Ten poleciał już lawinowo, Why GoGarden, a przede wszystkim Release, a za nimi cała reszta. Niepotrzebne mi były oczywiste odniesienia, wspólne metafory, ale wchodziłam z nimi w relację. Opowiadali mi tą płytą takie historie i w taki sposób, że w sumie nie potrzebowałam specjalnie namacalnych ludzi do procesu wychowawczego, przynajmniej na płaszczyźnie emocji. Ale to nie tylko zasługa Eddiego, wystarczy sięgnąć po dowolną wersję instrumentalną czy koncertową, która najczęściej jest co najmniej dwa razy dłuższa, wypełniona już samą muzyką. I działa tak samo.

W międzyczasie do domu trafiały kolejne płyty - Vs i Vitalogy, ale z początku, podobnie jak wcześniej No Code, ledwie omiotłam je uchem. Co teraz kompletnie nie wydaje mi się złe, wręcz cenię ten ich "winny" charakter - muszą dojrzeć. Słuchacz też. Wtedy to ja byłam na etapie odkrywania No Code po swojemu, już bez nacisków, czekałam nawet aż wszyscy powychodzą z domu, żeby nie słuchać "widzisz? widzisz?". Sama chciałam zobaczyć. I zobaczyłam, oj zobaczyłam.
Zobaczyłam np. In My Tree, opowiadający o gościu uciekającym przed światem na drzewo, na którym nie dosięga go ten cały zgiełk, paranoje tworzone przez ludzi dla ludzi, wers and I've got a glimpse of my innocence, got back my innocence, still got it, still got it swobodnie może nawiązywać do słynnego, amerykańskiego zwyczaju pomieszkiwania sobie dzieciaków w domkach na drzewach, do którego uciekają, zmęczeni, zadławieni życiem, które toczy się na dole. Fakt, że historia opowiadana jest przez dorosłego człowieka, który mimo swego wieku i doświadczenia, pozwalającego uodpornić się na wiele spraw, nadal potrzebuje takiej ucieczki na drzewo, skłania do refleksji. Jednak największą perłą tej płyty jest wg mnie - choć nie wiem po co to zaznaczam, cała ta notka jest jednym wielkim wg mnie - Present Tense i chyba pierwszy raz głównie za sprawą muzyki, nie tekstu. Całkowicie znokautowana przez tamtejszy bas, tak niebywale surowy w refrenie, kojąco przyjemny pod zwrotką i atakujący bezkompromisowo na koniec. Cudeńko. Niedościgniony, cholera, ideał. Choćbyście mi podrzucali, nie twierdzę, że niewartych uwagi, bo gdzieżby!, legendy strun, to od lat to wykwintne połączenie basu i perkusji nie znajduje sobie u mnie równych. A sama końcówka, gdy tak ciepło łaskocze.... nie słucham tego często, bo boję się popsuć to wrażenie.

W ogóle to jest tak, że ja ich słucham tak naprawdę rzadko, mimo, że wyłuskuję w mediach, wychwalam gdzie się da i kompletnie nie kryję się z uwielbieniem, to dawkuję sobie chłopaków. Trzymam, jak koniak w barku, jak cygara w szufladzie, wyciągając tylko na specjalne okazje. I słucham sama. Jeśli nie mówimy akurat o koncercie czy, tak jak ostatnio, filmie, na który nie poszłam sama, to sobie ich zostawiam na intymne tete-a-tete. Nie wdaję się też w dyskusje fanów i niefanów, jeśli należałam kiedykolwiek do fanklubów, to tylko dla porządku, może poinformowania kumpli, ale nie dzielę się nimi z ni... okej. Kłamię, raz się podzieliłam. Haha, bym zapomniała nawet o moim brawurowym występie.

Tym razem sceną dramatu była... moja szkoła. Nawet nie jestem pewna, czy nie moja sala. Piąta albo szósta klasa, pamiętam, bo natenczas kochałam się w Bartku, szkolna dyskoteka połączona z Mini Playback Show. I tu następuje wyjawienie tajemnicy "jak spotęgować wrażenie bycia emo socjopatą już w podstawówce" - dziewczyny były Spicetkami, ktoś tam był pop-kimśtam, a ja, spowita w koszulę w kratę, wytarte jeansy a chyba nawet i sztruksy - ♫Corduroy, a? ;) - martensy, się wie, burza włosów i wyskoczyłam im z jakimś, panie, Pearl Jamem, co to w ogóle jest, czy to jacyś nowi po N*Sync? A ja już wtedy znałam gorzko-słodki smak profesjonalizmu, nawet jak zaczęli klaskać - w trakcie, w trakcie! jak na jakiejś, holender, biesiadzie - to przygryzłam lekko wargę, nakręciłam się podwójnie - to naprawdę jest cios, gdy się okazuje, że szalejesz przez cały semestr za chłopcem, który nie jest z Twojej muzycznej planety, z którym w sekundę wiesz, że nigdy nie wejdziesz na podobne poziomy wrażliwości i który w drugiej sekundzie okazuje się na mur-beton być jedynie, co z tego, że prześlicznym, ale pingpongdzistą ledwie? Po latach się oczywiście okazało, że zbłądziłam haniebnie, jest teraz artystą i ma własne wystawy, miło, hej - i wygrałam. Fizycznie flamastry, mentalnie pozycję. Tej dziwnej, co prawda, ale, jak pokazuje życie, taka daje całkiem spore możliwości, więc uznaję, że jestem wygrana, skoro już w piątej klasie sobie zapracowałam.
Nie ma zdjęć.

Fama jednak musiała być słusznej wagi, bo gdy pewien chłopiec, o którym może i wspominałam, był urwisem nieprzeciętnym, może i nieco sadystycznym. Możliwe jest też, że na chory sposób, w niewielkim procencie, ale mnie to fascynowało, acz bez podtekstów, za mały ten procent - pewne było jednak to, że jego formy urwisowstwa nie były akceptowane przez ciało pedagogiczne, czemu się tak naprawdę nijak nie dziwię. Tenże więc chłopiec, razu pewnego, zapragnął mnie przekupić, cobym nie szła do pani. I czym? Płytami PJ, powołując się na mamusię, która podobno miała pracować przy obsłudze ich koncertu w Polsce. Bo był i koncert, taki z cyklu dowiedziałam się tydzień po, latami odżałować nie mogłam. Nie przekupił - miałam już wszystkie.

Kolejnym przystankiem jednak nie były wcale płyty, a książka, Roślina, autorstwa Małgorzaty Taklińskiej. Możemy swobodnie uznać, że wtedy poznałam ich na nowo, bo wyposażono mnie w cały background. Wtedy czasy były takie, że mowy nie było o poważniejszych wzmiankach w prasie, Internet był na kartki i moja wiedza była silnie skromna, opierająca się właściwie w największej mierze na tekstach. I bladym pojęciu o grunge'u jako takim. Wiedziałam, że Nirvana, Soundgarden, Alice in Chains, że Cobain zginął śmiercią marną i właściwie tyle. I że Seattle. Książka otworzyła przede mną falę nowych horyzontów, wreszcie dopasowałam klocki, wiedziałam, co, jak i dlaczego, nawet więcej - od kiedy, od czego i gdzie się zaczęło, z nazwą firmy fonograficznej włącznie. Subpop. I było tam coś jeszcze, gratka niebywała, coś, co zakochało mnie w Vitalogy bardziej, niż ona sama - teksty. Z przekładami. Przyznam, że bez nich nieraz jak bez ręki, bo okej, angielskim się pasjonowałam, prenumerowałam Z angielskim od dziecka ("od jakiego dziecka?"), ale to ciupkę za mało, by ogarnąć lirykę tekstów Eddiego. Bo ile ja mogłam mieć lat? Jedenaście? Tak więc sorry.

