Niestety. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale wiem, że nie dostałam dokładnie tego, czego oczekiwałam i mam wrażenie niedosytu - i to nie w sensie, że chciałabym, by piątkowy koncert trwał dłużej. Choć na dobrą sprawę nie ma się czego przyczepić.
Tym razem kwestia docierania na koncert poszła jak z płatka i nie ma nic do opowiadania - jak rzadko. Może poza tym, że pojawiłam się pół godziny wcześniej i, oczywista, wykorzystując zapas na uszczknięcie nieco z zapasu papierosów własnych, naoglądałam się cudaków - widzów. Taak, to jest fascynujące widowisko. Pomijam już kwestię normalnego ubierania się na koncerty, bo nikt mnie nie rozumie i wszyscy chcą wyglądać, jakby mieli nadzieję, że gwiazda wieczoru wypatrzy z tłumu. Nie wypatrzy - najczęściej ma zapocone czoło i z niego mu w oczy skapuje, a jeśli nawet coś widzi, to zabielone światłem ze sceny - widziałam, widziałam, bo pokazywali na telebimach, biali jak mleko. Ale przed koncertem feeria. Jak niebo przy finale Wielkiej Orkiestry, światełko do chodnika. Obowiązkowe plakietki, zapewniające solennie, że nosiciel - mogłabym ich określić mniej dziwnie, ale niech mają, nosiciele, to brzmi - co najmniej nie przepada za systemem, workowate spodnie, ale nie te z rzędu hip-hopowych, nie, nie, bliżej im do pantalonów piżamowych, sukienki - jeśli mowa o dziewczęciu - w rozmiarach dwojakich: albo powłóczyste kiece, co sprawia wrażenie jednej nogawki od spodni wyżej wymienionych, albo ekstremalne mini, noszone przez dziewczynki, którym wokaliści kładą w głowę, że don't mind about your weight. Hm, you better do. Buty różnorakie - od niebotycznych obcasów i koturn - noszonych przez obie płcie - do o trzy-numery-za-dużych adidasów tudzież trampek, z obowiązkowo wywiniętymi na wierzch językami, sięgającymi piszczeli co najmniej. I najważniejsze oraz wszechobecne paski. W sensie wzoru, bo co za sens miałoby noszenie piżamowych pantalonów, wyglądających jak zszyte dwa namioty, gdyby trzymał je pasek? To już prędzej szelki, a i tak przypięte do majtek. Bo oni są luźni i im spodnie muszą wisieć, jak nie wiszą to pewnie są już owładnięci demonem mody, nakazującym noszenie rzeczy w odpowiednim dla siebie rozmiarze. Na koniec pragnę uspokoić MEN - młodzież nosi mundurki. Przyznam, że gdybym była młodsza to celowałabym właśnie w tych w mundurkach. Teraz już nie mogę, bo to chyba karalne. A właśnie, bo wiek.
Musicie wiedzieć, że mam pełne prawo do uważania studentów pierwszego roku za młodszych ode mnie, bo gdyby wszystko poszło jak trzeba, to teraz chyba już bym kończyła rok czwarty. Maksimum trzeci. A w piątek ci pierwszoroczniacy stanowili, dumną z siebie niesamowicie, najstarszą grupę. Nie będę się po raz kolejny oddawała rozważaniom czy to o nich dobrze świadczy, że spotykamy się na koncercie Arcade Fire czy o mnie kiepsko, bo słucham muzyki dla małolatów.
Trochę mi się tylko łezka w oku zakręciła, bo mało kto palił zwykłe papierosy, a rządziły cygaretki o zapachach wszelakich. Głównie słodkich, więc tego też nie wiem - czy łezka ze wzruszenia i wspomnień imprez licealnych, czy raczej od tej rzygliwogennej w kupie, mieszanki aromatów.
