12.5.13

FreeForm Festival 2013


Zacznę nieco od końca, czyli od sobotniego popołudnia, kiedy to czekając już nieco zniecierpliwiona na przystanku, zabrałam się do lektury krótkich notek z piątkowego koncertu Tricky’ego, bo tylko spotęgowały moje wrażenia, jak najbardziej zresztą pozytywne. Wedle słów uczestników imprezy – przecież podobno tej samej, na której byłam i ja – artysta był nudny, wtórny, stary, niechętny do kontaktu z publicznością. Słucham?

Nie kto inny, jak właśnie Tricky, a raczej jego obecność na festiwalu, przekonała mnie ostatecznie do zakupu karnetu. Wcześniej rozważałam jedynie, gdy pierwszą gwiazdą okazał się Woodkid. Myślę o, trzeba mieć sprawę na oku, bo skoro tak zaczynają, to potem może być coraz lepiej. I było. Jakoś nigdy nam się, mimo jego częstych powrotów do naszego kraju, z Trickym nie złożyło – a to nie te terminy, a to odległa lokalizacja, a to niesprzyjające warunki pogodowe. Wszystkiemu mogłabym jakoś zaradzić, ale w połączeniu z doprawdy parszywymi porami występów (okolice północy najwcześniej, co zrozumiałe, swoją drogą) nie wychodziło z tego nic. Aż do ostatniego piątku.
W międzyczasie do Woodkida i Tricky’ego dokooptowali Apparat, Miss Kittin i Hudson Mohawke, choć to już była kwestia wyboru potraw z pewnego menu – ci dwaj pierwsi zagwarantowali FreeFormowi moją obecność. Pewnie dlatego, w obawie przed przejedzeniem (Miss Kittin) czy zatruciem (Hudson), koniec końców zrezygnowałam z ostatniej dwójki.

Miss Kittin, słuchana w warunkach domowych, jest bardzo sympatyczna, naprawdę. Jej I Com z Professional Distortion, Meet Sue Be She (Sue Zoo Key, Be Aime Double You, 1 2 3!) czy fantastycznym Clone Me było jedną z furtek, które swego czasu przeprowadziły mnie ze świata koszmarnej muzyki elektronicznej, wykonywanej w klubach najgorszego, najbardziej rozimprezowanego sortu, gdzie tylko techno, a przecież od techno można z nudów zdechnąć, do krainy komputerowej magii, w której tworzy się muzykę, korzystając jedynie z dóbr cybernetycznych do podparcia swoich pomysłów miast starać się zagłuszyć ich możliwościami absolutny brak talentu. Wdzięczna jestem dozgonnie i to głównie za sprawą tej wdzięczności, jak i sentymentu, bo działy się te przeprowadzki kilka lat temu, błysnęło mi oko, gdy pojawiła się w line-upie. Później niestety ogłoszono również godziny poszczególnych występów i jak na Tricky’ego o pierwszej czekać chciałam i mogłam, tak wizja dwugodzinnej luki (bo żadna z oferowanych w tym czasie gwiazd nie przypadła mi do gustu) wyłącznie dla setu, jednak, djki, a ja się w setach nie lubuję przesadnie – patrz: rozimprezowane kluby, była na tyle niezachęcająca, że spasowałam. Może kiedy indziej, może w domu sobie puszczę.

Z Hudsonem sprawa była prostsza – dzwoniło mi, to się zainteresowałam, ale jak dotarłam do źródła, czyli do Butter, to podziękowałam. Nie godzi się publicznie narzekać na kogokolwiek, za kim stoi Warp Records, dlatego polubownie powiem, że no nie mój ci on. Pewnie moja strata, spoko. Miałam inne rozrywki w tym czasie.

Za to Apparat, och Apparat. Apparat był powodem, dla którego w ogóle w piątek pojechałam na tą osławioną 23. O ile się nie mylę, a przynajmniej w moich trzech przypadkach tak było, artyści przyjechali na FreeFormFestival promować materiały ze swoich ostatnich nagrań; żaden nie dał koncertu z prawdziwego zdarzenia(choć to bardzo umowne i wyłącznie w rozumieniu przekrojowości przez dobytek; żeby potem nikt nie myślał, że było źle, nie nie). I tak Apparat przywiózł Krieg Und Frieden, będący ścieżką dźwiękową do sztuki Tołstoja, co dawało szanse na bardzo udany, kompaktowy występ.
Miejsce w pierwszym rzędzie zajęłam nie z racji wrodzonego fanostwa, potrzeby rzucania bielizną, robienia zdjęć czy aby mój transparent, z wielkim, obowiązkowym wyznaniem miłości był odpowiednio widoczny przez wykonawcę, ale dlatego, że pół magii koncertu zawiera się w obserwowaniu artysty, wykonującego swój materiał. Jakoś tak zawsze trafiałam szczęśliwie, że jeśli nawet nie stałam pod bramką – w kilku przypadkach z wyboru, bo śmierć poniesiona na koncercie może i brzmi heroicznie i jeśli już, to kto jak kto, ale ja powinnam w takiej scenerii, to jednak wolałabym później; jeszcze kilka gwiazd i prywatnych faworytów mam do zaliczenia – to widziałam, co się dzieje na scenie. Zwykle na tym zyskując.
Sięgnęłam też wczoraj okiem po relacje z występu Apparat..a? ..u? i powiem tak – te jego wyjścia, bo były, potwierdzam – po papierosa, spacery, by coś dopracować z dźwiękiem i wszystkie inne zarzuty, składające się w o boże, był ludzki, dowodzą jedynie naturalności gościa. Tak samo jak dość spazmatyczne zachowanie towarzyszącego mu klawiszowca – w połączeniu z muzykami smyczkowymi dawało to jak najbardziej przekonujący efekt, iż nie ma zabawy po łebkach, częstego niestety traktowania naszego kraju, a już zwłaszcza w warunkach festiwalowych, po macoszemu, nie. Jest za to dawka profesjonalnie dopracowanego materiału, który w warunkach koncertowych jest tak samo czarujący w odbiorze, jak oferowany na płycie. Subtelne przejścia z klimatów ciepłych, leniwych do monstrualnych partii quasi symfonicznych udatnie przeniosły mnie w rzeczywistość jednak dramatyczną. Ale nie dramatyczną by się ciąć, tylko no jednak to jest sztuka. Z aktorami, dialogami, didaskaliami i strojami. Kolejny raz przekonałam się w swoim życiu, że – co pisałam przy okazji Gatsby’ego – muzyka najlepiej potrafi udawać inne sztuki i wcale bym się nie zdziwiła, gdyby powstał albo gdybym znalazła już powstały, album malujący obrazy czy piszący książki. W tym wypadku muzyka niewątpliwie umie grać sztuki teatralne. Z ciekawostek – operował na Apple’u. Jabłko błyszczało nie gorzej od lamp nad sceną.

Nie wiem, czy ja się mogę tak wprost przyznać do tego, co robiłam później, niemniej muszę napomknąć o spotkaniu z moim kolegą z polonistyki, bo też przyniósł refleksję, nieprzesadnie pozytywną, ale skoro się narodziła, to muszę się podzielić. Mianowicie kolega, podobnie jak ja, zarzucił karierę polonisty i oddał się sztuce. Studiuje kulturoznawstwo, pracuje jako… cholera w sumie wie, jako kto, coś to chyba ma wspólnego z produkcją, ale nie tworzeniem tylko zarządzaniem stworzonym, muzyki. W każdym razie wiąże się to z niewątpliwie imponującą wiedzą w temacie, co ma pewne minusy, które dane było mi odczuć. Mianowicie ja już nigdy w życiu nie będę rozmawiała o filmach z filmoznawcami, o płytach i koncertach z teoretykami muzyki, o sztuce teatralnej z teatrologami, etc. Nigdy. Wszystko ci cholera popsują, a przynajmniej podejmą – może niecelowo, ale jednak – próbę wtargnięcia na Twoje odczucia. Bo wychodzę sobie otóż oczarowana koncertem i słyszę, że a, zerżnął z tego i tego, a, tamto zrobił jak ten i ten w latach pięćdziesiątych, a, a to, co próbował, to już dawno zrobił Michael Jackson na płycie z roku [minus trzy dekady]. Zgiń.
W ogóle moje kontakty z kulturoznawcami, choć nie mówię tu o czysto towarzyskich, ale tych, gdzie występują w roli fachury, są opłakane, bo sobie dają prawo, na podstawie kilku papierków, do oceny czegoś tak subiektywnego, tak prywatnego a niekiedy wręcz intymnego, jak odbiór dzieła przez jednostkę. Najczęściej towarzyszy temu nieznośne zblazowanie i wyższość, może i uzasadniona (bo te nieszczęsne papierki), ale dla mnie kompletnie nieakceptowana. Zresztą pewnie ten Jackson też by oberwał za wykorzystanie rozwiązań, które wykorzystano w starożytnym Egipcie. Choć mówię to bez żalu czy agresji, w końcu ich strata, że im się coś nie podoba, bo sobie psują porównaniami, nie?
Dobrze, że chociaż zapewnił mi iście studenckie rozrywki, które przed koncertem Tricky’ego nadawały się jak ulał. Spokojnie, odbyło się bez przegięć, bez statusu zjaranej stodoły, tak w sam raz – nie tyle, by nie wiedzieć, co się dzieje, ale wystarczająco, by poczuć świat bardziej.

I tu wrócę do wspomnianych relacji z koncertu Tricky’ego a także faktu, że widziałam go po raz pierwszy. Mam bowiem taką zasadę – nie chadzam na koncert danego wykonawcy więcej niż raz, żeby sobie nie popsuć. Wyjątkiem było Skunk Anansie na Orange’u dwa lata temu, których widziałam lata temu (nie wiem nawet czy data nie zaczynała się jeszcze od 19) w Spodku. Można też dodać występ Skin solo na Openerze, gdyż wykonała tam dwa numery zespołu. Choć wielu artystów wracało do Polski, często do Warszawy, więc śmiało mogłam, to nie. Dla mnie to jest jednorazowe przeżycie, bo potem mogę mieć to, co najwyraźniej mieli zagorzali fani, dla których piątkowy występ był entym z kolei. Więc są znużeni, zmartwieni oczywistą ewolucją, rozczarowani niektórymi zagraniami (podobno numer z Ace of Spades i publicznością na scenie to stały punkt programu), ale znowu – im się nie podobało, ich bieda. Ja tam trwam w zachwycie.
Po pierwsze i chyba najważniejsze – obezwładniająca i imponująca charyzma Tricky’ego. Mimo, że na scenie towarzyszyła mu Francesca Belmonte, obdarzona mocnym, pewnym głosem, to właśnie do niego należała scena. I bynajmniej nie dlatego, że rzucał się po niej jak oszalały, czy wyglądał w nietypowy sposób. On po prostu Był. I kradł całą uwagę. Nikomu nie trzeba przesadnie przybliżać jego postaci, przekonywać, że jest jedną z nielicznych osobowości na rynku i poza nim, od lat, jednak muszę potwierdzić oficjalnie i na świeżo – nic się w tym względzie nie zmieniło. Zarzucają mu siłę wieku, ale w jego przypadku nie ma mowy o zestarzeniu – wyłącznie, albo aż, dojrzewaniu. Wie, czego chce, co chce przekazać, czuje materiał, który stworzył i manifestuje go każdym ruchem.
Bo tu należy się słowo o False Idols, które przedstawił.
Już od samego początku, czyli tak gdzieś od lutego, promocji albumu ton Tricky’ego był jednoznaczny - There’s so much bollocks going on at the moment mate. People follow celebrities and read every little thing they do. It’s living vicariously through someone else. Get your own life. All this stuff is false idols. That’s what helps keep the status quo. I signed to Island [Records, przyp. Bee] because of the artists and some of the stuff they’ve done—Bob Marley, Tom Waits. Who could I sign to now? Am I going to sign to a label because they’ve got Lady Gaga? I don’t want to be part of that bollocks music industry – co wynikać może, a nawet najpewniej tak jest, ze zmęczenia, które przyszło po latach spalania się w przemyśle muzycznym, którego chcąc nie chcąc, był częścią: I was trying to prove something to people, trying to do something to please other people and also myself at the same time, which is never going to work.

Słowem – płyta człowieka, który opuszcza ręce nad światem pełnym tanich rozrywek kreowanych przez fałszywych wykonawców, poddaje chęć zaspokojenia cudzych potrzeb i pragnień na rzecz przekazania fragmentu siebie, bez względu tak naprawdę na to, jak zostanie przyjęty. Zrobił to, co tak naprawdę powinien zrobić każdy myślący człowiek – skupił się na sobie, na tym, co podpowiada mu instynkt, dzięki czemu nie musi dbać o akceptację z innej strony, bo ma swoją własną. I to widać na scenie. I dlatego zrobiłam wielkie oczy, czytając relacje obrażonych nieco fanów, z którymi Tricky niechętnie pozował do zdjęć i którym entuzjastycznie nie machał sprzed mikrofonu. Bo chyba nie zrozumieli, w czym rzecz.
Zobaczyłam człowieka – gdyż nadal pierwszy rząd twardo, co zagwarantowało mi podejrzenie jak umyka na zaplecze wypalić papierosa w przerwie ;) – który bez wielkich rekwizytów (gdyż prawdą jest, że najskromniejsze miał zaplecze, co wcale nie przeszkodziło mu w zorganizowaniu najbardziej emocjonalnego i intensywnego występu mojego odcinka festiwalu) a tylko za pomocą muzyki i ciała, oddał zgromadzonej publiczności część tego, co ma najcenniejsze. Siebie. Duszy, serca i umysłu.