Początek był banalny - Spin the black circle, będący, wcale nielichą, ale jednak, ódką do płyty winylowej. W tamtych czasach na płytach winylowych miałam, co prawda, głównie bajki a muzyki słuchało się już na cd, ale ujął mnie ten hołd. Jakoś tak ciepło na sercu, gdy pisze się piosenkę o muzyce. Później walnęłam na powrót w ciężkie tony i dalej, jazda z Tremor Christem. Tu już wchodzimy w tereny, aż się boję użyć tego słowa, bo wyświechtane i wytarte, że aż szkoda - liryczne. Te, które każdy sobie, więc nie będę butami wchodzić w cudze interpretacje, a swoje zostawię dla siebie, bo, jak pisałam - nie słucham z innymi. Nieco bardziej uniwersalnie jest w przypadku Better Man. She lies and says she's in love with him, can't find the better man. I chyba wystarczy, nie? Z innym płytowym manemNothingmanem szło nam dość opornie. Choć może się to wydać dziwne, nawet nieco kokieteryjne, zważywszy na okoliczności, to ja się nigdy tak naprawdę nie zbratałam z fatalistycznym podejściem do życia. Parafrazując innego, cenionego przeze mnie artystę - Mansona, acz nie Charlesa, I don't like the dramas, but the dramas like me i choć zaprawdę doceniam kunszt, z jakim Eddie przedstawił postać Człowieka-Nic, posługując się przy tym wersami trafiającymi w sedno - walks on his own, with the thoughts he can't help thinking czy into the sun, oh into the sun, burn burn, oh burn - to jednak ledwie, tudzież aż, mi opowiada a nie mówi wraz ze mną, jak mu się udawało nieraz. Do zrozumienia tej płyty bardzo przydała mi się lektura ww. książki - podłożenie pod nią sytuacji Cobaina w niespotykanym, do tej pory, ujęciu wszystkiego tego, co doprowadziło go do samobójstwa, miast tylko kłapać, że był ćpunem to się zabił, wiele tłumaczy. No, mi tłumaczy. I jak ktoś po przesłuchaniu, po wczytaniu się w treść i to, co między wersami, nadal klepie masspopową teorię, że oni ze sobą walczyli, to ja wysiadam. I trzaskam drzwiami, bo krzywdy nie wyrządzają mi, a im. Co zresztą dane mi było zobaczyć na filmie, do którego może wreszcie dotrę w tej niekończącej się opowieści.

Vs. dokładnie tak, jak mógłby sugerować tytuł, potrzebuje słuchacza w fazie buntu. Nic w tym zdrożnego, jeśli będzie to bunt młodzieńczy, bo ma on mianowicie ten urok i tę niepowtarzalną cechę, że jest boleśnie szczery i pełen energii. Kiedy jeszcze dzieciaki nie są zindoktrynowane przez dorosłość. Nie świat dorosłych, bo przecież z czasem sami go tworzą, ot, nie są pociągiem, który nieudolnie stara się nabrać na powrót rozpędu, tylko są naprawdę, po raz pierwszy rozpędzone. I się sprzeciwiają. Czemu? Naturalnie wszystkiemu, ta płyta to taka bomba w pudełku. Kiedyś gdzieś przeczytałam, że Present Tense kogoś powstrzymał od samobójstwa, co choć łzawe, to miłe. Odważę się jednak postawić teorię, że o wiele bardziej od opowieści o dobru dnia dzisiejszego, wspiera świadomość, że ktoś nie jest sam w danym bagnie, że gdy słucha/czyta/utrzymuje kontakt z kimś, kto też tak ma. I, jak słychać, wyszedł na ludzi, na takich, co po latach o tym dobru dnia... Muzycznie, jak zwykle, też nieprzeciętnie - to wszystko wszak okraszone ciężkimi, jak na okoliczności i zespół, gitarami.

Mówi się, że No Code zamknęło pewien etap, otwierając jednocześnie kolejny. Pearl Jam wszedł w nową fazę i faktycznie, sporo w tym prawdy. Chłopcy stali się panami, okrzepli, dojrzeli, rozgrzany do czerwoności umysł zamienili na ciepło w sercu, ale to, czemu pozostali wierni to nienachalna szczerość. Pisząc o cieple nie mówię o totalnym spsieniu, rozmydleniu, bo przecież Brain of J, ale to już nie to samo. Wystarczy sięgnąć pod vs-owe Rearviewmirror (ależ mi ładnie się wpasowało, bo widzicie - moje mówienie o Pearl Jam bez napomknięcia o Rearviewmirror to nie uchodzi aż. Bardzo mi ten kawałek, jak to się mówi, robi, ale z powodów o których nie będę pisać. Ani tu ani nigdzie.), by dostrzec, że stępili nieco narożniki. Fantastyczne Given to Fly, które sobie zawsze trzymam na podorędziu, jako hymn odbijania się od wszelakich den i trampolin, Wishlist, co nie wymaga większych komentarzy poza wygodnym rozpłynięciem się w fotelu przy nocnej lampce - takiej z winem i takiej z żarówką (Low Light?) - idealny kąsek na jesień. Mniej fanatyczni skojarzą tę płytę z Do the Evolution, który mi, jak na anty-anty przystało, przechodzi bokiem, ale daje mi argument w dyskusji Co się stało z Pearl Jam?

Bo się stało. Nawet dla mnie zeszli z wolna ze sztandarów od czasu tej płyty, zaliczając od tej pory wyłącznie momenty. Utracili jednolitość, przeszli przemianę, której nie mam im tak naprawdę za złe, bo wydali ostatnie świetne tchnienia, jak Binauralowe Nothing as it SeemsSleight of Hand, ostrzejsze Insignificance, przewrotne Soon Forget, zapowiadające późniejsze ukulelowe skoki w bok Veddera.. By rozpocząć temat Riot Act, trzeba nawiązać do wydarzeń w Roskilde z roku 2000. Wtedy to, podczas głośnego festiwalu, doszło do dramatu typowo koncertowego - w wyniku napierania tłumu z tyłów, zginęło 9 osób, które zostały przewrócone a następnie zadeptane. Muzycy przyznają się tylko do poświęcenia im Love Boat Captain, ale słychać, że cały album na wskroś przesiąknięty jest rozważaniami nad ulotnością życia, jego istotnością i potrzebą walki o te zagrożone. Powiem tak - nie jest mi obojętne, bardzo nie jest. Wszyscy moi znajomi świetnie wiedzą, jacy są i nie muszę pokazywać palcami, żeby wiedzieli o kim i o czym mówię. I choćby byli teatralni, to ja dziękuję, wolę dmuchać na zimne. Bo nie wszyscy byli tacy teatralni i nie wszystko się pokończyło tak, jak powinno, żebym teraz machała ręką. Jak już mam wybierać, to wolę mieć tę swoją fobię na punkcie teatralnych samobójców niż pająków. Poza tym nie cała płyta jest taka dołująca, jest bardzo jasne światełko w postaci I Am Mine, co dla takiej indywidualistki - nie, nie indywidualności, może prędzej indywiduum ;) - to miód na serce. W imieniu swoim i cudzym - począwszy od niepoliczalnych pokładów wdzięczności dla Eddiego za to, że pozostał swój i każdemu innemu też. Chwilowo bowiem, a może nie tak znowu chwilowo, nie znajduję większej wartości od siły, pozwalającej ludziom się nie dać. Czasom, innym ludziom, komercji, i wielu innym pokusom.