Dalej - miejsce. Osławiony Torwar, na którym nie takie tuzy muzyki wszelakiej grywały. Można sobie w korytarzach popatrzeć - kto, bo wiszą zdjęcia i faktycznie, nazwiska TAKIE, że można by nabrać nadziei, iż zaraz wejdzie się do niebywale przestrzennego, ogromnego miejsca, gdzie ludzi będzie jak mrówek i ciężko będzie cokolwiek, wiedząc, że się ma bilet na trybuny - będąc powodowanym obawą o los swój w tym hipotetycznym tłumie pod sceną.
PHI!
Po pierwsze dziękuję moim rodzicom, że urodziłam się wtedy, kiedy się urodziłam i dzięki temu byłam ciupinkę za młoda, by znać Pearl Jam wtedy, gdy występowali na Torwarze. Inna sprawa, że poznałam ich jakoś miesiąc po tym koncercie i ile się nawkurzałam, to moje. Jak sobie porównam ze Spodkiem, w którym ich widziałam, to... zresztą, trudno porównać z czymkolwiek mniejszym, co byłoby sportowe. A miałam jak na dłoni, bo ludzi przyszła jedna trzecia tegoż Torwaru może. Także jak na najciekawszy koncert sezonu, będący przedsmakiem Open'era to zawstydzająco cieniutko. Mam nadzieję, że to dlatego, iż reszta się wykosztowała na tegoż Open'era, bo aż przykro było patrzeć na ziejące pustką sektory czy płytę. Gdyby teren był otwarty, to może dałoby się zamarkować, żeśmy się rozpierzchli, ale tak? Biedni Arcade Fire.
Kolejnym przystankiem jest support, czyli Basia Bulat, czyli wreszcie wiem, skąd taki a nie inny stereotyp wokalistki folkowej, bo wpisała się znakomicie. Przeliczając czas przed wyjściem wyszło mi, że się na nią załapię, więc się postanowiłam na szybko ♫zapoznać. O, nie jest źle, jeszcze gra na takim dziwnym czymś, to na pewno będzie miło. Nie było miło. Było strasznie i okrutnie nudno, do ochroniarzy ustawiła się kolejka z nieśmiertelnym pytaniem, czy jak sobie wyjdziemy to czy można wrócić normalnie, to było stuprocentowe potwierdzenie wszystkich obaw, jakie przychodzą na myśl, gdy słyszysz o filigranowej dziewczynie z gitarą akustyczną. I właśnie dzięki takim Basiom lud się boi słuchania Joanny Newsom na przykład, podczas gdy jej ♫Peach, Plum, Pear niepoznania jest niewarte. Podobnież Regina Spektor, choć tej przetarł szlaki spot TVNowskiej ramówki. Nie wątpię, że płyta Basi mogłaby w pewnej atmosferze i przy pewnym nastroju słuchacza zabrzmieć miło, ale na scenie dogorywała i przebrzydle smęciła. I nawet jak, wraz z większością, udaliśmy się na taras palarniany, to nie dało się od niej uwolnić. Dobre chociaż to, że słyszeliśmy jak skończyła i mogliśmy wrócić.
Siedziałam po lewej stronie, w sektorze E, w rzędzie pierwszym - co oznacza w sumie tyle, że miałam zespół... w paski, jakże adekwatnie do trendów modowych pod sceną. Paski wynikały z barierek, które z czasem przestały przeszkadzać i ukazywać zespół we wzorek, bo te niedobitki, jakie stanowiliśmy, po prostu wstały. Na przykład po to, by się upewnić czy ♫Month of May będzie tak samo niezrozumiałe, jak wcześniej. To naprawdę powinno być tak, że do zaproszeń zespołów zagranicznych powinno się dopisywać ale przywieźcie swoich ludzi do nagłośnienia. Tu problem osadzał się na tym, że Wina nie było wcale słychać. Z czasem przestało to przeszkadzać, bo przeszli do utworów, w których czy ten wokal jest czy go nie ma, to wszystko robi muzyka i chórki, ale na początek strach o zmarnowanie szansy, jaką jest zobaczenie Arcade Fire na żywo. Ale potem było tylko lepiej.