Nie umiem pojąć, jak w takim wypadku można czuć się zaniedbanym. No chyba, że…
Podczas wspomnianego i wychwalanego przeze mnie Ace of Spades, będącego dla mnie prywatnie jednym z czołowych hymnów, ujmijmy to pretensjonalnie, wyzwoleńczych, złamał zasady – ku wielkiemu niezadowoleniu ochrony – i ściągnął pół publiczności na scenę. I teraz pewnie podpadnę – nie poszłam. Choć mogłam, gdyż jak mówię, pierwszy rząd, masa ludzi przeskakiwała, oferty pomocy otrzymywałam kilkukrotnie, więc nie poszłam nie dlatego, że nie mogłam i ojej, przegrałam życie, tylko nie chciałam. By móc oglądać spektakl pt. Idol wśród fanów. Nieskromnie powiem, że miałam nosa.
Fani dzielili się na:

omg, omg, stoję przy Tricky’m, gdzie jest mój aparat
omg, omg, stoję na scenie, gdzie jest mój aparat, o, Kasia, widzisz? widzisz? macham Ci ze sceny
szalejący, fajny, pełen energii tłum

Z reakcji artysty wnosząc to właśnie ci ostatni wzbudzili jego entuzjazm, bo chodziło o przełamanie bariery między Wielka Gwiazda a nijaki, nieistotny tłum, na którego należy patrzeć z wyższością. To wszystko układa się w całość, kiedy muzyk wraca do swoich korzeni, swojego człowieczeństwa i stawia się na równi z innymi, bez wielkich masek, ciężkich machin przemysłu i kasy. Człowiek do ludzi – ludzie, przynajmniej w założeniu, do człowieka. Potwierdził to zresztą schodząc pod koniec występu do tych, którzy nie towarzyszyli mu na scenie, m.in. do mnie. I nie zszedł w otoczeniu ochroniarzy jak Bono czy Martin z Coldplaya (oj cicho, byłam na koncercie Coldplay, tak), którego kontakt z publicznością polegał, co prawda, na przebieżce przy trybunach, ale szczelnie odseparowanych od płyty, na której stała, do cholery, ta publiczność właśnie, obstawiony ochroną po zęby. No jakby nie to samo, co Tricky, który wszedł między nas, podając na luzie rękę czy wręcz obejmując się z fanami (biedny, był mokry jak nie wiem, po tym całym leniwym i olewczym występie). Ci nie pozostali mu dłużni, wciągając go i niosąc na rękach właśnie. I to było to, a nie jakieś zdjęcia. Zresztą serio, wcale się chłopu nie dziwię, że nieskłonny był do zdjęć przy stoisku RedBulla; ja też nie przepadam, jak coś sobie robię normalnego a ludzie do mnie podlatują. Ponadto aaaa, przyjechał mówić o false idols a potraktowano go jak jednego z nich. Ech.

Tu następuje dzień cały, który mogę skwitować poradą, byście garściami korzystali z dobrobytu dnia wolnego, jeśli wracacie z bardzo kosztownego emocjonalnie – i fizycznie, bo to Ace of Spades to petarda była – koncertu o świcie, w stanie entuzjastycznie podkręconym różnymi środkami. Ja nie skorzystałam i miałam za swoje.

Że o jakości odbioru świadczy też zajmowane miejsce przekonałam się wieczorem, podczas koncertu Woodkida. Koncert, na który tak naprawdę czekałam najbardziej, bo na bieżąco niejako. O ile bowiem karierę Tricky’ego znam i śledzę od lat, więc potrzeba zobaczenia go na żywo zdążyła się już wryć we mnie na dobre i stało się to niemalże formalnością, a na pewno oczywistością, tak do Woodkida przekonywałam się stopniowo. Rok temu, w wakacje, wszystkie istotniejsze feedy facebookowe – istotniejsze, czyt. dla mnie istotniejsze, osób, które cenię, co najmniej za wspólnotę gustów muzycznych czy szerzej, artystycznych – zapoznały mnie z teledyskiem do Run Boy Run. Z ręką na sercu muszę przyznać, że dopiero rekomendacja mojego byłego szwagra zrobiła na mnie największe wrażenie, bo wrzucił klip w tonie właśnie namówienia do obejrzenia, mniej słuchania. Polecił klip jako Film, nie jakieś tam obrazki do Utworu. Pewnie dlatego dziś już staram się słuchać tej piosenki via YT, niekoniecznie jako .mp3. Acz oczywiście później nastąpiły pewne zawirowania osobiste, które kazały mi się utożsamić z tekstem, to inna rzecz, jednak dopiero muzyka w połączeniu z tym właśnie obrazem działa na mnie najbardziej. Druga fala przyszła w marcu, dzięki serwisowi Deezer, który udostępnił odsłuch już w dniu premiery albumu. I wtedy usłyszałam Golden Age. I zwariowałam. Znów nie za sprawą katastroficznego and the Golden Age is over, ale tego, co wyczyniają trąbki po 1:30. Ja jestem nudna, ja jestem wierna, ja kocham trąbki, więc awansem kocham i utwór.

Trochę za bardzo zaufałam sobie wczoraj i skończyłam swoją zagorzałą marszrutę na pograniczu rzędu drugiego i trzeciego, szczęśliwie między ramionami dwóch osób, dlatego widziałam wszystko. Niestety był to ulubiony punkt fanklubu Woodkida, który – fanklub, nie Woodkid – miejscami przeszkadzał w odbiorze i nie tylko dlatego, że piszczał, ale piszczał nie wtedy, gdy powinien. Najważniejsze pytanie wieczoru brzmiało – czy przywiezie swoje trąbki, czy zadowoli się dobrem z komputera. Nie miałabym mu tego tak naprawdę za złe, w końcu to nowicjusz, choć taki mały żal… Ale nie. Przywiózł. Trąbki, puzon i wszystko. Wiedziałam, że nie może być źle. Jego styl bycia ujmuje – chłopak w baseballówce (tym razem nie miałam poczucia, że rzuci się na mnie z nożem, przyp. Bee, wiernej fanki serialu Criminal Minds), t-shircie, flek moro i zarost. Niepozorny taki, nieświadomy chyba do końca, co daje ludziom. Pomimo piszczących (nie piżdżących, Wordzie, tak nie wolno, to nieładnie) fanek bowiem, gdyż starałam się je odseparować z umysłu – było doskonale. Brakowało mu, co prawda, tej siły, co Trickiemu, ale kładę to na karb nieśmiałości; w końcu pierwsza trasa i pierwszy album. Nadrabiał z nawiązką szczerością i skromnością.

Ten zarzut wobec fanek kieruję w momencie wykonywania Brooklyn, kiedy to wykonawca wyznał, iż jest to bardzo ważny dla niego utwór, jako że musiał przeprowadzić się z Paryża właśnie na Brooklyn (this song is very important for me, cause it’s about the place I’m living now, na co fanki Warsaw!; no, nie bardzo), jak i przy I love you, które śpiewane jest przez faceta, przyznającego się w wywiadach, iż nigdy tak naprawdę nikogo nie pokochał, bo wydaje mu się, że nie umie, dlatego – przynajmniej w moim odczuciu – brzmi to drastyczniej, niż w odbiorze piszczących fanek, które wers Whatever I feel for you, you only seem to care about you. Is there any chance you could see me too? ‘Cos I love you odbierają na tandetnym poziomie “chłopak z baru mnie nie chce”. No, nie piszczałam. Słuchałam, z pewnym bólem empatycznym. Przyznam się jednak do jednego dowodu na pociąg tłumu – skakałam przy Golden Age, właśnie podczas trąbek. Bo to było dobre, wyzwalające i szczęśliwe. Tak, wtedy warto się poczuć jak jedność. Podobnie żywe trąbki zadziały na mnie przy Iron, które właśnie dzięki wspomnieniu koncertu przemawia do mnie bardziej. Ustawienie Run Boy Run na koniec uważam za posunięcie mistrzowskie; te gongi zwiastujące coś wielkiego, ostatecznego, ten klimat skłaniający do ucieczki – po którym faktyczna ucieczka miała mieć miejsce – coś wspaniałego.

Z imprezy wyniosłam też – garść bonów, bo, niczym na Openerze, nie można było płacić pieniędzmi, garść zdjęć z Muzeum Neonów, które było darmowe dla uczestników imprezy – choć niektóre były zgaszone, to wg mnie podkreślało to wyłącznie klimat niegdysiejszych czasów a także spotęgowało wrażenie, że mówimy o czymś przeszłym – i limitowaną paczkę żółtych Cameli, bo tylko one były w sprzedaży na terenie. Paczka fajna, quasi papierośnicowa, choć dla zmęczonych bądź zabieganych kompletnie nieporęczna.  Zostanie jako relikt, na pamiątkę bardzo udanych wieczorów.

4.5.13

THE GREAT GATSBY, Ost, 2013

Nie powinno nikogo zaskoczyć, gdy powiem, że w filmie najważniejszy jest soundtrack. Niezależnie przesadnie, czy jest nim kompilacja piosenek czy oddający zazwyczaj trzy czwarte klimatu obrazu score. Uzupełniając swego czasu te wszystkie challenge, z pewną obawą czekałam na pytanie o ulubiony soundtrack, bo tyle tego! Wszak łączy obie dziedziny – muzykę i film, umiejętnie dobrany niejednokrotnie potrafił uratować taką sobie projekcję, o wiele rzadziej a nawet chyba nigdy nie odwrotnie. Ludzie, szczęśliwie, wolą soundtracki omawiać a nie każą mi wybierać, bo jeszcze na potrzeby jakiejś listy internetowej, tworzonej dla zabawy, bez deklarowania się na matkę i honor, wpiszę ten Ghost In the Shell, ale i szybko uciekam po wpisaniu, bo gdybym poświęciła tematowi dłużej niż chwilę, to ctrl+a + backspace byłyby w ciągłym ruchu. Także ten GitS owszem, w silnej czołówce, może pierwszej trójce, ale, jak mówię, stempelka z orzełkiem nie postawię, nie zalakuję i nie wrzucę do butelki na lata.

A skoro już o soundtracku, czy – jak to sobie zwykłam mówić – ości (od OST, proszę nie wnikać, ten typ tak ma) do Ghost In the Shell mowa, to tu jest właśnie ciekawostka ukryta, nauszne potwierdzenie tezy, jaką starałam się przemycić w pierwszym akapicie wywodu. Mi się ten film średnio podobał. Najpewniej dlatego, że mało co z niego zrozumiałam, bo to, że mam dostęp do Internetu wcale nie znaczy, że ja się jakoś wielce znam na temacie cyberczegokolwiek. Nie znam, przyznaję się bez bicia, to i filmu nie rozumiem. Dość oczywiste, że średnio mi się podoba coś, czego nie rozumiem, bo mnie wkurza tym, że tak brutalnie obnaża moją ignorancję. Ale to nie wszystko.
Idąc o krok dalej tym tropem – nie tylko doceniam soundtracki do filmów, które mi się nie podobały, ale jest też cała, jędrna lista muzyki, która posłużyła do obrazów, których nie widziałam. Wtedy jest to po prostu coś w stylu concept albumu. Tak jak niektóre płyty aż się proszą o bycie tłem do nigdy nie powstałych filmów, tak tu jest podobnie. Ot – zgrabniejsze, lepiej działające na wyobraźnię, bardziej przemyślane niż inne. Np. nieśmiertelne Social Network Reznora & Atticus Rossa, które całkowicie bezproblemowo sobie wielbię, bez oglądania filmu. Najpierw nie obejrzałam, gdyż mnie opis fabuły nie przekonał, zachwyty nad obrazem nijak nie stanowią dla mnie argumentu – a bo to pierwszy film, co się wszyscy w pas mu kłaniają, a ja nie? Proszę. – a później z wrodzonej przekory; dzięki temu mogę pisać dziś, że istnieje soundtrack do filmu, którego nie widziałam. Podobnie jest w przypadku płyty, która sprowokowała całe to spotkanie, acz tu obejrzę, zrobiłabym to już dawno, gdyby było co. Szczęśliwie mogę sobie posłuchać już na dwa tygodnie przed.

Powstrzymam się przed wieloma wersami, w których zawarłabym kilka peanów nad zmysłem Baza Luhrmanna do dobierania sobie fantastycznych kombinacji piosenek do swoich filmów – powiem tylko, że mam do niego bezgraniczne zaufanie w tej kwestii, póki co, niczym nie zachwiane. Z filmami faktycznymi różnie bywało, bo takie Moulin Rouge! mnie nie łechce, ale zawsze chętnie dotrwam do końca, by sobie posłuchać, wszak muzyki nigdy za wiele, a dobrej to już w ogóle. Romeo + Juliet zaś biorę w całości, bo na zawsze zmienił moje spojrzenie na czerwone kabriolety i słowo rapier, który naprawdę ciężko mi sobie dziś skojarzyć z bronią białą miast czarną. Co do muzyki zeń, to jedna z tych, które podsuwa mi pamięć, gdy mam wybierać najlepszą ze znanych. Nie sposób przejść obojętnie wobec płyty, która niesie z sobą jedyny utwór Radiohead, który do tej pory mi się nie znudził – właśnie dlatego, że mam przed oczami piaski pustyni Meksyku (bo tamże film był kręcony, acz szekspirowska – a zatem i luhrmannowska – fabuła mówiła o włoskiej Mantui).