And now, ladies and gentelmen, nadeszła pora FILMU, gdyż dla niżej podpisanej zainteresowanie twórczością zespołu się wyczerpało. Mają swoją drogę, ale już nie wspólną ze mną. Przynajmniej muzycznie. Mogłabym dodać coś o działalności solowej, ale świętujemy Pearl Jam 20, a nie Members of Pearl Jam 20, także szyt.

Że czekałam, jarając się jak pochodnia, to wiadomo. Że czekałam niecierpliwie, jak pies na spacer, też. Że wielki banan mi na twarzy zagościł na wieść, iż premiera dzień po moich urodzinach, jest takoż znane. Najlepsze zaczęło się na kilka dni przed...

Mieszkam w Polsce, więc przywykłam do tego, że do naszych kin trafiają filmy ze Stanów tak gdzieś w okolicy ich premiery w tychże Stanach, tyle, że na DVD. Całkiem serio brałam też pod uwagę opcję pozyskania filmu drogą Torrenta, bo w ogóle hej, biograficzny? Kiedy w kinie ostatnio był film biograficzny o kimś niższym rangą niż Hitler, c'mon.

Jakąż więc niespodzianką dla mnie było, gdy okazało się, że polskie Multikino wykupiło prawa do wzięcia udziału w światowej premierze filmu, co miało miejsce w ubiegły wtorek o godzinie 20. czasu polskiego. Rzecz nie w lansie, że premiera - rzecz w tym, że to był jedyny dzień, kiedy grali go w kinach. A ja, jak już wielokrotnie mówiłam, do kin mogę mieć różne ale, jednak na tamtejsze nagłośnienie słowa złego nie powiem. Prosty rachunek, film muzyczny = najlepszy w Dolby.
Determinacja moja była tak wielka, że kupiliśmy bilety na Ursynów - drugi koniec miasta, a na pewno drugi koniec linii metra, przyp. Bee. Kupiliśmy, bo poszłam z T. i, automatycznie, z ZMB. Mamusia na doczepkę, jasne, bo nie mogliśmy jej samej w domu zostawić a T. jako nie T., a fan. Bardzo było to miłe, gdy kątem ucha rejestrowałam, jak sobie nuci. Mógł, bo niestety miejsca mieliśmy na tyle bliskie ekranu, że nie przeszkadzał w projekcji.

Posłużę się teraz lekturą nieprzychylnych recenzji z Rotten Tomatoes, bo to nie sztuka wspierać się peanami, zresztą już w szkole wolałam rozprawkowy model argumenty za, argumenty przeciw, wniosek.

Zarzucają mu hermetyczność, że nikt, kto nie wie o co chodzi, nic z niego nie wyciągnie. Nie jest to prawdą - jest wręcz odwrotnie. To ja się nie dowiedziałam niczego tak naprawdę nowego, jedynie zilustrowano mi znane fakty. Zaczęto od Green RiverMother Love Bone, postaci Andy'ego Wooda, co za tym idzie - Temple of the Dog, od historyjki o młodym surferze z San Diego, który wychowywany był przez faceta niebędącego jego ojcem, co sprawiło, że napisał Alive... słowem, dla mnie nihil novi, serio. Nie żałuję, absolutnie, bo garściami mogłam nałapać się nagrań, wersji demo, szczątków wywiadów, filmów z pierwszych koncertów, ale dla nowicjusza - bardzo proszę. Nawet miał na mapie pokazane, gdzie leży Seattle.

Kolejny zarzut to wygodne pominięcie skandali. Good luck, chłopaki, here's the thing - nie było o skandalach, bo skandali... nie było. Bardzo przepraszam fanów Cobaina, że Eddie żyje, bardzo przepraszam fanów Staleya, że się nie zaćpał, fani Soundgarden - sorry, że się nie rozpadli. Ciężko nie opuścić rąk na taki zarzut, bo co? Bo nie są wystarczająco cool? Są, tylko z innego rogu. W filmie pokazana jest ich walka z Ticketmasterem, zajmującym się kolportowaniem biletów na koncerty, jest informacja o uzależnieniu gitarzysty, Mike'a McCready'ego od leków, są ujęcia z koncertów, na których Eddie jest silnie pod wpływem, z adnotacją, iż nie było to jednorazowe a raczej okresowe, jest wiele dowodów na ich zaangażowanie w sprawy polityczno-społeczne, co nie wszystkim się przecież podoba (scena z wykonania Bu$hleaguera, która spotkała się z umiarkowanie przyjemną reakcją publiczności - hint: to na końcu to nie są entuzjastyczne gwizdy). Fakt domniemanej walki między tuzami grunge'u też był jakiś zdemonizowany, gdyż sam Kurt w wywiadzie przyznaje, że kiedyś to może i, ale później się chłopaki dogadały.

Na koniec mój faworyt - does this guy, Chris Cornell, or sth, is the member of Pearl Jam and that's why he was talking so much about them? Nie dogodzisz, widać. Nie wystarczy, widać, podpisać rozmówcy, nie wystarczy zdanie when Chris Cornell with his band, Soundgarden... Widzę już też oczami doświadczonej wyobraźni te zarzuty, że a dlaczego oni nie rozmawiali z nikim spoza? Co, kółko wzajemnej adoracji? A skoro o kółku mowa - czemu nie było więcej o biografiach poszczególnych członków? Dlatego, że każdy film o Nirvanie jest tak naprawdę filmem o Kurcie, który gdzieś tam jakoś miał zespół, co się rozpadł po jego śmierci, jego żona, podła suka ma jakiś pożałowania godny zespolik - Hole, a tak naprawdę to by mogła, durna krowa, siedzieć w domu i niańczyć biedną, osieroconą Frances Bean, a potem myk - powstali Foo Fighters. Ja bym mogła drugie tyle napisać o krzywdzie, jaką wyrządza się Nirvanie, sugerując, że to Kurt Cobain and the Band.
To nie sam Eddie, Jeff, Stone, Mike czy któryś z perkusistów (z pięciu mieli) tworzy zespół, a jest ich, jak na okładce Ten - pięcioro i tę ich jedność film ukazuje doskonale.