Już przy ♫Keep the Car Running zaczęli się rozkręcać i... nakręcać. Tak naprawdę bowiem ten koncert wygrywali atmosferą na scenie, tym, że samo serce rosło, gdy widziało się przyjemność, jaką sprawiają im występy. Mimo, że grali, jak pisałam, dla jednej trzeciej sali. Są jak tykająca bomba, rozpędzony pociąg, który najwyraźniej nigdy nie dociera do celu, tylko hamuje pod koniec. Ale za to co to jest za pęd! Z tymi mikrofonami to nawet zabawna sprawa, bo tylko wokalista miał zły - Regine, jego małżonka, słyszalna była bardzo dobrze, co sprawiło, że śpiewane w duecie, moje ukochane ♫No Cars Go wypadło znakomicie. Za co jestem niezmiernie wdzięczna, bo ze swoją pamięcią za każdym razem, gdy słucham już w domu piosenki, którą słyszałam na żywo, to słyszę ją na nowo i jak bym miała popsutą akurat tę, to byłoby kiepsko, bardzo kiepsko. Niespecjalnie zgodzę się z chłopcem, który wychwala część poświęconą albumowi Funeral, bo tu już wyszły wszystkie niedociągnięcia. To jest jednak płyta, której słucha się bardzo - jakkolwiek nie lubiłabym tego słowa - klimatycznie i żeby oddać ów klimat, to wszystko musi być bez zarzutu. A jak mówię, bez zarzutu nie było. Raczej przestawiłam się na czerpanie radości z faktu, że o, jak miło, że grają ♫Neighbourhood #2 (Laikę), czy ♫Rebellion (Lies), bo bardzo lubię te utwory, niż z uwagi na to, jak brzmią. Choć wyglądali przy tym doprawdy pierwszorzędnie i co mi tam, ważne, że im się podoba. Miałam do czynienia z paskudnymi zespoliszczami, które traktowały to, co robią, jako produkt i choć brzmiały fenomenalnie, to za nic im nie wierzyłam, iż praktykują właśnie chałturnictwo.
Co prowadzi mnie, jak po sznurku, do wniosku, że niezależnie jakby to buntowniczo i fajnie nie brzmiało, to może lepiej by było, by muzycy nie rzucali studiów, na których się poznali, bo potem muszą grać, żeby się utrzymać i wpływa to boleśnie na jakość ich grania. Względnie niech sobie pójdą w tło i nagrywają, nie wiem, soundtracki do filmów czy gier, skoro już muszą tworzyć dla pieniędzy a nie zarabiać na czymś, co sprawia im przyjemność. Ale odbiegłam, prawda.
Tzn. właściwie dobiegłam do końca, bo cóż tu jeszcze powiedzieć? Nie było to wybitne, nawet bym się musiała przymuszać do określenia bardzo dobre. Nie było momentów - ♫Rococo nadal jest bez wyrazu, mimo, że stanowi bardzo dobry materiał a piosenkę, która na płycie wypada tak sobie, ale za to na koncercie!, przy improwizacji... no nie. Już prędzej ♫We Used to Wait. Bardzo, skądinąd, przyjemne ♫Ready to Start to samograj, pewniak, którego właściwość odkryli, z tego co słyszałam i czytałam, wszyscy producenci seriali dla młodzieży, wiedząc, że nie udać się nie może. I faktycznie - wszystko fajnie, ze smaczkiem w postaci umiejscowienia w setliście - większość koncertów w ramach tej trasy bowiem od niego zaczynają - dość banalnie, no ale - a tu rozpoczęli, ale bisy. Zakończyli natomiast ♫Wake Up, które raz z Davidem Bowie usłyszane, nie cieszy bez niego jak kiedyś. Taka to już siła Bowiego - za każdym razem, gdy słucham ♫Without You I'm Nothing Placebo w wersji oryginalnej, to się cofam do tej zalinkowanej.