W przypadku Wielkiego Gatsby’ego muzyka broni się sama (tak, też dlatego, że nie mogę mieć jeszcze niczego przed oczami… 17 maja, 17 maja, 17 ma..), choć rękę Mistrza słychać, bo w kilku przypadkach wątpię, by komu innemu udało się przekonać mnie do przychylnego spojrzenia na wykonawcę.
Już na wstępie zaskoczenie – Jay-Z i jego 100$ Bill (real!). Co prawda z wiekiem przekonuję się do pokonywania własnych uprzedzeń i staram się nie myśleć o raperach pokroju Jaya, jako o rekinach finansjery, którzy zatrudniają do klipów i do przyczep po godzinach pięć cycatych ślicznotek, które wiją się w ich złotych łańcuchach, bo wtedy nie miałabym żadnego interesu w zainteresowaniu muzyką, jaką zwykli two… produkować. Odżegnuję się od post-pudelkowej myśli, że to mąż Beyonce – o której zresztą zaraz – który chyba nadstawiał swój kark za karierę Rihanny, która wybitnie nie wpisuje się w moje rejony. Słowem – w każdym innym przypadku nie napisałabym pochlebnego słowa o Jayu-Z, bo nie przeszłoby mi przez myśl. No chyba, że pieczę nad sytuacją przejął Baz, bo, zakładając, że 100$ Bill powstał na potrzeby filmu, to wyłuskał z Jaya co najlepsze. Ten rasowy gangsta klimat się udziela, choć nie wiem, czy zaufam mu na dłużej – wolę, skoro już, chłopaków z ulicy niż kastetowych pimpów z Miami Club rodem.
W przypadku jego połowicy, już teraz chyba księżniczki r’n’b, Beyonce Knowles, jest troszkę gorzej, bo się wraz z Andre 3000 mierzą z coverem, a te bardzo rzadko są, w moim uchu, lepsze od oryginałów. Co prawda Nie Płakałam Po Amy Winehouse jakoś przesadnie rzewnie, wszak trzeba było iść na ten rehab, ale głos miała, to jest poza sporem. I jej Back to Black ciężko będzie podrobić. Zwłaszcza, że Beyonce kasę tłuc może i umie, ale z tymi jej dokonaniami, to różnie bywało i bywa. W przeciwieństwie do…
Fergie. Teoretycznie powinnam odnotować kolejne zaskoczenie, bo nigdy się nie przekonałam do przekonujących mnie z kolei, że Black Eyed Peas było czymś, co trzeba zgłębić, ale mieli na stanie mocny akcent w postaci Fergie właśnie. Jest kilka takich wokalistek w muzyce popularnej, jak Christina Aguilera na przykład, które stanowią dla mnie nieodżałowaną stratę potencjału. Który potwierdzał swoje istnienie za absolutnie każdym razem, gdy wrzucono je w inne, niż lansowana, konwencje. Był taki film, który chyba przeszedł bez większego echa – Burleska, gdzie Christina gra bodaj kelnerkę, która – wzorem wielu scenariuszy – staje się gwiazdą piosenki. To jest zresztą kolejny film, z którego muzyka więcej jest warta niż on sam. I właśnie w nim słucha się jej z nieskrywaną przyjemnością, wyciąga ten swój mocny aparat na o wiele szersze granice, niż oczekują od niej firmy fonograficzne. Podobnie zresztą – żeby tak ładnie wszystko spiąć klamrą – w Luhrmannowym Moulin Rouge! Do dziś, choć cenię każdy moment nowej wersji Lady Marmalade, niecierpliwie czekam na wejście Aguilery. Nagrywała też zresztą z wielkim Hancockiem. Ale miało być o Fergie, prawda. Więc był taki film Nine, w którym nie tylko Fergie grała (wymieniona pod swoim prawdziwym nazwiskiem, Stacey Ferguson), ale przede wszystkim śpiewała. Nareszcie śpiewała, bo w Black Eyed Peas, to nie jestem pewna, co robiła, niemniej nie przypominam sobie, by miała za dużo okazji do prezentowania swoich możliwości. I dla Wielkiego Gatsby’ego też, na szczęście, śpiewa. Oczywiście, przy wsparciu (choć kto kogo?) jakiegoś hip-hopowca, ale na milion takich duetów ten można po stronie pozytywów umieścić.
Kolejny przystanek zrobię dla Lany. Po pierwsze dlatego, by odnotować sytuację osobliwą, gdy słuchając piosenki mam wrażenie, że już to gdzieś kiedyś… i łapię się, że na Zupie. I nie, nie słyszałam ją na Zupie a tamże widziałam cytaty z tej piosenki. Boże, widzisz i nie brzmisz. Ale spokojnie, to jedyny zarzut jaki mam. Wszak po drugie – z nią jest trochę jak z tym Jayem-Z. Nie nabrałam się nigdy tak do końca na ten jej retro-vintage-instagram wizerunek, zwłaszcza, że pech chce, iż usłyszałam jej wykonania live, które są w moim poczuciu testem najważniejszym. Obu nie przeszła, więc do dziś lubuję się w jej dwóch piosenkach (Video Games i Blue Jeans), ale nigdzie dalej. Że o piosence, w której jest wers my pussy tastes like Pepsi Cola nie wspomnę, bo to jak z małpo-Jezusem. Miało być zabawnie, pewnie ironicznie w jej mniemaniu, a wyszło badziewiowato. Tyle o samej Lanie. Inaczej rzecz ma się z piosenką Young and Beautiful, która w sąsiedztwie energicznych, radosnych kawałków, wypada miło, przekonująco, właśnie taki przystanek na oddech stanowiąc, nie jest do tego pretensjonalnie pompatyczna, jak większość jej dokonań, a że płacze trochę, to chyba u niej norma, więc chwała, że nie bardziej.
A skoro już jam przy okiełznanej pompatyczności, to tu wchodzi Florence Welch z Maszyną. Ona to jest dla mnie taki trochę Paulo Coelho, z przerostem formy nad treścią, co do prostych treści zaangażowałaby pewnie pół filharmonii i się na to słuchacz łapie, mając budujące wrażenie, że słucha Czegoś. No i niech ma, co mu mam radość odbierać, niemniej pozwolę sobie nie podzielać. Tak jak są wykonawcy, którzy ujmują swoją skromnością, bezpośredniością, naturalnością, to ona tego wszystkiego nie ma. Jedyne, co ma, to talent do robienia z igieł wideł i faktycznie, jest to świeże. Ale nie jak wiosenny deszczyk, tylko cały wodospad, dlatego mnie przytłacza na dłuższą metę. Niemniej znów, jak w przypadku Lany, wzięta w karby, przykrojona, brzmi przyjaźnie całkiem.
A żeby to wszystko, co piszę, miało ręce, nogi i tułów, to z Over the Love przejdę do Crazy In Love, pod które będę mogła jeszcze podpiąć wątek Beyonce, bo to jej kawałek przeto. Cover za cover, hm? Więc lepiej nas – nie my w tych przypadkach. Jak Beyonce cover się nie udał, tak Emeli Sande z jazzującą orkiestrą Bryana Ferry’ego jak najbardziej. Tu się nie trzeba przesadnie rozpisywać, kocham trąbki, kocham jazzowe trąbki, więc mnie podeszli sprytnie, chapeau bas.
Z Gotye sprawa jest prosta – ten teledysk jest ładny. I nie dam się wmanewrować w kolejną dyskusję o panu od Somebody That I Used To Know, bo szczęśliwie to gdzieś odeszło w zapomnienie i niech tam siedzi.

And now, ladies and gentlemen, fanfary! Na sam koniec tego przydługiego dość tekstu, acz bynajmniej nie przydługiej płyty, zostawiono mi – a przez to ja też musiałam poczekać – najlepsze. Więc szkoda, jeśli ktoś tu nie dotarł, bo panienka będzie się zachwycać teraz. Mr White, Jack White.
Nie umiem, nie lubię i nie chcę się porywać na używanie określeń głos pokolenia, idol, bohater, ikona, etc, ale gdybym już się miała pokusić, to on, właśnie on, tylko i wyłącznie – on. Ja gościa po prostu uwielbiam, jak kiedyś kochałam się w Vedderze i to za całokształt, czyli za muzykę, którą tworzył, jak i za to, co tworzył w przerwach od tworzenia muzyki, tak teraz kocham się w Jacku. Od White Stripes po Dead Weather, przez Raconteurs i Greenhornes, od duetu z Alicią po duet z Beckiem. Mój ci on! Wszystkie jego projekty, wszystkie wywiady, wszystkie pomysły, idee i eksperymenty biorę w ciemno. To jest po prostu osobowość. Jak rzadko, obecnie jeszcze rzadziej, spotykana – osobowość. Staję za nim murem i wiem, że czego by się nie dotknął, to zamienia się w złoto, a fakt, że wychodzi mu to całkowicie naturalnie i nie pretenduje przy tym do żadnej roli, to tylko powiększa jego zasługi. Także ten mój idol scoverował U2, o tu i zrobił to tak, że padam rozmodlona. I nie ma, że fałszuje, że coś nieczysto, że przesterowane, nie ma. A jeśli jest, to tak miało być. Ulizane, mydłkowate U2 się niech schowa za Edgem (tak, nawiązuję złośliwie do Będzie Głośno, gdzie spotkali się obaj panowie i Edge, wirtuoz, wypadł blado przy Jacku, geniuszu), bo to tu mam do czynienia z prawdziwą emocją, muzyką i… ok, no, skłamałabym mówiąc, że Edge nie ma talentu, bo ma, ale talent White’a wpisuje się w całość, jaką stanowi jego osoba, a Edge na talencie się kończy. W sumie nawet gdyby Jack grać nie umiał, to by był w stanie to sprytnie ukryć, zatuszować a nawet zrobić z tego swój atut. Tak myślę. Może bezkrytycznie, ale o boże, jak dobrze, że w tym całym, cuchnącym hipokryzją i dolarem środowisku mam kogoś, względem kogo mogę być bezkrytyczna. Lepiej względem White’a niż chłopca z boysbandu.

I to w sumie tyle. Czekam, o wiele chętniej, acz w takim razie, to już niecierpliwie, na film. Bo bez muzyki już wypatrywałam o głodzie.

28.4.13

MOSQUITO, Yeah Yeah Yeahs, 2013


Budowa przeciętnego albumu z gatunku rocka, powiedzmy, alternatywnego (choć jest to dla mnie dość absurdalny wykwit, wszak rock z definicji miał być alternatywą dla muzyki popularnej) wygląda następująco:

·         1-3 hit [zatytułowany najczęściej tak samo, jak płyta, acz w przypadku płyt debiutanckich opatrzone są nazwą zespołu bądź nazwiskiem solowego wykonawcy]
·         4-6 formy pośrednie, czyli jeszcze nie hit, ale z potencjałem bycia owym, zasada niepisana mówi o utworze piątym – najczęściej jest to coś fajnego, co potem zostaje faworytem słuchacza, moim w każdym razie zwykle owszem
·         7-11 mało istotne utwory nijakie, mające pełnić rolę zapychaczy prowadzących do…
·         12 ckliwa ballada, która udatnie zamyka całość, często nieprzyzwoicie długa, może z jakimś instrumentem smyczkowym, wyciskacz łez i w ogóle song to say goodbye, sniff

Jest to, rzecz jasna, umowny podział, jakieś drobne przetasowania są jak najbardziej wskazane – wtedy można odnieść wrażenie, że płyta jest innowacyjna, ale wtedy numer pierwszy powinien zawierać tajemnicze intro. Zabawne jak niewielu konsekwentnie dodaje później outro.

To było w roku… nieomylny Last podpowiada, że 2006. Dziewięć lat temu, jezusie. No nic, nad szybkim upływem czasu poubolewam kiedy indziej. W takim razie dziewięć lat temu, przy pomocy mojej nieocenionej niegdysiejszej znajomej, która wpływ na mój rozwój muzyczny miała przeogromny i choć pewnie już biłam w jej kierunku pokłony na niniejszych łamach, to uczciwie będę robić to dalej, poznałam Yeah Yeah Yeahs.
W tym czasie mieli już na koncie dwie płyty – debiutanckie, łamiące konwencję powyższego schematu, Fever to Tell, na którym nie znalazł się żaden utwór zatytułowany Fever to Tell ;) i Show Your Bones. Zyskały moje uczucie i dozgonną lojalność właśnie tym, że wyłamywały się z kanonu – obie stanowiły energetyczne bomby, mniej było przemykania się po kolejnych minutach bez wyrazu, więcej nieposkromionych dopalaczy. Słuchałam obu ciurem, na okrągło niemalże, zadowolona wielce, że wreszcie udało mi się znaleźć grupę, która nie zwalnia tempa a jeśli już – chociażby osławione przez wszystkie indie seriale Maps, bardzo urodziwe wyznanie miłości zawierające, wszak nie poniewieram wszystkimi jak leci, fakt, większości, ale dlatego, że nie brzmią tak bezpretensjonalnie, jak to tutaj – to robi to z klasą, pomysłem, bez ściemy.

Zespół przyniósł też światu muzycznemu fantastyczną Karen O, która, podobnie jak Alison Mosshart aka VV z The Kills, wspomogła swoim wokalem wielu muzyków, wyrabiając sobie na tyle mocną pozycję, że już później mało kto się przyglądał reszcie zespołu – była Karen, było dobrze. I w ten sposób narodził się cover Immigrant Song, nagrany z Reznorem i Atticus Rossem na potrzeby soundtracku do Dziewczyny z Tatuażem.

Mogę wzbić się na szczyty tolerancji i zrozumieć, że po takim starcie i tej klasy obietnicach, ciężko było Karen i chłopakom ciągnąć dalej wózek pod tak wysoką górę, dlatego It’s Blitz! już nie było tej samej jakości, co poprzednie nagrania, niemniej wciąż określać je można było mianem przyzwoitego. Zaczęły się, co prawda, pojawiać pewne dysproporcje w dotychczasowym rozkładzie utworów, bliżej było YYYsom do typowego albumu rockowo-alternatywnego, ale wciąż stała za tym ich sztandarowa jakość.  Takie chociażby Hysteric czy Heads Will Roll. Tak do połowy trzyma poziom.

Zrozumieć jednak nijak nie mogę tego, co stało się na Mosquito. Może to kwestia tego, że znajduje się tam utwór Mosquito i to już, zgodnie z zasadą, w pierwszej trójce?... Nie no, żartuję, to chyba nie przez to. Prędzej przez fakt, że ta płyta jest absolutnie nijaka. Zmęczyłam ją, choć siebie bardziej, w pracy kilkakrotnie, próbując się przekonać, coś z niej wyssać, ale upewniłam się tylko, że ewentualne serduszka, jakimi obdarzyłam na Laście kilka utworów – chyba ze dwa, trzy w porywach, na jedenaście; w przypadku Fever to Tell i Show Your Bones to dwa, trzy pozostały nieometkowane, takie proszę państwa są proporcje – wynikają raczej z zastosowania zasady inż. Mamonia, co to lubi piosenki, które już słyszał. Jeśli słuchasz płyty piąty raz w ciągu tygodnia, to nie tyle przekonujesz się do niej, co przyzwyczajasz. Kiepska refleksja dla artysty, jak sądzę.
Tak szczerze, z ręką na uchu, to polecić mogę Buried Alive, nagrany przy współudziale rapera Dr. Octagona a wyprodukowany – i w tym dopatruję się sukcesu – m.in. przez Jamesa Murphy’ego [tego do LCD Soundsystem i połowy wykwitów wytwórni DFA Records, z którymi sympatyzuję od lat]. Reszta albumu dzieli się na złe, nijakie, mniej złe, ujdzie. Nadto składa się w większości z tego, z czego płyty składają się w mniejszości – właśnie takich nużących zapychaczy. Gdzieś w odmętach pamięci krąży mi Wedding Song, które biedne pada ofiarą znużenia słuchacza, bo może w innym układzie, innych okolicznościach, może na płycie, nad którą ktoś by posiedział chwilę nim puścił ją w obieg, można by powiedzieć, że o, ładne zamknięcie. Tymczasem tu pozostaje westchnięcie ulgi, że wreszcie koniec. Bez sensu.

Skoro już czekali cztery lata z nagraniem albumu, to trzeba było choćby i sześć wytrwać, ale nie nagrywać czegoś tak bezpłciowego. Nawet Karen tu nie pomoże. To jest album spod znaku No No Noes.

A szkoda, naprawdę, cholera, szkoda.

20.4.13

Record Store Day


Oddali mój gramofon. Oddali, jak psa. Jak koszulkę z flanelami i Indianką. Urosłaś, wyrosłaś, niepotrzebne Ci teraz. Oddali też moją kolejkę, acz to było swego czasu nieco bardziej zrozumiałe. Choć dziś już mniej – co trafię do domu z dziećmi, to sprawdzam czy mają kolejkę i proponuję im… ok, sobie, przejażdżkę.

Oddali myśląc, że skoro teraz już słucham z kaset, to gdzie mnie zainteresować winylem. Nieprawda. W szczelinach między niektórymi meblami leżały sentymentalnie złożone płyty – głównie zapisał mi się w pamięci Hancock ze swoimi Head Hunters.