Martyrologia w związku z Roskilde? Trzeba być naprawdę nieczułym wałem, by nie dostrzec wagi sprawy. Wychodzi zespół, chce grać i nieść radość słuchaczom, stawia na kartę solidaryzowania się z ludźmi - bo niby czemu walczyli z Ticketmasterem? Przecież strzelali sobie do bramki, walcząc o niższe ceny biletów na swoje koncerty - a tu bang, na ich oczach - bo oni nie zginęli w drodze do szpitala - dziewięcioro z nich ginie. Minęły dwa dni między tym, gdy dowiedziałam się o tym wypadku a dniem, w którym dowiedziałam się na czyim koncercie się wydarzył. Nie powiększyło to mojego współczucia dla ofiar specjalnie. I jeśli faktycznie, był to moment przełomowy, to jasnym jest, że go wytłuszczono.

To tyle o niechętnych odbiorcach. Część z nich zdaje się nie przemyśleć tego, na co się porywa, najwyraźniej. Nie lubię durnych komedii, to ich nie oglądam, a nie oglądam i płaczę, że są durne.

Ja zostałam dopieszczona należycie - zwłaszcza utkwił mi w pamięci ten występ. Mam ogromną słabość do takich zagrań, kiedy publiczność z oddaniem wyręcza wokalistę. I to bez żadnego sing with me, hey, I can't hear you, come on, show me what you've got. Brałam w czymś takim udział niejednokrotnie i tyle jest w tym pozytywnych emocji, że aż wzrusza. Plus wdzięczność na twarzy muzyków, nie za fajrant, a za uświadomienie im, że to, co robią, ma sens. I znajduje odbiorców.

Pytacie o wrażenia? Za krótki. Nie kocham ich może bardziej, nie pokazali, jak mówię, mi nic nowego, dopełnili może nieco opróżnioną ostatnimi wydawnictwami, szklankę. Nie kocham ich bardziej, kocham ich znowu. Ot co.

Happy Birthday, Panowie.

26.6.11

Between the stop of the dream and the click on the light.

Niestety. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale wiem, że nie dostałam dokładnie tego, czego oczekiwałam i mam wrażenie niedosytu - i to nie w sensie, że chciałabym, by piątkowy koncert trwał dłużej. Choć na dobrą sprawę nie ma się czego przyczepić.

Tym razem kwestia docierania na koncert poszła jak z płatka i nie ma nic do opowiadania - jak rzadko. Może poza tym, że pojawiłam się pół godziny wcześniej i, oczywista, wykorzystując zapas na uszczknięcie nieco z zapasu papierosów własnych, naoglądałam się cudaków - widzów. Taak, to jest fascynujące widowisko. Pomijam już kwestię normalnego ubierania się na koncerty, bo nikt mnie nie rozumie i wszyscy chcą wyglądać, jakby mieli nadzieję, że gwiazda wieczoru wypatrzy z tłumu. Nie wypatrzy - najczęściej ma zapocone czoło i z niego mu w oczy skapuje, a jeśli nawet coś widzi, to zabielone światłem ze sceny - widziałam, widziałam, bo pokazywali na telebimach, biali jak mleko. Ale przed koncertem feeria. Jak niebo przy finale Wielkiej Orkiestry, światełko do chodnika. Obowiązkowe plakietki, zapewniające solennie, że nosiciel - mogłabym ich określić mniej dziwnie, ale niech mają, nosiciele, to brzmi - co najmniej nie przepada za systemem, workowate spodnie, ale nie te z rzędu hip-hopowych, nie, nie, bliżej im do pantalonów piżamowych, sukienki - jeśli mowa o dziewczęciu - w rozmiarach dwojakich: albo powłóczyste kiece, co sprawia wrażenie jednej nogawki od spodni wyżej wymienionych, albo ekstremalne mini, noszone przez dziewczynki, którym wokaliści kładą w głowę, że don't mind about your weight. Hm, you better do. Buty różnorakie - od niebotycznych obcasów i koturn - noszonych przez obie płcie - do o trzy-numery-za-dużych adidasów tudzież trampek, z obowiązkowo wywiniętymi na wierzch językami, sięgającymi piszczeli co najmniej. I najważniejsze oraz wszechobecne paski. W sensie wzoru, bo co za sens miałoby noszenie piżamowych pantalonów, wyglądających jak zszyte dwa namioty, gdyby trzymał je pasek? To już prędzej szelki, a i tak przypięte do majtek. Bo oni są luźni i im spodnie muszą wisieć, jak nie wiszą to pewnie są już owładnięci demonem mody, nakazującym noszenie rzeczy w odpowiednim dla siebie rozmiarze. Na koniec pragnę uspokoić MEN - młodzież nosi mundurki. Przyznam, że gdybym była młodsza to celowałabym właśnie w tych w mundurkach. Teraz już nie mogę, bo to chyba karalne. A właśnie, bo wiek.
Musicie wiedzieć, że mam pełne prawo do uważania studentów pierwszego roku za młodszych ode mnie, bo gdyby wszystko poszło jak trzeba, to teraz chyba już bym kończyła rok czwarty. Maksimum trzeci. A w piątek ci pierwszoroczniacy stanowili, dumną z siebie niesamowicie, najstarszą grupę. Nie będę się po raz kolejny oddawała rozważaniom czy to o nich dobrze świadczy, że spotykamy się na koncercie Arcade Fire czy o mnie kiepsko, bo słucham muzyki dla małolatów.
Trochę mi się tylko łezka w oku zakręciła, bo mało kto palił zwykłe papierosy, a rządziły cygaretki o zapachach wszelakich. Głównie słodkich, więc tego też nie wiem - czy łezka ze wzruszenia i wspomnień imprez licealnych, czy raczej od tej rzygliwogennej w kupie, mieszanki aromatów.

Dalej - miejsce. Osławiony Torwar, na którym nie takie tuzy muzyki wszelakiej grywały. Można sobie w korytarzach popatrzeć - kto, bo wiszą zdjęcia i faktycznie, nazwiska TAKIE, że można by nabrać nadziei, iż zaraz wejdzie się do niebywale przestrzennego, ogromnego miejsca, gdzie ludzi będzie jak mrówek i ciężko będzie cokolwiek, wiedząc, że się ma bilet na trybuny - będąc powodowanym obawą o los swój w tym hipotetycznym tłumie pod sceną.
PHI!
Po pierwsze dziękuję moim rodzicom, że urodziłam się wtedy, kiedy się urodziłam i dzięki temu byłam ciupinkę za młoda, by znać Pearl Jam wtedy, gdy występowali na Torwarze. Inna sprawa, że poznałam ich jakoś miesiąc po tym koncercie i ile się nawkurzałam, to moje. Jak sobie porównam ze Spodkiem, w którym ich widziałam, to... zresztą, trudno porównać z czymkolwiek mniejszym, co byłoby sportowe. A miałam jak na dłoni, bo ludzi przyszła jedna trzecia tegoż Torwaru może. Także jak na najciekawszy koncert sezonu, będący przedsmakiem Open'era to zawstydzająco cieniutko. Mam nadzieję, że to dlatego, iż reszta się wykosztowała na tegoż Open'era, bo aż przykro było patrzeć na ziejące pustką sektory czy płytę. Gdyby teren był otwarty, to może dałoby się zamarkować, żeśmy się rozpierzchli, ale tak? Biedni Arcade Fire.