I pomyśleć, że głupia fantazjowałam jadąc, o tym, że zagrają ♫My Body is a Cage, co w wersji z niesłyszalnym Winem brzmiałoby ze wszech miar źle. I pozwolę sobie nie zachwycać się wersją Petera Gabriela, rozsławioną przez House'a. Sorry.
1) Month of May
2) Sprawl II (Mountains Beyond Mountains)
3) Keep the Car Running
4) No Cars Go
5) Haïti
6) Empty Room
7) Rococo
8) The Suburbs
9) The Suburbs (Continued)
10) Neighborhood #2 (Laika)
11) Neighborhood #1 (Tunnels)
12) We Used to Wait
13) Neighborhood #3 (Power Out)
14) Rebellion (Lies)
15) Ready to Start
16) Intervention
17) Wake Up
26.6.11
22.6.11
WOF, WOF (17-18 czerwca 2011, Stadion Legii, Warszawa)
Skunk Anansie. Moby. The Streets. Plan B. Jamiroquai. Że bilet kupię to wiedziałam już jak pojawiła się informacja o Skunkach - pewnie gdyby to było gdzie indziej, w innym mieście w sensie, to już bym tak ochoczo się nie rwała, gdyż widziałam i w kupie (w Spodku 12 lat temu) i samą Skin (w Gdyni, lat temu 7), a płytę wydali bardzo marną. Ale skoro już pod nosem niemalże, to bardzo chętnie, w końcu muszą zagrać coś poza nowymi kawałkami, a energia Skin na scenie warta jest wielokrotnego oglądania. W miarę napływu informacji o kolejnych artystach zmieniałam zdanie z biletu jednodniowego na karnet, choć wiedziałam, że pozostali będą stanowić dodatek do Skunk Anansie. O jakże się myliłam.
Jak to zwykle w mojej przyrodzie bywa - Murphy nie śpi i kiedy tylko zależy mi na spóźnieniu się na koncert, gdyż support niewart jest mojej uwagi, to, cholera, zdążam na wszystko. Tym razem chciałam ominąć Piotra Lisieckiego, Michała Szpaka i My Chemical Romance. Tja.
O ile obecność Michała Szpaka rozumiem, bo to chyba stanowiło nagrodę za zajęcie drugiego miejsca w X-Faktorze, o tyle po co przybłąkał się Piotr Lisiecki to nie wiem. Nie było go słychać niemal wcale i gdybym nie usłyszała dwukrotnie imienia Jolene, to za nic nie dałoby się zgadnąć, co on tam brzdąka. Michał Szpak to jest z kolei jakaś kosmiczna tragedia, bo pomijając jego szczylowaty image - bo to nie ma nic wspólnego z kontrowersją, to jest co najwyżej controversywannabe, to... X-Faktora nie oglądałam, więc o osobie Michała Szpaka mi jedynie donoszono - że taki, śmaki i owaki, ale głos faktycznie ma. Rzecz w tym, że nie ma. I teraz pytanie - o co chodzi? Śpiewać nie umie, tekstów trzech piosenek (o zgrozo, Californication, Sweet Child O'Mine i Are You Gonna Go My Way?) nie umie, show robić nie umie - bo to, że lata po scenie w żółtym papierem toaletowym Velvet we włosach i próbuje włazić na konstrukcje jest żenujące a nie robiące wrażenie... no kanał jakiś. No, I'm not gonna go your way, ić sobie stont.
Towarzyszący mi na imprezie Rkdeey z Widokzwenus narzekają na nagłośnienie podczas My Chemical Romance. Zapewne słusznie, choć trzeba wziąć pod uwagę, co My Chemical Romance gra. Że gra jakieś bezpłciowe dudnienie, szum, czerwonowłosy chłopak wierzy, że jak się drze to jest dobrze i wtedy mają power i w ogóle reprezentują bardzo dziecinne podejście do tzw. ostrej muzyki. Podzielane przez rzesze nastoletnich fanów trash, srasz metalu, gdzie ważne, żeby była bardzo głośna ściana dźwięku. Nieważne, że nie da się tekstu zrozumieć, że gitara nie ma żadnej melodii, tylko jest maksymalnie przesterowana. Ma być głośno. No to było. W sam raz dla piszczących małolatów. I ci są wniebowzięci, jak czytam na festiwalowym fanpage'u. Wot, dzieciarnia.