I choć można przyjąć, że faktycznie – mając siedem lat (góra osiem, wszak wtedy z pewnością owo przekazanie darów nastąpiło) nie docenię potencjału wielkiego pudła z pokrywą i igłą, to nie minie chwila a zacznę się rozglądać. Zwłaszcza, gdy miałam kilka płyt w domu.

Na swoją obronę mam nader chętne słuchanie muzycznych pocztówek. Tak, to, o czym dziś czytuje się na fanpage’ach Peweksu, jest mi dobrze znane. Mogę mieć jedynie wątpliwości czy pochodziły one z czasów młodości rodziców czy załapałam się jeszcze na nowe, ale pamiętać – pamiętam, słuchałam. Wyglądało to faktycznie, dość pociesznie, gdy na wielkiej płycie gramofonu, przeznaczonej wedle średnicy, do nośników szerszych, kręciła się prostokątna, drobna pocztówka, ale dźwięki wydawała. Jeszcze wtedy mniej raziła jakość pocztówki czy kasety a, powiedzmy, kasety a mp3, także brzmiało dość swojsko. Ale może rzeczywiście, to była jedna z pierwszych różnic pokoleniowych. Czy wiesz, że słuchało się muzyki z kartek?

Oddali nie mając pojęcia, jak kilka lat później na poły rozczulać i irytować mnie będą półki w muzycznych sklepach, gdzie stały całe płachty winyli, ze świadomością, że nie mam ich na czym odsłuchać. I nie dotyczyło to, wbrew pozorom, muzycznych staroci wyłącznie – wielu lubianych przeze mnie artystów (mi) współczesnych wydawało na kasetach, CD i winylach właśnie. A ja nie miałam mieć z tego żadnego pożytku. Hipsterzy i moda na vintage pojawiła się później.

Oddali, a ja dziś siedzę i skręca mnie w środku, gdy Jess zabiera Rory na randkę do sklepu muzycznego i przerzuca między palcami płyty winylowe, które płyną z lekkością, bez stukotu plastiku, nie zawsze wielkość oznacza jakość, ale tu istnieje ta szansa. Ta potęga czarnej płyty coś obiecuje, mimowolnie.

Oddali, gdy słucham jakichś przebojów hip-hopowych w których wykorzystano scratchujące sample staroci. Które mam w domu, których mogłam słuchać, byłam tak blisko.

Zabierają mi piec podobny do bramy tryumfalnej!!
Oddajcie mi gramofon podobny do bramy tryumfalnej!!!

14.4.13

SHAKING THE HABITUAL, The Knife, 2013

Gdy przychodzi do rozmowy o różnicach między światem wirtualnym a rzeczywistym, na jeden z pierwszych planów wybija się kwestia muzyki i to nie tylko w skali upodobań, ale i stopnia znajomości. Oczywiście świetnie sobie zdaję sprawę z czego to wynika, że znajomych wirtualnych wybieram sobie sama a realnych to prędzej najmniejsze zło, niemniej te różnice są porażające nieraz w swoich rozmiarach.
I tak jeśli spytam kogokolwiek z Internetu o The Knife, to - poza kilkoma wyjątkami - wejdziemy w temat jak w masło, rozwiniemy kwestię płyt, utworów, powymieniamy się wrażeniami po odsłuchaniu ostatniego wydawnictwa, napomkniemy - bo i nie da się nie - o Fever Ray i będzie po sprawie. Jeśli jednak pójdę jutro i zagadnę, choćby tego kolegę, co go wychwalam pod niebiosa, bo wie kim są Garbage, Tenacious D i wszystkie inne, wiodące zespoły niedyskotekowe, to będę musiała się uciec do nieśmiertelnej reklamy z piłeczkami. Wcale się nie wyśmiewam, urodziwy to spot, Heartbeats Gonzaleza jak najbardziej miłe dla ucha, w tamtych czasach - w tych w sumie też - natrafienie na reklamę, która nie tylko nie była opatrzona głupkowatą pioseneczką a wręcz taką, która budzi zainteresowanie, to było coś, dlatego to nie o zło reklamy chodzi. Rzecz w tym, że oryginalna wersja się trochę jednak różni i muszę dokonywać całej operacji - najpierw przypomnieć komuś tę reklamę a potem no, to teraz w ogóle o niej zapomnij, bo to, co zaraz usłyszysz, ma się do niej nijak. I widzę to spojrzenie pt. o co Ci w takim razie chodzi, co mi zawracasz głowę jakąś reklamą sprzed x lat, skoro i tak mówisz, że... eee, to to jest TA piosenka??! Ano jest. Choćby i najbardziej kolorowe piłeczki przy niej bledną.


Dlatego już się nawet nie będę porywać na sprzedawanie im Shaking the Habitual, bo mnie całkiem od czci i wiary odżegnają. Bo to jest płyta dziwna, co tu dużo kryć. Nie zaskakująco dziwna, gdyż mając w pamięci dokonania wspomnianego (wspomnianej?) Fever Ray, to można się było spodziewać wycieczek w tę stronę, niemniej łatwo nie jest. Jeśli podejdzie się do dyskografii Knife dwutorowo i na jednym umieści The Knife, Deep Cuts i Silent Shout, by na drugim znalazł się soundtrack do Hannah med H i Tomorrow, in a Year, będący operą, to Shaking... wesprze osłabioną dwójkę.
Autor tego tekstu uskarża się na warstwę tekstową i chyba na tym polega jego błąd - tu nie o teksty, na boga, chodzi. Słucham tej płyty właśnie czwarty czy piąty raz, poprzednie odbywały się via słuchawki, dzięki czemu nic mnie nie rozpraszało a mimo to muszę się bardzo nagimnastykować, by usłyszeć jakikolwiek tekst. A co dopiero go zrozumieć, bo rodzeństwo po staremu - wykorzystuje głosy jak kolejny instrument, manipulując przy nim do granic możliwości. I tak się gimnastykuję i mi wszystko po drodze ucieka i się irytuję, bo nie słyszę, a jak już usłyszę, to nie rozumiem i wtedy idę szukać transkrypcji, co z kolei mnie wytrąca ze stanu skupienia na tym, co słyszę i wtedy rzeczywiście - płyta jest do dupy, bo jeszcze do tego wszystkiego w cholerę długa.
Albo mogę machnąć ręką na tekst, założyć że, niczym Tool, podają przepis lub czytają nazwy stacji metra i rozkoszować się dźwiękiem, czyli chyba tym, o co twórcom chodziło, bo by się raczej nie angażowali w dwudziestominutowe kolosy, gdyby mogli przedstawić treść w minutach pięciu. Kto wie, może zamknęliby się w 3:30 i wtedy puszczaliby ich w radiu?...

Zmuszona jestem się cofnąć do roku 200?, acz nie wcześniejszego niż 2006, bo wtedy wydane zostało Silent Shout, którego rzecz dotyczy. Zaopatrzyłam się w nią na fali tej przeklętej reklamy z piłeczkami, gdy wraz z koleżanką, chciałyśmy przyswoić sobie nagrania zespołu. Przesłuchałam dwa razy, wcale mi się nie spodobała i zostawiłam na dysku z lenistwa. Gdy po kilku miesiącach zebrałam się w sobie do porządków, włączyłam ją jeszcze raz, tak na wszelki wypadek, coby sumienie było czyste przy wyrzucaniu. I wpadłam po... uszy, no właśnie. Dlatego nauczona doświadczeniem, dałam Shaking... dojrzeć, słuchałam w tygodniu po raz dziennie, zauważając przy okazji, że w warunkach domowych się nie nadaje, bo tu co chwilę ktoś coś chce, ja muszę pauzować albo właśnie zostawiam w tle, wracam i już kompletnie do czego innego niż to, gdzie ją zostawiłam. A słuchana w systemie kompaktowym, za jednym zamachem, okazuje się być bardzo, tak naprawdę, spójna. W tym szaleństwie nieskoordynowanych dźwięków, przesterowanych wokali, eksperymentalnych sekwencji czy wręcz przeciwnie - pojedynczych, wyłamujących się z transu odgłosów, jest metoda. Póki co wszystkie serwisy z klipami wykazują się bolesnym ubóstwem na okoliczność tej płyty - cóż, oficjalnie ma wyjść dopiero za dwa tygodnie ;) - więc nic nikomu nie powie, że Without You My Life Would Be Boring przypomina mi Neon, że końcówka Raging Lung brzmi jak żywcem wyjęta spod rąk wielkiego Trenta, powiedzmy z okresu Greater Good a wspomniana dwudziestominutówka - Old Dreams Waiting To Be Realized - wcale nie brzmi na swoje 20 minut, tylko śmiało sobie wchodzi między wódkę a zakąskę, nie czyniąc żadnej szkody.

Płyta jednak dostępna w Sieci jest - co najmniej dzięki Deezerowi i Spotify, ale z każdym dniem przybywa stron oferujących darmowy odsłuch, nie wspominając pewnie o zagłębiu torrentowym.

Mówi się, nie wiem czemu, że to Płyta Roku. Nie wiem też, czemu ubolewa się nad tym, że Płytą Roku jednak się nie okazała. Tak naprawdę rok nawet na swoim półmetku nie jest, więc spokojnie, jeszcze sporo przed nami. A płyta jest zwyczajnie dobra. Co już i tak jest osiągnięciem.

14.2.13

A dziś

będzie okolicznościowo,
ale nie o TYM.

a o TYM:














czyli czy ja kiedyś mówiłam,
skąd ta dziwna nazwa bloga?

tak jak nick - od piosenki.
bo tak naprawdę najlepiej
i najbardziej
mnie dopełnia muzyka
i jeśli mam się gdzieś wyrażać w sposób najbardziej mój,
to muzyką i nawiązaniami do niej najlepiej.

*

i właśnie dziś się dowiedziałam,
że będą, przyjeżdżają,
po latach się doczekałam.

także przez następne kilka dni mam w planie
być najszczęśliwszą fanką pod słońcem.

* tak po prawdzie, to powinien w takim razie być t-s-a-a-p-s, ale jakoś mi to nie wyglądało. 
a różnica niewielka w znaczeniu

24.6.12

So listen to the radio.

To właściwie jest kolejny już przykład na ironię czasu.

Jako dziecko oglądałam sporo telewizji, zwłaszcza zanim zaczęła mnie obowiązywać edukacja. Budziłam się rano, siostra już była w szkole, ojciec w pracy, więc siadałam a to na kanapie, a to - częściej - na podłodze i tak na kilka godzin. Młody wiek, a do pewnego czasu też fakt niezrozumienia większości komunikatów, które do mnie zza szklanego ekranu docierały, sprawiły, że specjalizowałam się w kreskówkach i serialach. Seriale były amerykańskie bądź australijskie - jakiś wysyp był Heartbreak High-podobnych tworów - ale formuła sprawiała, że niespecjalnie musiałam łapać, co mówią albo o czym, dało się z ciągłości wydarzeń wywnioskować. Kreskówki natomiast były albo angielskojęzyczne - Cartoon Network nadawali tylko po angielsku, nic nie rozumiałam, ale no gdzie jak gdzie, ale dialogi w kreskówkach są najmniej istotne, chodziło przecież o to, czy złapie czy nie złapie, bądź czy trafi go wreszcie tym kowadłem. Chyba do dzisiaj nie trafił. - albo japońskie, dostarczane przez Polonię 1. Te wszystkie Smerfy Kubusie Puchatki leciały w paśmie dobranockowym, a nie o nim mowa.
Rzecz w tym, że za absolutnie każdym razem, gdy ojciec wracał z pracy, to mnie beształ pt. znowu cały dzień oglądasz to guano? Nie znosił zwłaszcza tych japońskich, może dlatego, że na nie trafiał najczęściej, kwestia godzin. radia byś sobie posłuchała, tam jest tyle ciekawych rzeczy, tyle muzyki, słuchowisk.
Oczywistą reakcją była moja obawa przed radiem. Bałam się go jak ognia, zawzięta byłam i ostentacyjnie wychodziłam z pokoju, gdy je włączał. Żeby mu udowodnić, że mi może naskoczyć.
Zresztą koncepcja siedzenia godzinę przy pudle, w którym nic się nie rusza - nawet RDS-u nie było - słuchanie ludzi, którzy na bank nie istnieją, bo ich nie widać - w końcu zaglądałam do słuchawki w aparacie na korytarzu, gdy dzwonił ojciec - wydawała mi się kompletnie absurdalna, zarezerwowana tylko dla nudnych dorosłych. Po latach okazuje się, że poniekąd miałam rację, no ale mniejsza o to.
Z czasem, pod wpływem siostry i ojca, zaczęłam sięgać po kanały muzyczne, najpierw nadające Britney Spears i Spice Girls, potem rocka. Kolejny powód, dla którego radio było mi zbędne.

Bawi mnie to o tyle, że teraz, gdybym zapytała ojca o radio, to spojrzałby na mnie z niesmakiem. No, chyba, że rzecz dotyczyłaby Tok.fm bądź Trójki. Choć tej ostatniej to też tylko w piątki wieczorem.

Mój stosunek do radia zmienił się pod wpływem dwóch wydawnictw - po pierwsze słuchowiska Ania z Zielonego Wzgórza, których to kaset słuchałyśmy z Gośką całymi dniami a po drugie dzięki odnalzionej w domu książce, będącej zapisem innego słuchowiska - Kocham Pana, Panie Sułku, historyjki krótkie, dowcipne... i bezdźwięczne. Zarówno okładka książki, jak i rodzice, podpowiadali mi, że rolę pana Sułka grał Kowalewski a pani Elizy - Lipińska, acz nie Olga.
I tak zaczęłam słuchać radia. Nie mogąc doczekać się godzin, w których nadawano by jakiekolwiek słuchowiska, zyskiwałam orientację w ofercie muzycznej, kotwicząc się na Radiostacji Harcerskiej i właśnie Trójce. O istnieniu Zetki a potem Eski dowiedziałam się pod wpływem znajomych, co spowodowało pewną wyrwę w moim, w miarę określonym, guście muzycznym, ale kładę to na karb rozwoju. Kasety ze składankami letnimi wyrzuciłam, więc sza.

Radia, jak wiadomo, najlepiej słucha się w nocy. Wtedy bowiem nie ma żadnych prowadzących i leci playlista, zostawiona w pustym pokoju - pamiętam, gdy podczas trwania jednej z audycji nocnych zacięła się płyta i nie było nikogo, kto mógłby ją przestawić. Przez całą noc leciało wonder-wonder-wonder-wonder-wonder-wonder..., które nigdy nie doczekało się ...ful. Pewnie po godzinie się wpadało w jakiś trans, ja tylko sprawdzałam, czy wreszcie ktoś to zmienił, aż w końcu usnęłam - względnie prowadzący jacyś są, ale śpiący, więc mówią niewiele, a to co mówią, jest krótkie i wypowiadane tonem, jakby sami śpiewali w stylu lounge

Mam za sobą, tak jak wszyscy, etap zgrywania piosenek i audycji na kasety.