Kolejnym przystankiem jest support, czyli Basia Bulat, czyli wreszcie wiem, skąd taki a nie inny stereotyp wokalistki folkowej, bo wpisała się znakomicie. Przeliczając czas przed wyjściem wyszło mi, że się na nią załapię, więc się postanowiłam na szybko ♫zapoznać. O, nie jest źle, jeszcze gra na takim dziwnym czymś, to na pewno będzie miło. Nie było miło. Było strasznie i okrutnie nudno, do ochroniarzy ustawiła się kolejka z nieśmiertelnym pytaniem, czy jak sobie wyjdziemy to czy można wrócić normalnie, to było stuprocentowe potwierdzenie wszystkich obaw, jakie przychodzą na myśl, gdy słyszysz o filigranowej dziewczynie z gitarą akustyczną. I właśnie dzięki takim Basiom lud się boi słuchania Joanny Newsom na przykład, podczas gdy jej ♫Peach, Plum, Pear niepoznania jest niewarte. Podobnież Regina Spektor, choć tej przetarł szlaki spot TVNowskiej ramówki. Nie wątpię, że płyta Basi mogłaby w pewnej atmosferze i przy pewnym nastroju słuchacza zabrzmieć miło, ale na scenie dogorywała i przebrzydle smęciła. I nawet jak, wraz z większością, udaliśmy się na taras palarniany, to nie dało się od niej uwolnić. Dobre chociaż to, że słyszeliśmy jak skończyła i mogliśmy wrócić.

Siedziałam po lewej stronie, w sektorze E, w rzędzie pierwszym - co oznacza w sumie tyle, że miałam zespół... w paski, jakże adekwatnie do trendów modowych pod sceną. Paski wynikały z barierek, które z czasem przestały przeszkadzać i ukazywać zespół we wzorek, bo te niedobitki, jakie stanowiliśmy, po prostu wstały. Na przykład po to, by się upewnić czy ♫Month of May będzie tak samo niezrozumiałe, jak wcześniej. To naprawdę powinno być tak, że do zaproszeń zespołów zagranicznych powinno się dopisywać ale przywieźcie swoich ludzi do nagłośnienia. Tu problem osadzał się na tym, że Wina nie było wcale słychać. Z czasem przestało to przeszkadzać, bo przeszli do utworów, w których czy ten wokal jest czy go nie ma, to wszystko robi muzyka i chórki, ale na początek strach o zmarnowanie szansy, jaką jest zobaczenie Arcade Fire na żywo. Ale potem było tylko lepiej.
Już przy ♫Keep the Car Running zaczęli się rozkręcać i... nakręcać. Tak naprawdę bowiem ten koncert wygrywali atmosferą na scenie, tym, że samo serce rosło, gdy widziało się przyjemność, jaką sprawiają im występy. Mimo, że grali, jak pisałam, dla jednej trzeciej sali. Są jak tykająca bomba, rozpędzony pociąg, który najwyraźniej nigdy nie dociera do celu, tylko hamuje pod koniec. Ale za to co to jest za pęd! Z tymi mikrofonami to nawet zabawna sprawa, bo tylko wokalista miał zły - Regine, jego małżonka, słyszalna była bardzo dobrze, co sprawiło, że śpiewane w duecie, moje ukochane ♫No Cars Go wypadło znakomicie. Za co jestem niezmiernie wdzięczna, bo ze swoją pamięcią za każdym razem, gdy słucham już w domu piosenki, którą słyszałam na żywo, to słyszę ją na nowo i jak bym miała popsutą akurat tę, to byłoby kiepsko, bardzo kiepsko. Niespecjalnie zgodzę się z chłopcem, który wychwala część poświęconą albumowi Funeral, bo tu już wyszły wszystkie niedociągnięcia. To jest jednak płyta, której słucha się bardzo - jakkolwiek nie lubiłabym tego słowa - klimatycznie i żeby oddać ów klimat, to wszystko musi być bez zarzutu. A jak mówię, bez zarzutu nie było. Raczej przestawiłam się na czerpanie radości z faktu, że o, jak miło, że grają ♫Neighbourhood #2 (Laikę), czy ♫Rebellion (Lies), bo bardzo lubię te utwory, niż z uwagi na to, jak brzmią. Choć wyglądali przy tym doprawdy pierwszorzędnie i co mi tam, ważne, że im się podoba. Miałam do czynienia z paskudnymi zespoliszczami, które traktowały to, co robią, jako produkt i choć brzmiały fenomenalnie, to za nic im nie wierzyłam, iż praktykują właśnie chałturnictwo.
Co prowadzi mnie, jak po sznurku, do wniosku, że niezależnie jakby to buntowniczo i fajnie nie brzmiało, to może lepiej by było, by muzycy nie rzucali studiów, na których się poznali, bo potem muszą grać, żeby się utrzymać i wpływa to boleśnie na jakość ich grania. Względnie niech sobie pójdą w tło i nagrywają, nie wiem, soundtracki do filmów czy gier, skoro już muszą tworzyć dla pieniędzy a nie zarabiać na czymś, co sprawia im przyjemność. Ale odbiegłam, prawda.
Tzn. właściwie dobiegłam do końca, bo cóż tu jeszcze powiedzieć? Nie było to wybitne, nawet bym się musiała przymuszać do określenia bardzo dobre. Nie było momentów - ♫Rococo nadal jest bez wyrazu, mimo, że stanowi bardzo dobry materiał a piosenkę, która na płycie wypada tak sobie, ale za to na koncercie!, przy improwizacji... no nie. Już prędzej ♫We Used to Wait. Bardzo, skądinąd, przyjemne ♫Ready to Start to samograj, pewniak, którego właściwość odkryli, z tego co słyszałam i czytałam, wszyscy producenci seriali dla młodzieży, wiedząc, że nie udać się nie może. I faktycznie - wszystko fajnie, ze smaczkiem w postaci umiejscowienia w setliście - większość koncertów w ramach tej trasy bowiem od niego zaczynają - dość banalnie, no ale - a tu rozpoczęli, ale bisy. Zakończyli natomiast ♫Wake Up, które raz z Davidem Bowie usłyszane, nie cieszy bez niego jak kiedyś. Taka to już siła Bowiego - za każdym razem, gdy słucham ♫Without You I'm Nothing Placebo w wersji oryginalnej, to się cofam do tej zalinkowanej.

I pomyśleć, że głupia fantazjowałam jadąc, o tym, że zagrają ♫My Body is a Cage, co w wersji z niesłyszalnym Winem brzmiałoby ze wszech miar źle. I pozwolę sobie nie zachwycać się wersją Petera Gabriela, rozsławioną przez House'a. Sorry.

1) Month of May
2) Sprawl II (Mountains Beyond Mountains)
3) Keep the Car Running
4) No Cars Go
5) Haïti
6) Empty Room
7) Rococo
8) The Suburbs
9) The Suburbs (Continued)
10) Neighborhood #2 (Laika)
11) Neighborhood #1 (Tunnels)
12) We Used to Wait
13) Neighborhood #3 (Power Out)
14) Rebellion (Lies)

15) Ready to Start
16) Intervention
17) Wake Up

22.6.11

WOF, WOF (17-18 czerwca 2011, Stadion Legii, Warszawa)

Skunk Anansie. Moby. The Streets. Plan B. Jamiroquai. Że bilet kupię to wiedziałam już jak pojawiła się informacja o Skunkach - pewnie gdyby to było gdzie indziej, w innym mieście w sensie, to już bym tak ochoczo się nie rwała, gdyż widziałam i w kupie (w Spodku 12 lat temu) i samą Skin (w Gdyni, lat temu 7), a płytę wydali bardzo marną. Ale skoro już pod nosem niemalże, to bardzo chętnie, w końcu muszą zagrać coś poza nowymi kawałkami, a energia Skin na scenie warta jest wielokrotnego oglądania. W miarę napływu informacji o kolejnych artystach zmieniałam zdanie z biletu jednodniowego na karnet, choć wiedziałam, że pozostali będą stanowić dodatek do Skunk Anansie. O jakże się myliłam.

Jak to zwykle w mojej przyrodzie bywa - Murphy nie śpi i kiedy tylko zależy mi na spóźnieniu się na koncert, gdyż support niewart jest mojej uwagi, to, cholera, zdążam na wszystko. Tym razem chciałam ominąć Piotra Lisieckiego, Michała Szpaka i My Chemical Romance. Tja.

O ile obecność Michała Szpaka rozumiem, bo to chyba stanowiło nagrodę za zajęcie drugiego miejsca w X-Faktorze, o tyle po co przybłąkał się Piotr Lisiecki to nie wiem. Nie było go słychać niemal wcale i gdybym nie usłyszała dwukrotnie imienia Jolene, to za nic nie dałoby się zgadnąć, co on tam brzdąka. Michał Szpak to jest z kolei jakaś kosmiczna tragedia, bo pomijając jego szczylowaty image - bo to nie ma nic wspólnego z kontrowersją, to jest co najwyżej controversywannabe, to... X-Faktora nie oglądałam, więc o osobie Michała Szpaka mi jedynie donoszono - że taki, śmaki i owaki, ale głos faktycznie ma. Rzecz w tym, że nie ma. I teraz pytanie - o co chodzi? Śpiewać nie umie, tekstów trzech piosenek (o zgrozo, Californication, Sweet Child O'Mine i Are You Gonna Go My Way?) nie umie, show robić nie umie - bo to, że lata po scenie w żółtym papierem toaletowym Velvet we włosach i próbuje włazić na konstrukcje jest żenujące a nie robiące wrażenie... no kanał jakiś. No, I'm not gonna go your way, ić sobie stont.

Towarzyszący mi na imprezie Rkdeey z Widokzwenus narzekają na nagłośnienie podczas My Chemical Romance. Zapewne słusznie, choć trzeba wziąć pod uwagę, co My Chemical Romance gra. Że gra jakieś bezpłciowe dudnienie, szum, czerwonowłosy chłopak wierzy, że jak się drze to jest dobrze i wtedy mają power i w ogóle reprezentują bardzo dziecinne podejście do tzw. ostrej muzyki. Podzielane przez rzesze nastoletnich fanów trash, srasz metalu, gdzie ważne, żeby była bardzo głośna ściana dźwięku. Nieważne, że nie da się tekstu zrozumieć, że gitara nie ma żadnej melodii, tylko jest maksymalnie przesterowana. Ma być głośno. No to było. W sam raz dla piszczących małolatów. I ci są wniebowzięci, jak czytam na festiwalowym fanpage'u. Wot, dzieciarnia.

Teraz słówko o miejscach, bo z jednej strony wyśmienite, doskonałe, scena jak na dłoni, z lotu Szpaka i widoki przednie, wygodnie bo na siedząco, niemal sam szczyt, ale.

Ale na boga, Skunk Anansie to nie jest zespół do kontemplacji, zwłaszcza, że lata nie zrobiły swojego i dalej są jak dynamit - matrioszka, bo zupełnie oddzielnym dynamitem jest sama Skin. Drobna a energii ma tyle i tak nią zaraża, że już chyba koło trzeciego kawałka zaczęłam pluć sobie w brodę odnośnie zamiany biletów. Z drugiej strony zawsze to jakieś doświadczenie. I wtedy faktycznie słuchasz a nie pozwalasz, by na ocenę tego, czego słuchasz wpływ miały czynniki zewnętrzne, choćbyś się ograniczał do zewnętrza własnego. Wspomniane wcześniej Wonderlustre nie obroniło się, jak to zwykle bywa, w wersji koncertowej - nadal to mętny, acz nie smętny, zbiór pop-rockowych piosenek o miłości potraktowanej w sposób jak najbardziej banalny. Brak możliwości zatopienia się w szaleństwie genialnego dźwięku sprawił, że przez całe ♫My Ugly Boy zastanawiałam się nad sensem słowa boy tamże. Przy wiedzy niespecjalnie zresztą skrywanej, a mówiącej o Skin będącej lesbijką to wygląda to równie sztucznie, jak Ricky Martin robiący, nieumiejętnie, maślane oczy do kobiet w teledyskach. Znaczy... no po cholerę? Chyba, że to skaza ewolucyjna i każda kobieta, niezależnie od okoliczności i uwarunkowań, w pewnym wieku zaczyna postrzegać mężczyzn jako fantastyczne zabawki, na których można wieszać psy i złorzeczyć do woli, będąc święcie przekonanym, że to robi jak najlepsze wrażenie. No nie robi raczej. Wręcz nawet przeciwnie, o czym świadczą opinie ludzi, którzy słuchali ostatniego albumu znając wcześniejsze.
Dlatego też przyjęłam każdy kolejny kawałek zeń ze stoickim spokojem i wiarą, że zaraz nadejdą stare, świetne czasy. I doczekałam się wielokrotnie - ♫I Can Dream słyszałam już po raz trzeci, gdyż zarówno w Spodku jak i na Open'erze, potem ♫Twisted (Everyday Hurts), przy którym pierwszy raz siedziałam bez ruchu, ♫Charlie Big Potato... długo by wymieniać. Może tylko jeszcze wspomnę o ♫Tear the Place Up, bo nie znałam, gdyż znajduje się na Skunkowym zbiorze hitów, Smashes and Trashes a ja, mająca wszystkie płyty, nie widziałam sensu zapoznawania się z wydawnictwem. Niesłusznie, ale koniec końców poznałam dodaną do staroci piosenkę. Przekrój przez twórczość wyśmienity zaserwowano, każdy mógł poczuć się połechtany.
I tu jeszcze bardziej boli wspomnienie koncertu Guano Apes - tu było kompletnie inaczej. I próżno szukać winy wyłącznie w nagłośnieniu, bo jednak GA było co jakiś czas słyszalne i można było stwierdzić, co by było gdyby. Byłoby na pewno mniej energii, mniej sił wokalnych... i wszystko byłoby naprawdę wspaniale, koncert roku, gdyby tego samego dnia nie występował Moby, będący, jak dla mnie, największym zaskoczeniem chyba ze wszystkich koncertów, na jakich miałam okazję się pojawić.