A potem zaczął się Internet. KaAzY, eMule, DC++, wszystko, co pozwalało nie zdawać się na łaskę radiowców, dlatego częściej amplituner służył mi do podkręcania mocy dźwięku płynącego z komputera, niż jako źródło nieistniejących ludzi, których się tylko słyszało.

Co do słynnej Listy Niedźwiedzkiego, to jestem i byłam z nią na bieżąco najczęściej z powodu architektury. Ojciec słuchał, ja po kilku tygodniach odpadłam, kiedy zdałam sobie sprawę, że tam się niewiele z tygodnia na tydzień zmienia, więc wystarczy mi odsłuch zza ściany i skupienie w okolicy miejsc - i godzin - w których słyszałam lubiany kawałek. Słowem - tej listy jest sens słuchać minimum raz w miesiącu, jeśli chodzi o muzykę, a nie fascynację Helen czy humor dziarskiej Aliny.

Powrót do kwestii radiowej nastąpił wraz z podjęciem przeze mnie pracy, kiedy to musiałam się też pogodzić z małym, srebrnym prostokącikiem, wyposażonym w lichą antenkę, co nijak nie przeszkodziło pudełeczku emitować dźwięków sponsorowanych przez Eskę, Zetkę, RMF a w skrajnych przypadkach - RMF Maxxx.
Zdając sobie sprawę, choć nie bezkolizyjnie, bo to było jak nagły skok na głęboką wodę, po latach przebywania w towarzystwie, z którym głównie łączyły mnie podobne gusta właśnie muzyczne, że niewątpliwie jestem w mniejszości, zlękniona nieco krótkim stażem, postanowiłam nie walczyć, a oswoić wroga. Podejść do sprawy taktycznie, żeby nie zwariować. Wsłuchać się w to, co mnie przez osiem godzin dziennie otacza i może nie tyle znaleźć sobie faworytów, bo to przecież niemożliwe, co wyszukać najmniejsze zło.

O tym, jak nikłe miałam pojęcie o stanie muzyki rozrywkowej, po latach życia w ambitniejszym brzmieniowo getcie, niech świadczy fakt, że przez pierwsze dwa dni wszystko, co słyszałam, było mi nieznane. Po dwóch dniach już znane było, gdyż tam leci w kółko piętnaście tych samych piosenek, które zmieniają się nieznacznie co sezon, ale przez dwa dni pikselowe twarze z Pudelka zyskiwały głos. Dane mi było odkryć, co ma w ofercie, poza cyckami, Katy Perry, Lady Gaga, Rihanna, kim są Jonas Brothers, z zaskoczeniem wyłapywałam pierwsze akordy znanych mi świetnie piosenek, do których chwilę potem dołączano uporczywy bit, serwując mi hity młodości w wersji okrutnie zremiksowanej. Tak jak najbardziej po chamsku, topornie, bezsensownie. Myli się bowiem ten, kto uważa muzykę elektroniczną, jak i jej akcenty, nawet w postaci remiksów, za zło całościowe.
Wybaczalne, bo kiedyś sama wychodziłam z podobnego założenia, ale na szczęście wyrosłam, co radzę wszystkim, gdyż wiele rzeczy może nie tyle, że mnie ominęło, co spóźniłam się z odkrywaniem o kilka lat. W każdym razie - da się znaleźć udany remiks. Ba, część z nich bazuje na już elektronicznych oryginałach. Naprawdę da się.
No ale nie tu. Tu to można tylko zarobić połamanie rąk i kilka wyrwanych włosów, gdy się słyszy te upiorki.

Ukojenia szukałam w sobotach, kiedy to znajdowałam się w pokoju albo całkiem sama albo z koleżanką, która często z niego wychodziła, a w ogóle to przychodziła o wiele wcześniej ode mnie, więc i wychodziła równie wcześniej, co z miejsca stawiało mnie naprzeciw srebrnego prostokącika, celem zmiany stacji. Niestety zmieniała się tylko muzyka, nie system piętnastu piosenek. Oczywiście, że lepiej, gdy przychodzi siedem razy dziennie słyszeć Green Day czy nawet Led Zeppelin niż odzyskaną z depresji Britney, ale też można cholery dostać.

Przy okazji chciałabym napomknąć o przypadku Gotye. Zapewne moje podejście nie różni się zbytnio od podejścia większości tych, którzy niespecjalnie sobie cenią jego one hit dlatego oto, co następuje - tu nie chodzi o wartość piosenki, bo jest równie nikła, co reszty, dlatego tak by umarła w morzu. Rzecz w tym, że ona była wszędzie.
Normalnie, gdy miałam dość danego stylu, gatunku, repertuaru oferowanego przez daną stację, to sobie zmieniałam na inną, ale od niego nie dało się uciec i to było uciążliwe.
Choć działa to w dwie strony - można się też do czegoś przekonać, słysząc to wszędzie. Tak było w przypadku nadchodzącego po Gotye fenomenu Lany Del Rey, która dała mi się poznać od mało ciekawej strony ♫Born to Die, nie zwiastowała niczego na wzór odkrycia. Piosenka nie przekonała mnie do siebie muzycznie, co oznaczało, automatycznie, brak chęci do angażowania się w tekst.  Btw właśnie słyszę ją zza ściany, najwyraźniej ojciec podłapał - nie twierdzę, że ode mnie. Gdzieś tam się wczoraj szlajał, to mu może pokazali. I nadal mnie ta piosenka nie ujmuje. A już z pewnością nie w całą płytę.
Dopiero siedząc pewnego dnia w pokoju, starając się udawać, że nie słyszę Eskowej papki - dostałam zakaz słuchania muzyki via słuchawki przecież, więc znikąd naprawdę ratunku - zarejestrowałam pewną drastyczną zmianę estetyki tego, co słyszę. Podobnie miałam zresztą w przypadku Adele, której ♫Rolling in the Deep wychwytywałam łapczywie, nim się dowiedziałam, kto to i co to i że nie muszę wychwytywać, bo mogę mieć w YT na żądanie. Pech chce, że porwałam się na całą płytę wtedy, przekonując się, że jednak  one hit wonder, wg mnie. Wracając jednak do Lany, to dopiero za kolejną emisją, nadal w natłoku muzycznej bzdury, radio łaskawie powiadomiło mnie z kim mam przyjemność. Mam, co prawda, ten cały Track ID w telefonie, ale zawsze się orientowałam jak już minęło, bo się zasłuchiwałam prozaicznie. Mówię o jej drugim singlu, ♫Video Games, z którym miałam później pewien problem. Tzn. problem, żaden tam wielki, ot - trochę mi się percepcja zaburzyła. Bo czy podoba mi się po prostu czy dlatego, że się wybija na tle? I czy ta, niewątpliwa jednak, odmienność to już plus czy tylko naciągane łapanie się brzytwy? Dopiero ♫Blue Jeans mnie przekonały. Ale tak, niewątpliwie obecność Lany w mojej playliście należy przypisać stałemu kontaktowi poprzez wszelkie stacje radiowe.

Eksperyment, polegający na analizie obecnej muzyki rozrywkowej, nieco głębszej niż co za gówno nie przyniósł jakichś rewolucyjnych wniosków. Raczej zasępił. Miałam bowiem wreszcie nieskrępowany - poza tym wymiarem ośmiu godzin dziennie - dostęp do świata muzyki, w którym na co dzień i z własnej woli się nie poruszam, bo nie mam potrzeby. Nie jestem typem imprezowiczki klubowej, która kasuje się na parkietach w blasku stroboskopów - co nie znaczy, że nigdy na parkiecie nie byłam, a jak już trafiłam to było bardzo przyjemnie, zwłaszcza niemieckie kluby ciepło wspominam, ale to okazjonalne występy - nie mam młodszego rodzeństwa, tak jak moja znajoma z pokoju, która po każdej wizycie w domu rodzinnym zna tekst nowego hitu. Trochę z niej podkpiwam, ale tylko trochę, bo sama nie raz padłam ofiarą wstydliwego mechanizmu, idącego w parze z systemem piętnastu piosenek puszczanych przez kwartał - mianowicie się przyklejają te wszystkie Call Me Maybe  i inne Moves Like Jagger  a że nieskażone są wielce ambitnymi tekstami, to i łatwo zapamiętać. I potem nucisz, nieraz w czyjejś obecności i się musisz gęsto tłumaczyć, że nie  słuchasz  tylko  słyszałaś.
Pomijając jednak radosny aspekt nucenia, to zniesmacza mnie skala prostytucji w przemyśle. Często bowiem zadaję sobie w głowie pytanie jak tym ludziom nie wstyd, przecież to są dorosłe osoby, muszą słyszeć przecież jakich idiotów z siebie robią. Bo o ile kiedyś to służyło rozrywce faktycznie, nawet prozaiczna kwestia zabawy miała jakieś znaczenie, dało się, cholera, do tego chociażby tańczyć - domyślam się, że wizja mnie, słuchającej wyłącznie muzyki inteligentnej pasowałaby do wizerunku, ale to nie do końca tak wygląda. Przykładem mogą być wesela, na których przyszło mi się znaleźć, gdzie z równym zaangażowaniem oddawałam się zabawie przy Shakirze czy Britney, co reszta towarzystwa - a teraz? Matko boska. Wychodzi facet, śpiewa refren ograniczający się do oh oh oh oh oh, podparty z obu stron zwrotkami, które opowiadają mało wysublimowaną historię jednej nocy i trzepie kasę. Albo laska, która nadaje o, niewątpliwie płomiennej, nocy, podczas której przypnie swojego jakiegośtam, nawet chyba nie lubego, co dowolnego, do łóżka kajdankami i będzie tam z nim robić cuda. Seriously? Za moich czasów to chociaż było o miłości. Kiczowato podanej, ale jednak. I posiadało melodię. Jakąś. Jakąkolwiek. Przemyślaną kompozycję, choćby szczątkową, a teraz to tylko walenie w dwa klawisze. Przy odrobinie fartu w dwa. Ciekawi mnie, perwersyjnie, co będzie dalej - czy może dotkną muru i zawrócą czy... co właściwie może być dalej? Pewnie przyjdzie mi się, niestety, przekonać.

Złudne są czyjekolwiek nadzieje, iż ten problem dotyczy wyłącznie rozrywki popowej. Rock, czy uczciwiej pisząc, pop-rock też spsiał. Przynajmniej ten serwowany w radio. Jest oczywiście strawniejszy niż to, co się dzieje na Zetko-Esce, ale nie pozwala się zabrać do domu.

O polskiej muzyce radiowej nie będę mówić nic, bo mi od razu skacze ciśnienie i ja się wcale nie dziwię, że oni to w nocy puszczają i kompletnie nie mam zamiaru walczyć o zmianę tego stanu rzeczy, bo tak, niech to gnije gdzie indziej, poza mną, gdyż polska muzyka, polskie teksty obecnych przebojów mają ten feler, że nie da się uciec od słuchania tekstu. Grafomańskiego w większości przypadków.

Jedyną godną uwagi stacją są Złote Przeboje, bo tam zaiste, można czasem uświadczyć piosenek, które były piosenkami. A nie produktami.

Nad Trójką nie będę się zżymać publicznie, bo to jest kwestia li tylko mojego gustu, tego, że mnie styl tej stacji męczy, szytej na miarę swoich słuchaczy, w większości pretensjonalnych hipsterów, którzy do dziś błogosławią Yorke'a, nie zauważając, że czasy Ok Computer Kid A zespół ma dawno za sobą.
Nie będę też już nikogo przekonywać do podzielania mojego postrzegania, które charakteryzuje się brakiem ślepej - głuchej - lojalności względem wykonawcy i że mi nie przychodzi z trudem jawne przyznanie, że podupadł, przy jednoczesnym docenianiu, bez straty na sile, jego dorobku z czasów zanim podupadł. Ja naprawdę dalej kocham Skunk Anansie, Springsteena, Pearl Jam i nie wiem, no, nawet wspomniane Radiohead, tyle, że minus ich ostatnie wydawnictwa. Prawo wieku. Jedni są jak wino i dojrzewają, inni jak chleb i pleśnieją. Nie będę przekonywać, bo się nie da.

Oczywiście wiem, że jest jeden argument, który odbije cały ten wywód - zagraniczne radiostacje internetowe. W pełni się zgodzę, miałam przyjemność obcowania, niestety w pracy mam wyłączone głośniki i zero szans na włączenie - mój kancelaryjny informatyk to jest jakieś zawodowe kuriozum, nie tylko w mojej opinii - dlatego nie podejmuję tu tej kwestii. Zostawię ją na kiedy indziej.

Chciałam napisać o swojej relacji z polskim radiem. I wreszcie mi się udało.

14.6.12

The night, when world was just enough.

Zaczęło się w kwietniu, jakoś na początku. Zachęcona składem zeszłorocznej edycji Orange Warsaw Festival, który na przełomie lat zyskał niebywale i z pozycji grajka przy metrze - gdyż faktycznie, na początku impreza odbywała się na Placu Defilad, w systemie darmowym, ale i zapraszane gwiazdy jak i sposób ich prezentacji na jakiekolwiek koszty nie zasługiwał przesadnie - wybił się na czołowe miejsca rankingu koncertowego rozkładu jazdy rocznej, podpatrywałam, kto pojawi się teraz.

No nie prezentowało się to najlepiej, przyznam. Na Linkin Park można było mnie namówić za czasów ich debiutanckiej płyty, gdyż bez bicia potwierdzam - album posiadam, w wersji zarówno cyfrowej jak i analogowej, udało mi się kilka razy przesłuchać, mam jakichś tam faworytów, ale już wraz z pojawieniem się kolejnych wydawnictw zainteresowanie straciłam. Po dziś dzień. A raczej po sobotni dzień, dlatego machnęłam ręką. Z biegiem dni pojawiła się informacja o drugiej gwieździe - Prodigy. Tu już mi serce muzyczne drgnęło, bo dla mnie to legenda w swojej elektronicznej klasie i podejrzałam ceny biletów, choćby jednodniowych. Nie udało się na Openerze, nie udało się na Woodstocku, to może by się przejść na szlagiery w stylu Voodoo People czy Firestarter.

Dopiero trzecia gwiazda, zapowiadana jako wielki come back, mnie upewniła. Wtedy właśnie po Europie krążył Bruce Springsteen, z którym po ostatnim albumie, mam do pogadania, ale starą twórczość szanuję, wielbię i każde pieniądze bym dała. U niego to jeszcze jest kwestia płacenia za wizję, mkhm.
Garbage też ogłaszało powrót wydawnictwem Not Your Kind of People, która również nie dorównuje, moim skromnym zdaniem, formie, z której słynęli, ale to już jest większy problem u mnie - nikomu na razie nie udało się naprawdę wrócić do moich łask.

No, chyba, że się dało taki popis jak w sobotę.

Skład, w jakim miałam pojawić się na sobotnim koncercie, był dość hm, burzliwy. A raczej jego kwestia była burzliwa. Najpierw we dwie z Agatą, potem wyszedł singiel Blood for Poppies, który nie spotkał się z uznaniem, więc przez pewien czas miałam iść sama. Bez żalu kompletnie, u mnie wszak z koncertami jak z kinem, sama sobie całkowicie wystarczę i jeździłam już przecież po kraju za gwiazdami, nie tracąc nijak zapału.
Kolejnym etapem, już niemal potwierdzonym, bilety kupione - na jeden dzień, ten z Garbage, na trybuny, gdyż na płytę zeszły na pniu... na rzecz kogo, to pozżymam się potem - był duet warszawsko-niegdyśwarszwskołódzki, co swoją drogą uświadomiło mi absurd, że my nigdy nie byliśmy razem na koncercie, choć chyba nie da się bardziej być z kimś na podobnych falach muzycznych. Ten wielki błąd miał zostać naprawiony. I został, z pewnymi perturbacjami na niemal samej mecie -  to zabawne, jak w podbramkowych sytuacjach zmieniają się priorytety, wszak naprawdę w sekundę zapomniałam o koncercie i o ew. rezygnacji, skoro ktoś bliski okazał się być w potrzebie.

Ale nic to, nic to, wszystko się udało, jak i my udaliśmy się w sobotni wieczór na Pepsi Arenę. W moim przypadku oznaczało to również konieczność odwiedzenia Centrum w okresie, w którym solennie obiecałam sobie tego nie robić. Po wyjściu z metra bowiem moim oczom ukazała się Strefa Ki… nie, właśnie się nie ukazała, ukazały się same parawany i jakiś fragment gigantycznych telebimów. Bardzo jestem rada z faktu, iż musiałam tam się znajdować przez niedługą chwileczkę, bo my z Centrum za sobą nie przepadamy na co dzień, a co dopiero dzień po starcie Euro. Późnym wieczorem, z perspektywy Rotundy, wyglądało to jednak lepiej. Z dystansu to ja mogę, w środku niekoniecznie.

Dla mnie odprawa nie była niczym nowym, więc znów mężnie przeszłam kilka przecznic, dałam się zopaskować, zahaczyliśmy o depozyt, gdyż regulamin buczał i huczał o potrzebie pozostawienia bagażu w tymże, i co? Odprawili nas z kwitkiem. Sprawdzili jedynie, czy aby nie wnosimy bomby - tym razem grzecznie zostały w domach – i prosimy bardzo. Ależ ja lubię ten moment, od dziecka, kiedy już się przebiję przez kontrolę i ściski, by móc wkroczyć a czasem wbiec na przerzedzone płyty, okalające obiekty. Taki przedsmak wolności w tym jest. A może nie ma, może to tylko kwestia młodzieńczego wspomnienia, kiedy to z ówczesną przyjaciółką dozgonną mą, Magdą, próbowałyśmy się dostać na Dzień Otwarty TVP, co udało nam się po kilku godzinach odstanych w duchocie, kiedy to wbiegłyśmy na plac przed gmachem, przy dźwiękach – o ironio – Nic nie może przecież wiecznie trwać Anny Jantar? Co by to nie było, działa do dzisiaj.

Gdy dotarliśmy na górę, acz jeszcze nie na nasze miejsca, naszym oczom – a głównie uszom – objawili się De La Soul. Tu się muszę przyznać bez bicia, że znam ich twórczość bardzo pobieżnie, więc i z podobnym zainteresowaniem wyczekiwałam występu. O wiele większą frajdę sprawiało mi obserwowanie Pawła, który z kolei napalił się na ich koncert niebywale, dlatego sobie cichutko stałam obok i uśmiechałam się pod nosem, bo wreszcie byłam na koncercie z kimś, kto potrafił go w pełni docenić i cieszył się z niego jak dziecko. Zero narzekań, zero wyrzutów, zero uwag pt o, jakie to nagłośnienie koszmarne, o jakie te krzesła niewygodne, o jak tu jest dużo ludzi, o boże, słońce świeci, o jezu, strzyka mi w kościach. Jak się miało potem okazać – to był tylko przedsmak mojej satysfakcji, ale no, tak jak pisałam na Blipie, serce samo rosło widząc taką radość. Pamiętając wydarzenia z zeszłorocznego koncertu Jamiroquai, kiedy to bezceremonialnie przeszłam z trybun na płytę, bez większego problemu, zasugerowałam, że skoro tak mu się podoba, a na trybunach jednak dość statecznie, to może i tym razem zejdziemy. I tu akurat dał o sobie znać mój shit luck – mianowicie on wślizgnął się na dół bezproblemowo (podejrzewam tę jego zieloną opaskę, imitującą udatnie opaski płytowe) a mnie zatrzymali. Ten „shit luck” to naprawdę w cudzysłowie trzeba odczytywać, bo mi na tej płycie przesadnie nie zależało – on niech się wybawi. Ja po prostu mam wielką słabość do ludzi z pasją i jak miałam przed sobą gościa, którego powstrzymują tylko barierki, to trzeba było zrobić tak, żeby te barierki zniknęły. Nie na długo, bo jednak rodzeństwo musi trzymać się razem i jak mnie wypatrzył stojącą z dystansu, to wrócił.

Także przepraszam bardzo, ale jeśli są jakieś zastrzeżenia techniczne ze strony kogoś, kto współtowarzyszył nam na stadionie, to ja tematu podnieść w stanie nie jestem. Ja, bo mówić mogę tu tylko za siebie, tam poszłam dla muzyki, nie dla pokręteł.

Jednak to nie De La Soul było celem wyprawy, jedynie miłym dodatkiem, dlatego czekając na Garbage udaliśmy się z powrotem na dół, żeby zapalić, czegoś się napić, etc. Ja skorzystałam z okazji, by spotkać się z Rkdeeyem i jego małżonką, którzy szczęśliwie też tam bawili. Przy okazji muszę podzielić się obserwacją, że w porównaniu z rokiem ubiegłym, kontrola była jakaś nazbyt nadgorliwa. Pomijając już eksces ze schodzeniem na płytę, to c’mon – od kiedy nie można siadać na trawie? Nie mówię o tej znajdującej się przy stoiskach gastronomicznych, a o tych zboczach przy schodach. Albo o tym, jak to niby koniecznym jest siadanie w swoim rzędzie, zamiast stać u szczytu trybun? Właśnie to mnie ujęło w festiwalu, że de facto był pełen luz, a nie słyszałam o żadnych przepychankach czy jakichkolwiek innych incydentach, które wymuszałyby taką czujność. Aczkolwiek w zeszłym roku faktycznie szłam z Agatą i Rkdeeyem na gwiazdy wieczoru, dlatego albo na suportach mnie jeszcze nie było, albo byłam, ale zbyt stremowana debiutem, by czuć się swobodnie. No nie wiem, trochę mi to w sobotę przeszkadzało. Do czasu.

Niemalże punktualnie, tj. około 20:30 na scenie pojawili się Garbage. Niesieni echem pierwszego numeru podążyliśmy czym prędzej na górę, gdzie trafiliśmy w sam raz na Stupid Girl, co mnie ucieszyło podwójnie, bo raz, wiadomo – fantastyczna piosenka, a dwa – zaczęło się rozwiewanie moich wątpliwości, czy aby to będzie koncert przekrojowy, czy ledwie promocja płyty, na koniec, dla formy, przetknięta jednym czy dwoma starociami. Muszę bowiem przyznać, że poszłam tam na stary Garbage jednak, ten sprzed laty, nową płytę witając z nadzieją, ale to głównie dlatego, że yay, wrócili! a nie yay, co za genialny album. Wpisują się tym samym w coraz to pokaźniejszą listę zespołów, które wracają, ale w nowej odsłonie, zamiast konsekwentnie kontynuować tę, w której zostały pokochane. Nie, żeby to była zła płyta, ale poprzeczkę postawili przecież bardzo wysoko.

Shirley, jak można się było spodziewać, to sceniczna torpeda, zakończona ognistoczerwonym kokiem, widocznym dla mnie świetnie nawet z trybun, przy świetle jeszcze dziennym i to wcale nie dzięki telebimom. Właściwie one mi przez cały koncert były niespecjalnie przydatne, bo są takie gwiazdy – i panna Manson do nich niewątpliwie się zalicza – których jest pełno i wszędzie, a telebim nie nadąża.

Kwestię pogody podniosłam nieprzypadkowo, bo prawie deszczowa, ale wciąż słoneczno-ciepła aura idealnie mi się wpisywała w krajobraz, otoczony muzyką, która też jest – przynajmniej dla mnie – tak nieco na skraju dwóch światów: tego ciemnego, przyczajonego, który eksploduje w umyśle tylko w nocy, gdy już niczego ukryć się nie da i wszystko wychodzi z metaforycznej szafy i tego energicznego, przy świetle, które dodaje pewności siebie i kopa. Tu zaburzę nieco chronologię pojawiania się utworów, ale zostawienie Push It na koniec było majstersztykiem strategicznym, bo po tej całej, półtoragodzinnej bodaj, przeprawie po emocjach, można było wyjść wyplutym totalnie a tak wypuścili fanów z charakterystycznym dla siebie, mobilizującym kopem w tyłek.

Przeprawie po emocjach, hm? Oh boy. W przeciwieństwie do większości, która niewątpliwie czekała tam na Linkin Park – co przyznała sama Shirley, rozpoczynając tym samym dla mnie emisję wielkich uczuć w swoją stronę, bo także jej zachowanie między piosenkami było fenomenalne. Niby nihil novi, gdyż to jest nie tylko wokalistka, a cała Osobowość i tak, jak uwielbiam słuchać jej śpiewu, chylę czoła przed tekstami, tak niemniejszą przyjemność sprawia mi czytanie jej wypowiedzi, gdziekolwiek na jakąś natrafię. Poza tym, co widać na jej głowie, widać też, że coś w niej ma i to jest fantastyczne. I chyba jednak wciąż rzadkie. – siedziałam jak zahipnotyzowana, mimo prób podjęcia koncertowych szaleństw. Setlista – marzenie, bo QueerShut Your MouthSpecial, bo Cherry Lips,Temptation Waits, bo MilkVow, boI Think I'm Paranoid ­do cholery – jednak przyznaję uczciwie, że oryginalna perkusja brzmi lepiej niż moja, choć zapewne sprawia nam to podobną frajdę za każdym razem ;) – bo I'm Only Happy When It Rains – I know you can’t appreciate it – podczas którego patrzyłam w szare niebo, czując się w stu procentach właśnie taka, szczęśliwa i dokładnie tam, gdzie być wtedy powinnam, co zdarza mi się nader rzadko. Kulminacyjnym momentem wieczoru, a pewnie i całego tygodnia bądź miesiąca, było jednak wspomniane w tytule niniejszego tekstu, The World Is Not Enough (so they had to give us Shirley). Tu się należy pewne wyjaśnienie – ja mianowicie chyba nigdy nie byłam na tak naprawdę złym koncercie. Zdarzało mi się być na totalnie przypadkowych, słuchałam na żywo występów grup, za którymi nie przepadam – w końcu byłam nawet na Dżemie, który supportował AC/DC, także wiem co mówię, bitch – czy takich, na których ledwo co było słychać – Guano Apes czy Misfits, prawda, gdzie całkowita ściana huku – i one już wygrywały dla mnie nad płytą, dostawały ogromny plus za to, że ten dźwięk faktycznie płynął a nie był odtwarzany. Można było z nim wejść w żywą relację, niekiedy radosną, niekiedy smutną, niekiedy jakąś jeszcze, ale zawsze prawdziwą. I teraz sobie wyobraźcie ten pryzmat w przypadku piosenki, która w wersji studyjnej Cię zdobywa całą, od pierwszej nuty, przez każde kolejne przesłuchanie od nowa. Caluśką. Nie ma mnie, jestem tam. To jest chyba ten moment, kiedy ludzie się wzruszają, nie? Smakują każdą nutę, zamykają oczy, niekiedy może płaczą, a ja nie mogłam. Nie było wielkich gestów, choć emocje na pewno, a ja tak tylko sobie siedziałam, patrzyłam przed siebie i myślę cholera, to jest To. to jest ten cały Absolut, który w wyobraźni przybiera energiczne formy wyrazu, myślisz sobie, że jak już nadejdzie, a przecież nie nadejdzie, bo nie po to jest Absolutem, żeby ot tak sobie przychodzić, prawda, to po prostu. bez fanfar, zbędnego patosu, baroku, wyrafinowanej formy, tak Cię znienacka nie dopada właśnie, a przychodzi i jest. Pewnie to dlatego, że ja wciąż nie do końca sobie wierzę, że to się wszystko stało, tak jak się stało, czyli tak jak powinno, że wszystko się bez cienia zastrzeżeń udało, bo mi się tak przecież nie zdarza, tak po prostu, od niechcenia, się spełniło marzenie. I powinnam biec pewnie i wracać i starać się ten wieczór, a zwłaszcza ten moment przeżyć od nowa, tak jak należy, wykorzystać wszystkie momenty, zamiast siedzieć albo się schylać, łapiąc się za głowę, jakoś to wszystko Przeżyć, ale nie muszę. Bo wszystkie wnioski mi się rozjeżdżają już na starcie, jako że było perfekcyjnie i już.

Jak tak czytam różne relacje i reakcje, bo ja oczywiście ze wszystkim spóźniona, ale wolałam pisać tydzień, a wszystko, niż po łebkach i potem sobie pluć w brodę, że czegoś nie ujęłam z braku czasu, to jeszcze bardziej doceniam nie tylko towarzystwo – serio, lepszego towarzysza na koncert i to jeszcze koncert Garbage się znaleźć nie da, bo do tej pory, gdy chodziłam z ludźmi na koncert, to było właśnie chodzenie z kimś na koncert, grupa ludzi idąca obejrzeć widowisko, komentując, wymieniając się w trakcie spostrzeżeniami, następnie wychodzi i kropka. Nie bierze w wydarzeniu udziału, tylko je ogląda, z boku, nie ze środka. O ile przy filmach tak się dziać może, bo sobie po prostu obejrzę potem sama w domu, nadrabiając momenty zakłócone, o tyle z koncertami się tak nie da i jak nie uchwycisz tych momentów od razu, to przepadną i nie ma. I mogłabym swobodnie napisać, że byłam tam sama, bo właśnie nikt mi nie zakłócał, ale pominęłabym tym samym te fantastyczne zastrzyki wiary i energii, gdy się kątem oka na to krzesło obok spojrzało. Że hell yeah, ktoś na to krzesło, miejsce na widowni zasłużył, należał się komuś bilet jak mało który, pozostaje tylko życzyć zespołom takich fanów.