To może brzmi tak, jakbym go wcześniej nie znała, że się tak zachwycam. Znałam, znałam, ale teraz poznałam od innej strony, na nowo najwyraźniej. Bo na co dzień to był sobie Moby, fajny, fajny, nie wiem jednak czy przesłuchałam którąkolwiek z jego płyt w całości, raczej ograniczyłam się do sympatyzowania z singlami. Tymczasem to, co zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Siedziałam przez niemal cały koncert oniemiała z zachwytu, czasem łapiąc się na otwartej ze zdziwienia buzi.
Po pierwsze ugięłam się pod poziomem dopracowania w najdrobniejszych szczegółach piątkowego występu. Bez żadnych popisowych improwizacji - co najczęściej jest tak ryzykownym pomysłem, że mało komu realizacja się udaje, bez bezsensownych rozwlekań, po prostu to, co udało mu się osiągnąć na, wielokrotnie przecież dopieszczanych, albumach. Prostota - umowna, gdyż o muzyce Moby'ego raczej nie da się powiedzieć, że jest prosta - jako najlepszy środek do celu. Ponadto nigdzie indziej jak na scenie tak dobitnie nie widać, że taki jeden mały, niepozorny człowieczek nie musi się rzucać po scenie, drzeć jak opętany, nawet wymyślnie stroić, by stworzyć coś, co pochłania tłumy. To nie była ściana dźwięku, to był wir, który wciągając odwracał uwagę od wszystkiego wokół. Tak można było tylko tonąć i tonąć w. The abyss of sound. Odbudował zarówno tę samą przestrzeń, jaką niesie z sobą w ♫Porcelain, masywność stojącą za ♫Flower czy energię ♫Bodyrock. Swoją drogą bardzo trafny klip, tak to właśnie działa, zdobywa Cię dźwiękiem od wewnątrz, zalewa falą i choćby się waliło czy paliło – nie odwrócisz wzroku. Co najwyżej dasz się porwać, jak my przy ♫Lift Me Up. Umieściłam wideo koncertowe, by nieco oddać, choć nie całkowicie, bo zamiast tej blond filigranowej dzieweczki na scenie Moby’emu towarzyszyła Joy Malcolm – stuprocentowe przeciwieństwo tej, widzianej w klipie. Ciemnoskóra wokalistka obdarzona wyśmienitym, typowo czarnym głosem, który tego wieczora brzmiał jak dzwon i przebijał, stety czy też nie, wielce hołubiony, także przeze mnie, głos Skin. Zresztą, co tu dużo pisać – pechem Skunk Anansie było to, że występowali tego samego dnia, co Moby. Przyćmił ich dokumentnie.
Warto wspomnieć, że Moby był jedyną gwiazdą tegorocznej edycji festiwalu, która bisowała. I raczej nie wynikało to z nieuprzejmości reszty muzyków – tylko jego, i rzecz jasna Joy, chciało się słuchać nieprzerwanie. Właściwie nie wiem, czy tam w środku mi się ten koncert skończył – wciąż i wciąż przypominam sobie kolejne fragmenty. Och, i coś, co akurat w moim przypadku jest niebagatelne: Moby jest pierwszym zagranicznym artystą, który może "dziekować" do woli i ani razu się nie skrzywię, jak ma to miejsce w przypadku całej rzeszy muzyków, którzy chcąc się przypodobać, klecą coś po polsku. On ma urok - oni żenadę.

(mało istotna) Setlista My Chemical Romance:

1) Na Na Na
2) Thank You For The Venom
3) Planetary (GO!)
4) Mama
5) ...Sing
6) Bulletproof Heart
7) Teenager
8) Helena
9) The Only Hope For Me Is You
10) Welcome to the Black Parade
11) I'm Not Okay (I Promise)
12) Famous Last Words

-----------------------------------------------

Setlista Skunk Anansie:

1) Yes It's Fucking Political
2) Charlie Big Potato
3) Because of You
4) God Loves Only You
5) Riff - All In The Name Of Pity (bardzo dobry pomysł z tymi wstawkami, co prawda trochę żal, że same riffy, obiecujące ciągi dalsze, but still)
6) My Love Will Fall
7) I Can Dream
8) Riff – Intellectualize My Blackness
9) My Ugly Boy
10) Weak
11) Hedonism (Just Because You Feel Good)
12) Twisted (Everyday Hurts)
13) On My Hotel TV
14) Tear The Place Up
15) Skankheads (Get off me)

------------------------------------------

Set(but definitely not sit)lista Moby’ego i Jay Malcolm (naprawdę, należy się dziewczynie wyodrębnienie):

1) God Moving
2) In My Heart
3) Go
4) Natural Blues
5) ...We are all made of stars
6) Beatiful
7) Bodyrock
8) Flower
9) Lie down in darkness
10) Honey
11) Porcelain
12) Extreme ways
13) Why does my heart feels so bad?
14) Shot in back of head
15) Disco lies
16) The stars
17) Lift me up
18) Feeling so real (bonus)

Dzień drugi przyniósł z sobą naprawdę spore oczekiwania – po kim? no po kim? po Mobym, jasne – których niestety nie spełnił, przynajmniej jeśli chodzi o Plan B i…. The Streets, który w ostatniej chwili został odwołany. Mike Skinner wydał, co prawda, oświadczenie, z lektury którego wynika, iż jego nieobecność jest w pełni usprawiedliwiona, ale jednak żal. Tym większy, że gros publiczności wykupiło karnety czy nawet bilety jednodniowe tylko z uwagi na jego występ. Bardzo łatwo zakładać takie rzeczy, ale szczerze wierzę, że gdyby wszystko potoczyło się zgodnie z planem, to sobota wypadłaby lepiej. Choć, wbrew obiegowej opinii, nie było wg mnie tak źle.

Na początek rodzime Sistars, które na siłę starało się być luźne, pełne feelingu i freestyle’u. Tymczasem brzmiały najzwyczajniej w świecie sztucznie – upudrowany, wymuskany i zawiązany pod krawat beat, siostry Przybysz nieudolnie próbowały imitować – adekwatnie do noszonego nazwiska – przybycie z bezkompromisowej planety, podczas gdy brzmiały strasznie płasko i jednoznacznie: jakby przybyły z firmy fonograficznej. Cóż, oceniajmy po nazwie: niewiele jest bardziej pretensjonalnych nazw od kombinacji sisters i stars, sorry.

Występ Planu B padł ofiarą festiwalowego, kulawego nagłośnienia – co mądrzejsi, jak Skunks Anansie czy Moby, przywieźli swoich ludzi a ci, co zdali się na naszych, zapłacili gorzką cenę bycia kiepsko wspominanymi.