Także wykręcona jak sweter, wykopana przez Push It, opuściłam stadion, zahaczając jeszcze o przybytek z napojami, bo z reakcji stricte fizycznych, to mi zaschło z tego wszystkiego w gardle. Kolejki były takie, że już nie porywałam się na żadne poszukiwania konkretnych napojów tylko, nadal nie znosząc piwa serdecznie, zaopatrzyłam się przy stoisku z Red Bullem. Późniejsza moja forma wieczorna pozwala wnioskować, że niestety nie działa, bo mimo wielkich emocji poszłam spać niedługo po powrocie do domu.

A co się działo podczas tego powrotu, to ja, zgodnie z obietnicą, przemilczę, bo to było tak złe, że aż cholernie zabawne. Ale prawda, że ten pan był tu tylko okazjonalnie i ja go już nocą na swoim osiedlu nie spotkam, prawda? Bo jakoś nie widzę siebie wymieniającej z nim sąsiedzkich uprzejmości. Niczego z nim wymieniać nie chcę. Ohyda.

Na koniec, tradycyjnie, setlista:

1. Automatic Systematic Habit
2. Stupid Girl
3. Temptation Waits
4. Shut Your Mouth
5. Queer
6. Metal Heart
7. Why Do You Love Me
8. The World Is Not Enough
9. Control
10. Cherry Lips (Go Baby Go!)
11. Blood for Poppies
12. Special
13. Milk
14. Big Bright World
15. I Think I'm Paranoid
16. Only Happy When It Rains
17. Vow
18. Push It



23.9.11

PEARL JAM 20, reż. Cameron Crowe, 2011

Zarzucają mu, że przez fana dla fana, więc nim ruszę do recenzji właściwej, to i ja się wypowiem w tym duchu. Bo kiedyż mi się trafi lepsza okazja? Nie, żeby pierwszy raz, kilkakrotnie dawałam słowny upust uczuciu, jakim ich darzę, ale działo się to w tak różnych strefach wiekowych, że i teraz nie zawadzi, zwłaszcza, że to jak te akcje z robieniem dziecku zdjęcia co roku przy tym samym drzewie. Co wrażliwszych i skłonnych do rychłego znużenia odsyłam w niższe rejony, bo ja tu teraz będę znowu o tym samym. Z niesłabnącą, szczęśliwie, ekscytacją.

Mamy rok 1996, scena dramatu przedstawia się tak - siedzimy z siostrą w pokoju, tym, który chyba się określa mianem salonu, choć ja, za pozostałymi mieszkańcami, nazywam go ot dużym pokojem, bo z salonem to on nie ma nic wspólnego, no, może poza poziomem intelektualnym właścicieli. Płyty są: na regale po prawej, liczącym sobie wtedy półek siedem, pod regałem po prawej, na elemencie meblościanki po prawej, pod stołem, przy którym siedzimy, na telewizorze naprzeciwko, po lewej przy wieży, powiedzmy trzy i pół kolumny, na podłodze pod wieżą, wbrew wszelkim zasadom - na wieży, i ileś tam, które w szale poszukiwań zleciały za telewizor. W wieży się kręci jeszcze jedna, sreberkiem do góry. Rzecz w tym, że naprawdę - miałam z czego wybierać i miałam naprawdę mnóstwo kandydatów do skradnięcia mi mego ośmioledwieletniego, muzycznego serca. I wtedy na ten sielski obraz wkracza Tatuś, niosąc kolejne naręcze, zawierające tym razem... nie, chwila. Ja coś tu muszę wyjaśnić, przyznać się uczciwie, coby nie dopuścić do przekłamań. To nie jest tak, że byliśmy wtedy niebywale majętni i te wszystkie płyty były opatrzone hologramem i książeczką. Niestety, to już wtedy stawiano przed słuchaczami wybór - jedna z książeczką albo cztery z muzyką. Plus tamtych czasów - wtedy cztery, dzisiaj z siedem.

Więc tym razem naręcze zawierało No Code. I to było to! Starym swym zwyczajem, młócił ją godzinami, dniami, nie wywołując we mnie żadnego wrażenia, poza może tym, że wokalista śmiesznie śpiewał w Who You Are. Fala wielkich uczuć i emocji przybyła dopiero wraz z Ten, co dziwić właściwie nikogo nie powinno - z tego, co zdołałam się zorientować, to nawet ci, którzy nie słuchają chłopaków w rozmodleniu, dostrzegają jej jakość.

Nie będę się kreować na wielkiego hipstera, który mówi, że poniewierałam Jeremym, bo nie - choć wtedy byłabym podwójnym hipsterem, jako ta, co nim była, nim jeszcze temat stał się modny. Banalnie wręcz weszłam jak w masło, słuchałam godzinami, pod rząd, nie dało się mnie przekonać, że może by tak hymn generacji - Alive. Zwłaszcza, gdy zobaczyłam klip. Nie sposób by mi się było nie utożsamiać z chłopcem, w którym dniami, tygodniami, latami zalegają emocje, które z czasem doprowadzają do tragedii. Zwłaszcza przy daddy didn't give attention to the fact that mummy didn't care. Nadto sam Vedder przyprawiał o gęsią skórkę - wokalem, klipową mimiką (zwłaszcza tym, że nie szczerzył się w radości czy też złości, do kamery, tylko siedział i opowiadał historię, patrząc gdzieś tam w bok i kończąc w zapamiętaniu) i... no dobrze, to akurat nie pasuje do obrazka, ale piękny był, no. Także mamy młodego boga, który śpiewa przejmująco, robi wrażenie zupełnie czym innym, niż do tej pory starali się imponować moi idole... he got me, babe. Po Jeremym przyszło Black, czyli absolut totalny. To musiało jakoś wpłynąć, w sensie, kiedy pozostałe dziewięciolatki uczyły się o miłości - przecież pewnie tej samej, tylko przez kogo innego odczuwanej - na Backstreet Boys, miłości podanej w stylu quit playing games with my heart, nananananana, nananana, babe, to mnie uczył wers I know someday you'll have a beautiful life, I know you'll be a star in somebody else's sky, but why can't it be mine?, który po dziś dzień dla mnie bije wszystkie inne wyznania na głowę. Ciężko po takiej szkole być trzpiotką. Podczas, gdy Spicetki nadawały o swych bolesnych pragnieniach zaciągnięcia pięciu gości do pięciu łóżek - czy tam do jednego wspólnego, w sumie why not? - ja sobie kładłam, głosem Eddiego, całe pokłady emocji, które rodzą się albo przed, albo w trakcie, albo po wyjściu z tegoż łóżka.
Potem Ten poleciał już lawinowo, Why GoGarden, a przede wszystkim Release, a za nimi cała reszta. Niepotrzebne mi były oczywiste odniesienia, wspólne metafory, ale wchodziłam z nimi w relację. Opowiadali mi tą płytą takie historie i w taki sposób, że w sumie nie potrzebowałam specjalnie namacalnych ludzi do procesu wychowawczego, przynajmniej na płaszczyźnie emocji. Ale to nie tylko zasługa Eddiego, wystarczy sięgnąć po dowolną wersję instrumentalną czy koncertową, która najczęściej jest co najmniej dwa razy dłuższa, wypełniona już samą muzyką. I działa tak samo.

W międzyczasie do domu trafiały kolejne płyty - Vs i Vitalogy, ale z początku, podobnie jak wcześniej No Code, ledwie omiotłam je uchem. Co teraz kompletnie nie wydaje mi się złe, wręcz cenię ten ich "winny" charakter - muszą dojrzeć. Słuchacz też. Wtedy to ja byłam na etapie odkrywania No Code po swojemu, już bez nacisków, czekałam nawet aż wszyscy powychodzą z domu, żeby nie słuchać "widzisz? widzisz?". Sama chciałam zobaczyć. I zobaczyłam, oj zobaczyłam.
Zobaczyłam np. In My Tree, opowiadający o gościu uciekającym przed światem na drzewo, na którym nie dosięga go ten cały zgiełk, paranoje tworzone przez ludzi dla ludzi, wers and I've got a glimpse of my innocence, got back my innocence, still got it, still got it swobodnie może nawiązywać do słynnego, amerykańskiego zwyczaju pomieszkiwania sobie dzieciaków w domkach na drzewach, do którego uciekają, zmęczeni, zadławieni życiem, które toczy się na dole. Fakt, że historia opowiadana jest przez dorosłego człowieka, który mimo swego wieku i doświadczenia, pozwalającego uodpornić się na wiele spraw, nadal potrzebuje takiej ucieczki na drzewo, skłania do refleksji. Jednak największą perłą tej płyty jest wg mnie - choć nie wiem po co to zaznaczam, cała ta notka jest jednym wielkim wg mnie - Present Tense i chyba pierwszy raz głównie za sprawą muzyki, nie tekstu. Całkowicie znokautowana przez tamtejszy bas, tak niebywale surowy w refrenie, kojąco przyjemny pod zwrotką i atakujący bezkompromisowo na koniec. Cudeńko. Niedościgniony, cholera, ideał. Choćbyście mi podrzucali, nie twierdzę, że niewartych uwagi, bo gdzieżby!, legendy strun, to od lat to wykwintne połączenie basu i perkusji nie znajduje sobie u mnie równych. A sama końcówka, gdy tak ciepło łaskocze.... nie słucham tego często, bo boję się popsuć to wrażenie.

W ogóle to jest tak, że ja ich słucham tak naprawdę rzadko, mimo, że wyłuskuję w mediach, wychwalam gdzie się da i kompletnie nie kryję się z uwielbieniem, to dawkuję sobie chłopaków. Trzymam, jak koniak w barku, jak cygara w szufladzie, wyciągając tylko na specjalne okazje. I słucham sama. Jeśli nie mówimy akurat o koncercie czy, tak jak ostatnio, filmie, na który nie poszłam sama, to sobie ich zostawiam na intymne tete-a-tete. Nie wdaję się też w dyskusje fanów i niefanów, jeśli należałam kiedykolwiek do fanklubów, to tylko dla porządku, może poinformowania kumpli, ale nie dzielę się nimi z ni... okej. Kłamię, raz się podzieliłam. Haha, bym zapomniała nawet o moim brawurowym występie.

Tym razem sceną dramatu była... moja szkoła. Nawet nie jestem pewna, czy nie moja sala. Piąta albo szósta klasa, pamiętam, bo natenczas kochałam się w Bartku, szkolna dyskoteka połączona z Mini Playback Show. I tu następuje wyjawienie tajemnicy "jak spotęgować wrażenie bycia emo socjopatą już w podstawówce" - dziewczyny były Spicetkami, ktoś tam był pop-kimśtam, a ja, spowita w koszulę w kratę, wytarte jeansy a chyba nawet i sztruksy - ♫Corduroy, a? ;) - martensy, się wie, burza włosów i wyskoczyłam im z jakimś, panie, Pearl Jamem, co to w ogóle jest, czy to jacyś nowi po N*Sync? A ja już wtedy znałam gorzko-słodki smak profesjonalizmu, nawet jak zaczęli klaskać - w trakcie, w trakcie! jak na jakiejś, holender, biesiadzie - to przygryzłam lekko wargę, nakręciłam się podwójnie - to naprawdę jest cios, gdy się okazuje, że szalejesz przez cały semestr za chłopcem, który nie jest z Twojej muzycznej planety, z którym w sekundę wiesz, że nigdy nie wejdziesz na podobne poziomy wrażliwości i który w drugiej sekundzie okazuje się na mur-beton być jedynie, co z tego, że prześlicznym, ale pingpongdzistą ledwie? Po latach się oczywiście okazało, że zbłądziłam haniebnie, jest teraz artystą i ma własne wystawy, miło, hej - i wygrałam. Fizycznie flamastry, mentalnie pozycję. Tej dziwnej, co prawda, ale, jak pokazuje życie, taka daje całkiem spore możliwości, więc uznaję, że jestem wygrana, skoro już w piątej klasie sobie zapracowałam.
Nie ma zdjęć.

Fama jednak musiała być słusznej wagi, bo gdy pewien chłopiec, o którym może i wspominałam, był urwisem nieprzeciętnym, może i nieco sadystycznym. Możliwe jest też, że na chory sposób, w niewielkim procencie, ale mnie to fascynowało, acz bez podtekstów, za mały ten procent - pewne było jednak to, że jego formy urwisowstwa nie były akceptowane przez ciało pedagogiczne, czemu się tak naprawdę nijak nie dziwię. Tenże więc chłopiec, razu pewnego, zapragnął mnie przekupić, cobym nie szła do pani. I czym? Płytami PJ, powołując się na mamusię, która podobno miała pracować przy obsłudze ich koncertu w Polsce. Bo był i koncert, taki z cyklu dowiedziałam się tydzień po, latami odżałować nie mogłam. Nie przekupił - miałam już wszystkie.

Kolejnym przystankiem jednak nie były wcale płyty, a książka, Roślina, autorstwa Małgorzaty Taklińskiej. Możemy swobodnie uznać, że wtedy poznałam ich na nowo, bo wyposażono mnie w cały background. Wtedy czasy były takie, że mowy nie było o poważniejszych wzmiankach w prasie, Internet był na kartki i moja wiedza była silnie skromna, opierająca się właściwie w największej mierze na tekstach. I bladym pojęciu o grunge'u jako takim. Wiedziałam, że Nirvana, Soundgarden, Alice in Chains, że Cobain zginął śmiercią marną i właściwie tyle. I że Seattle. Książka otworzyła przede mną falę nowych horyzontów, wreszcie dopasowałam klocki, wiedziałam, co, jak i dlaczego, nawet więcej - od kiedy, od czego i gdzie się zaczęło, z nazwą firmy fonograficznej włącznie. Subpop. I było tam coś jeszcze, gratka niebywała, coś, co zakochało mnie w Vitalogy bardziej, niż ona sama - teksty. Z przekładami. Przyznam, że bez nich nieraz jak bez ręki, bo okej, angielskim się pasjonowałam, prenumerowałam Z angielskim od dziecka ("od jakiego dziecka?"), ale to ciupkę za mało, by ogarnąć lirykę tekstów Eddiego. Bo ile ja mogłam mieć lat? Jedenaście? Tak więc sorry.

Początek był banalny - Spin the black circle, będący, wcale nielichą, ale jednak, ódką do płyty winylowej. W tamtych czasach na płytach winylowych miałam, co prawda, głównie bajki a muzyki słuchało się już na cd, ale ujął mnie ten hołd. Jakoś tak ciepło na sercu, gdy pisze się piosenkę o muzyce. Później walnęłam na powrót w ciężkie tony i dalej, jazda z Tremor Christem. Tu już wchodzimy w tereny, aż się boję użyć tego słowa, bo wyświechtane i wytarte, że aż szkoda - liryczne. Te, które każdy sobie, więc nie będę butami wchodzić w cudze interpretacje, a swoje zostawię dla siebie, bo, jak pisałam - nie słucham z innymi. Nieco bardziej uniwersalnie jest w przypadku Better Man. She lies and says she's in love with him, can't find the better man. I chyba wystarczy, nie? Z innym płytowym manemNothingmanem szło nam dość opornie. Choć może się to wydać dziwne, nawet nieco kokieteryjne, zważywszy na okoliczności, to ja się nigdy tak naprawdę nie zbratałam z fatalistycznym podejściem do życia. Parafrazując innego, cenionego przeze mnie artystę - Mansona, acz nie Charlesa, I don't like the dramas, but the dramas like me i choć zaprawdę doceniam kunszt, z jakim Eddie przedstawił postać Człowieka-Nic, posługując się przy tym wersami trafiającymi w sedno - walks on his own, with the thoughts he can't help thinking czy into the sun, oh into the sun, burn burn, oh burn - to jednak ledwie, tudzież aż, mi opowiada a nie mówi wraz ze mną, jak mu się udawało nieraz. Do zrozumienia tej płyty bardzo przydała mi się lektura ww. książki - podłożenie pod nią sytuacji Cobaina w niespotykanym, do tej pory, ujęciu wszystkiego tego, co doprowadziło go do samobójstwa, miast tylko kłapać, że był ćpunem to się zabił, wiele tłumaczy. No, mi tłumaczy. I jak ktoś po przesłuchaniu, po wczytaniu się w treść i to, co między wersami, nadal klepie masspopową teorię, że oni ze sobą walczyli, to ja wysiadam. I trzaskam drzwiami, bo krzywdy nie wyrządzają mi, a im. Co zresztą dane mi było zobaczyć na filmie, do którego może wreszcie dotrę w tej niekończącej się opowieści.

Vs. dokładnie tak, jak mógłby sugerować tytuł, potrzebuje słuchacza w fazie buntu. Nic w tym zdrożnego, jeśli będzie to bunt młodzieńczy, bo ma on mianowicie ten urok i tę niepowtarzalną cechę, że jest boleśnie szczery i pełen energii. Kiedy jeszcze dzieciaki nie są zindoktrynowane przez dorosłość. Nie świat dorosłych, bo przecież z czasem sami go tworzą, ot, nie są pociągiem, który nieudolnie stara się nabrać na powrót rozpędu, tylko są naprawdę, po raz pierwszy rozpędzone. I się sprzeciwiają. Czemu? Naturalnie wszystkiemu, ta płyta to taka bomba w pudełku. Kiedyś gdzieś przeczytałam, że Present Tense kogoś powstrzymał od samobójstwa, co choć łzawe, to miłe. Odważę się jednak postawić teorię, że o wiele bardziej od opowieści o dobru dnia dzisiejszego, wspiera świadomość, że ktoś nie jest sam w danym bagnie, że gdy słucha/czyta/utrzymuje kontakt z kimś, kto też tak ma. I, jak słychać, wyszedł na ludzi, na takich, co po latach o tym dobru dnia... Muzycznie, jak zwykle, też nieprzeciętnie - to wszystko wszak okraszone ciężkimi, jak na okoliczności i zespół, gitarami.

Mówi się, że No Code zamknęło pewien etap, otwierając jednocześnie kolejny. Pearl Jam wszedł w nową fazę i faktycznie, sporo w tym prawdy. Chłopcy stali się panami, okrzepli, dojrzeli, rozgrzany do czerwoności umysł zamienili na ciepło w sercu, ale to, czemu pozostali wierni to nienachalna szczerość. Pisząc o cieple nie mówię o totalnym spsieniu, rozmydleniu, bo przecież Brain of J, ale to już nie to samo. Wystarczy sięgnąć pod vs-owe Rearviewmirror (ależ mi ładnie się wpasowało, bo widzicie - moje mówienie o Pearl Jam bez napomknięcia o Rearviewmirror to nie uchodzi aż. Bardzo mi ten kawałek, jak to się mówi, robi, ale z powodów o których nie będę pisać. Ani tu ani nigdzie.), by dostrzec, że stępili nieco narożniki. Fantastyczne Given to Fly, które sobie zawsze trzymam na podorędziu, jako hymn odbijania się od wszelakich den i trampolin, Wishlist, co nie wymaga większych komentarzy poza wygodnym rozpłynięciem się w fotelu przy nocnej lampce - takiej z winem i takiej z żarówką (Low Light?) - idealny kąsek na jesień. Mniej fanatyczni skojarzą tę płytę z Do the Evolution, który mi, jak na anty-anty przystało, przechodzi bokiem, ale daje mi argument w dyskusji Co się stało z Pearl Jam?

Bo się stało. Nawet dla mnie zeszli z wolna ze sztandarów od czasu tej płyty, zaliczając od tej pory wyłącznie momenty. Utracili jednolitość, przeszli przemianę, której nie mam im tak naprawdę za złe, bo wydali ostatnie świetne tchnienia, jak Binauralowe Nothing as it SeemsSleight of Hand, ostrzejsze Insignificance, przewrotne Soon Forget, zapowiadające późniejsze ukulelowe skoki w bok Veddera.. By rozpocząć temat Riot Act, trzeba nawiązać do wydarzeń w Roskilde z roku 2000. Wtedy to, podczas głośnego festiwalu, doszło do dramatu typowo koncertowego - w wyniku napierania tłumu z tyłów, zginęło 9 osób, które zostały przewrócone a następnie zadeptane. Muzycy przyznają się tylko do poświęcenia im Love Boat Captain, ale słychać, że cały album na wskroś przesiąknięty jest rozważaniami nad ulotnością życia, jego istotnością i potrzebą walki o te zagrożone. Powiem tak - nie jest mi obojętne, bardzo nie jest. Wszyscy moi znajomi świetnie wiedzą, jacy są i nie muszę pokazywać palcami, żeby wiedzieli o kim i o czym mówię. I choćby byli teatralni, to ja dziękuję, wolę dmuchać na zimne. Bo nie wszyscy byli tacy teatralni i nie wszystko się pokończyło tak, jak powinno, żebym teraz machała ręką. Jak już mam wybierać, to wolę mieć tę swoją fobię na punkcie teatralnych samobójców niż pająków. Poza tym nie cała płyta jest taka dołująca, jest bardzo jasne światełko w postaci I Am Mine, co dla takiej indywidualistki - nie, nie indywidualności, może prędzej indywiduum ;) - to miód na serce. W imieniu swoim i cudzym - począwszy od niepoliczalnych pokładów wdzięczności dla Eddiego za to, że pozostał swój i każdemu innemu też. Chwilowo bowiem, a może nie tak znowu chwilowo, nie znajduję większej wartości od siły, pozwalającej ludziom się nie dać. Czasom, innym ludziom, komercji, i wielu innym pokusom.

And now, ladies and gentelmen, nadeszła pora FILMU, gdyż dla niżej podpisanej zainteresowanie twórczością zespołu się wyczerpało. Mają swoją drogę, ale już nie wspólną ze mną. Przynajmniej muzycznie. Mogłabym dodać coś o działalności solowej, ale świętujemy Pearl Jam 20, a nie Members of Pearl Jam 20, także szyt.

Że czekałam, jarając się jak pochodnia, to wiadomo. Że czekałam niecierpliwie, jak pies na spacer, też. Że wielki banan mi na twarzy zagościł na wieść, iż premiera dzień po moich urodzinach, jest takoż znane. Najlepsze zaczęło się na kilka dni przed...

Mieszkam w Polsce, więc przywykłam do tego, że do naszych kin trafiają filmy ze Stanów tak gdzieś w okolicy ich premiery w tychże Stanach, tyle, że na DVD. Całkiem serio brałam też pod uwagę opcję pozyskania filmu drogą Torrenta, bo w ogóle hej, biograficzny? Kiedy w kinie ostatnio był film biograficzny o kimś niższym rangą niż Hitler, c'mon.

Jakąż więc niespodzianką dla mnie było, gdy okazało się, że polskie Multikino wykupiło prawa do wzięcia udziału w światowej premierze filmu, co miało miejsce w ubiegły wtorek o godzinie 20. czasu polskiego. Rzecz nie w lansie, że premiera - rzecz w tym, że to był jedyny dzień, kiedy grali go w kinach. A ja, jak już wielokrotnie mówiłam, do kin mogę mieć różne ale, jednak na tamtejsze nagłośnienie słowa złego nie powiem. Prosty rachunek, film muzyczny = najlepszy w Dolby.
Determinacja moja była tak wielka, że kupiliśmy bilety na Ursynów - drugi koniec miasta, a na pewno drugi koniec linii metra, przyp. Bee. Kupiliśmy, bo poszłam z T. i, automatycznie, z ZMB. Mamusia na doczepkę, jasne, bo nie mogliśmy jej samej w domu zostawić a T. jako nie T., a fan. Bardzo było to miłe, gdy kątem ucha rejestrowałam, jak sobie nuci. Mógł, bo niestety miejsca mieliśmy na tyle bliskie ekranu, że nie przeszkadzał w projekcji.

Posłużę się teraz lekturą nieprzychylnych recenzji z Rotten Tomatoes, bo to nie sztuka wspierać się peanami, zresztą już w szkole wolałam rozprawkowy model argumenty za, argumenty przeciw, wniosek.

Zarzucają mu hermetyczność, że nikt, kto nie wie o co chodzi, nic z niego nie wyciągnie. Nie jest to prawdą - jest wręcz odwrotnie. To ja się nie dowiedziałam niczego tak naprawdę nowego, jedynie zilustrowano mi znane fakty. Zaczęto od Green RiverMother Love Bone, postaci Andy'ego Wooda, co za tym idzie - Temple of the Dog, od historyjki o młodym surferze z San Diego, który wychowywany był przez faceta niebędącego jego ojcem, co sprawiło, że napisał Alive... słowem, dla mnie nihil novi, serio. Nie żałuję, absolutnie, bo garściami mogłam nałapać się nagrań, wersji demo, szczątków wywiadów, filmów z pierwszych koncertów, ale dla nowicjusza - bardzo proszę. Nawet miał na mapie pokazane, gdzie leży Seattle.

Kolejny zarzut to wygodne pominięcie skandali. Good luck, chłopaki, here's the thing - nie było o skandalach, bo skandali... nie było. Bardzo przepraszam fanów Cobaina, że Eddie żyje, bardzo przepraszam fanów Staleya, że się nie zaćpał, fani Soundgarden - sorry, że się nie rozpadli. Ciężko nie opuścić rąk na taki zarzut, bo co? Bo nie są wystarczająco cool? Są, tylko z innego rogu. W filmie pokazana jest ich walka z Ticketmasterem, zajmującym się kolportowaniem biletów na koncerty, jest informacja o uzależnieniu gitarzysty, Mike'a McCready'ego od leków, są ujęcia z koncertów, na których Eddie jest silnie pod wpływem, z adnotacją, iż nie było to jednorazowe a raczej okresowe, jest wiele dowodów na ich zaangażowanie w sprawy polityczno-społeczne, co nie wszystkim się przecież podoba (scena z wykonania Bu$hleaguera, która spotkała się z umiarkowanie przyjemną reakcją publiczności - hint: to na końcu to nie są entuzjastyczne gwizdy). Fakt domniemanej walki między tuzami grunge'u też był jakiś zdemonizowany, gdyż sam Kurt w wywiadzie przyznaje, że kiedyś to może i, ale później się chłopaki dogadały.

Na koniec mój faworyt - does this guy, Chris Cornell, or sth, is the member of Pearl Jam and that's why he was talking so much about them? Nie dogodzisz, widać. Nie wystarczy, widać, podpisać rozmówcy, nie wystarczy zdanie when Chris Cornell with his band, Soundgarden... Widzę już też oczami doświadczonej wyobraźni te zarzuty, że a dlaczego oni nie rozmawiali z nikim spoza? Co, kółko wzajemnej adoracji? A skoro o kółku mowa - czemu nie było więcej o biografiach poszczególnych członków? Dlatego, że każdy film o Nirvanie jest tak naprawdę filmem o Kurcie, który gdzieś tam jakoś miał zespół, co się rozpadł po jego śmierci, jego żona, podła suka ma jakiś pożałowania godny zespolik - Hole, a tak naprawdę to by mogła, durna krowa, siedzieć w domu i niańczyć biedną, osieroconą Frances Bean, a potem myk - powstali Foo Fighters. Ja bym mogła drugie tyle napisać o krzywdzie, jaką wyrządza się Nirvanie, sugerując, że to Kurt Cobain and the Band.
To nie sam Eddie, Jeff, Stone, Mike czy któryś z perkusistów (z pięciu mieli) tworzy zespół, a jest ich, jak na okładce Ten - pięcioro i tę ich jedność film ukazuje doskonale.

Martyrologia w związku z Roskilde? Trzeba być naprawdę nieczułym wałem, by nie dostrzec wagi sprawy. Wychodzi zespół, chce grać i nieść radość słuchaczom, stawia na kartę solidaryzowania się z ludźmi - bo niby czemu walczyli z Ticketmasterem? Przecież strzelali sobie do bramki, walcząc o niższe ceny biletów na swoje koncerty - a tu bang, na ich oczach - bo oni nie zginęli w drodze do szpitala - dziewięcioro z nich ginie. Minęły dwa dni między tym, gdy dowiedziałam się o tym wypadku a dniem, w którym dowiedziałam się na czyim koncercie się wydarzył. Nie powiększyło to mojego współczucia dla ofiar specjalnie. I jeśli faktycznie, był to moment przełomowy, to jasnym jest, że go wytłuszczono.

To tyle o niechętnych odbiorcach. Część z nich zdaje się nie przemyśleć tego, na co się porywa, najwyraźniej. Nie lubię durnych komedii, to ich nie oglądam, a nie oglądam i płaczę, że są durne.

Ja zostałam dopieszczona należycie - zwłaszcza utkwił mi w pamięci ten występ. Mam ogromną słabość do takich zagrań, kiedy publiczność z oddaniem wyręcza wokalistę. I to bez żadnego sing with me, hey, I can't hear you, come on, show me what you've got. Brałam w czymś takim udział niejednokrotnie i tyle jest w tym pozytywnych emocji, że aż wzrusza. Plus wdzięczność na twarzy muzyków, nie za fajrant, a za uświadomienie im, że to, co robią, ma sens. I znajduje odbiorców.

Pytacie o wrażenia? Za krótki. Nie kocham ich może bardziej, nie pokazali, jak mówię, mi nic nowego, dopełnili może nieco opróżnioną ostatnimi wydawnictwami, szklankę. Nie kocham ich bardziej, kocham ich znowu. Ot co.

Happy Birthday, Panowie.

darmowe liczniki statystyki