Zaczęło się od zabawnego beatboxu Faith SFXa. Nieco, przyznam, przydługiego, bo o ile na początku robiło to wrażenie – zaiste, gość ma talent, ale tak po dziesięciu minutach nerwowo spoglądałam na zegarek, konspiracyjnie komentując do Rkdeeya, iż mamy do czynienia z najdłuższym intro świata. Które, szczęśliwie jednak, dobiegło końca i rozpoczął się koncert właściwy. Mimo, że, jak pisałam, kiepsko nagłośniony, to Ben – wokalista Planu, przyp. Bee – ujął mnie swoim nosowym, jak mówią niektórzy, zakatarzonym, głosem. Co kto lubi, ja lubię. Zdołałam przebić się przez filtr nawalających techników i rozkoszowałam się tym, co Plan B naprawdę chciał zaprezentować. A zaprezentował bardzo przyjemny występ, z udatnym wyczuciem klimatu. Myślę sobie, że ciężko tu – podobnie jak w przypadku MCR, choć na zgoła inną skalę – oczekiwać perfekcyjności, geniuszu, wielkiej muzyki czy innych niesamowitości, bo wystarczy posłuchać ♫Prayin’, by wiedzieć, że poza fajnym rozruszaczem, niezłym akompaniamentem do stukania w kolano, stopą czy w kierownicę, gdy stoi się w korku tudzież na światłach, to nie ma się do czynienia z niczym tak naprawdę szczególnym. Tacy, prawda, z wyższej półki, ale to nadal regał a nie pawlacz. Zresztą ja i tak wolę ♫The Recluse, a ten mu wyszedł bardzo zacnie. Następnie chłopaki wzięli się za covery – w pamięci utkwiły mi tylko Stand by Me i Kiss from a rose (oba znajdują się tu, nagranie jest amatorskie, nie moje, kiepskiej jakości, ale pisanie o muzyce jest jak…, dlatego niech będzie namiastka chociaż). Szału nie było, ale jak na moje niespecjalnie wygórowane oczekiwania – dali radę.

Później miały miejsce pewne wydarzenia związane ze zmianą miejsc, składów uczestników i koniec końców Jamiroquaia słuchałam sama, na schodach prowadzących na płytę.

Myli się jednak ten, co myśli, że było mi tam źle. Z początku owszem, gdy z ciepłej posadki na trybunach wpadłam w tłum zasłaniający mi absolutnie wszystko i chodzący mi po plecach, to nie było to najwspanialsze uczucie, ale nie minęło pięć minut a moja skromna postura po raz kolejny okazała się niebywale użyteczna w takich przypadkach. Otóż stanęłam sobie na schodach tak, że nikomu nie zasłaniałam – komu? Pigmejom? ;) – nikt mi nie zasłaniał, gdyż stali schodek czy dwa niżej, ja miałam swoją strefę do private dancing i właściwie nic innego nie było mi potrzebne. Może trzecia ręka do trzymania napoju, bo tańczyłam mając w myśli butelkę, którą ustawiłam sobie między stopami i starałam się jej nie zgubić, nie skopać, nie sturlać, bo było duszno a jak się tańczy, to tym duszniej. A było przy czym, oj było. Jay Kay nie zawiódł – zaserwował fantastyczny koktajl funkowego grania, okraszonego charakterystycznym dla siebie groovem. I bardzo przepraszam, albo i nie, ale nie będę się imała spolszczeń, bo mi to cały efekt popsuje. Było tak, jak mówię – funky grooving, bez dwóch zdań. Nie wyobrażam sobie tak naprawdę siedzenia przy ♫Canned Heat, ♫Cosmic Girl czy ♫Little L, więc zmiana wyszła mi tylko na dobre. No co ja poradzę, że mam ze swoimi nogami i pozostałymi fragmentami słabość do tego gościa w pióropuszu? W którym, tak nawiasem, rzecz jasna, wystąpił i tym razem. Zaimponował nam – bo większość uczestników zabawy podziela moje zdanie – otwartym sprzeciwem, skierowanym w stronę nagłośnieniowców. Niewybrednym, bo okazanym za pomocą fucka, ale jednak. Takie MCR czy Plan B nie pisnęli nawet. Czyli fajnie, czyli ma wizję tego, jak ma wyglądać jego show. Bo show niewątpliwie było, pełną gębą. Taaaak, ten wieczór wart był obecności na stadionie Legii, zwłaszcza, że koncert zwieńczony został tym, na co czekałam od przeszło tygodnia – moje kochane ♫Deeper Underground wykonane z uwzględnieniem wszystkich smaczków i niuansów, jakie niesie za sobą. Perfekcyjne zwieńczenie festiwalu.

Setlista Planu B:

1) Writing's on the Wall
2) Free
3) Welcome to Hell
4) Love Goes Down
5) Prayin'
6) The Recluse
7) Coming up easy
8) What You Gonna Do
9) She Said
10) My Girl / Stand By Me
11) Dubstep medley, Kiss from a rose, forget about b
12) Pieces
13) Stay Too Long

-------------------------------------------------------------------------

Set-funk-lista Jamiroquai:

1) Rock Dust Light Star
2) Main Vein
3) Cosmic Girl
4) You Give Me Something / Smoke ...And Mirrors
5) Little L
6) Canned Heat
7) Space Cowboy / Hurtin
8) Feels Just Like It Should / Corner of the Earth
9) Love Foolosophy
10) Travelling Without Moving
11) Alright
12) Deeper Underground
13) White Knuckle Ride (faktycznie, coś tam rozbrzmiewało, gdy się ulatniałam, by spotkać się z koleżanką [Ooo, jezu, Karolcia, jak Ty wyglądasz, sama skóra i kości, no cóż – jednym z elementów German Dream, za którym tęsknię najbardziej, jest niereglamentowana oferta gastronomiczna, nie?])

…. i trochę szkoda braku ♫Virtual Insanity, ale w sumie nadrobił z nawiązką.

Można doszukać się wielu mankamentów, głównie po stronie nagłośnieniowców i karmicieli – gliniana pizza to nie jest to, co Pszczoły lubią najbardziej. Zimne hot-dogi takoż. Przyjezdni kręcą nosem na organizację, ja tu się nie wypowiadam, bo mi w hotelu spać nie kazano, a co za tym idzie – do któregokolwiek dojeżdżać nocą. Docenić jednak trzeba organizację ruchu pokoncertowego – poza paroma niecierpliwymi idiotami, którzy nie mogli ustać chwilę dłużej na światłach, by spokojnie przejść z tłumem na drugą stronę ulicy. Jak dla mnie mogli iść, co najwyżej by przeszli na tę trochę inną Drugą Stronę.
Mogę sobie nieco popluć w brodę, że wymieniłam bilet z płyty na trybuny, ale, jak pisałam, zawsze to jakieś nowe doświadczenie. Na przykład teraz już będę wiedziała, żeby raczej nie wymieniać, gdy chodzi o zespoły czy wykonawców, przy których w domu usiedzieć nie mogę. Będę też skłonniejsza do pozostania wierną tradycji samotnego chodzenia na koncerty, bo gust mam najwyraźniej osobliwy i nie mówię tu o nazwach a o brzmieniach i jak mi się nie będzie podobało, to sobie pójdę i ponarzekam po albo wcale, bo w końcu nikt mnie wołami nie ciągnął, miast wyrażać swoją skrajną dezaprobatę w trakcie. Bo i na co to komu. I zacznę inwestować w festiwale, bo zarówno na Orange’u jak i na niegdysiejszym Open’erze, wszystko, czego nie znałam lub znałam pobieżnie, wypadało bardzo przekonująco. Choćby za sprawą atmosfery. Okej, nie lubię, nie znoszę wręcz tłumów, ale gdy mamy ten sam cel – cieszyć się dużą dawką muzyki, to chyba znoszę ich chętniej.

Tyle, że nie wiem jak to będzie z pisaniem o nich, bo było miło, ale wymiękam.

A teraz odliczanie do piątku, do Arcade Fire.
darmowe liczniki statystyki