Teraz słówko o miejscach, bo z jednej strony wyśmienite, doskonałe, scena jak na dłoni, z lotu Szpaka i widoki przednie, wygodnie bo na siedząco, niemal sam szczyt, ale.
Ale na boga, Skunk Anansie to nie jest zespół do kontemplacji, zwłaszcza, że lata nie zrobiły swojego i dalej są jak dynamit - matrioszka, bo zupełnie oddzielnym dynamitem jest sama Skin. Drobna a energii ma tyle i tak nią zaraża, że już chyba koło trzeciego kawałka zaczęłam pluć sobie w brodę odnośnie zamiany biletów. Z drugiej strony zawsze to jakieś doświadczenie. I wtedy faktycznie słuchasz a nie pozwalasz, by na ocenę tego, czego słuchasz wpływ miały czynniki zewnętrzne, choćbyś się ograniczał do zewnętrza własnego. Wspomniane wcześniej Wonderlustre nie obroniło się, jak to zwykle bywa, w wersji koncertowej - nadal to mętny, acz nie smętny, zbiór pop-rockowych piosenek o miłości potraktowanej w sposób jak najbardziej banalny. Brak możliwości zatopienia się w szaleństwie genialnego dźwięku sprawił, że przez całe ♫My Ugly Boy zastanawiałam się nad sensem słowa boy tamże. Przy wiedzy niespecjalnie zresztą skrywanej, a mówiącej o Skin będącej lesbijką to wygląda to równie sztucznie, jak Ricky Martin robiący, nieumiejętnie, maślane oczy do kobiet w teledyskach. Znaczy... no po cholerę? Chyba, że to skaza ewolucyjna i każda kobieta, niezależnie od okoliczności i uwarunkowań, w pewnym wieku zaczyna postrzegać mężczyzn jako fantastyczne zabawki, na których można wieszać psy i złorzeczyć do woli, będąc święcie przekonanym, że to robi jak najlepsze wrażenie. No nie robi raczej. Wręcz nawet przeciwnie, o czym świadczą opinie ludzi, którzy słuchali ostatniego albumu znając wcześniejsze.
Dlatego też przyjęłam każdy kolejny kawałek zeń ze stoickim spokojem i wiarą, że zaraz nadejdą stare, świetne czasy. I doczekałam się wielokrotnie - ♫I Can Dream słyszałam już po raz trzeci, gdyż zarówno w Spodku jak i na Open'erze, potem ♫Twisted (Everyday Hurts), przy którym pierwszy raz siedziałam bez ruchu, ♫Charlie Big Potato... długo by wymieniać. Może tylko jeszcze wspomnę o ♫Tear the Place Up, bo nie znałam, gdyż znajduje się na Skunkowym zbiorze hitów, Smashes and Trashes a ja, mająca wszystkie płyty, nie widziałam sensu zapoznawania się z wydawnictwem. Niesłusznie, ale koniec końców poznałam dodaną do staroci piosenkę. Przekrój przez twórczość wyśmienity zaserwowano, każdy mógł poczuć się połechtany.
I tu jeszcze bardziej boli wspomnienie koncertu Guano Apes - tu było kompletnie inaczej. I próżno szukać winy wyłącznie w nagłośnieniu, bo jednak GA było co jakiś czas słyszalne i można było stwierdzić, co by było gdyby. Byłoby na pewno mniej energii, mniej sił wokalnych... i wszystko byłoby naprawdę wspaniale, koncert roku, gdyby tego samego dnia nie występował Moby, będący, jak dla mnie, największym zaskoczeniem chyba ze wszystkich koncertów, na jakich miałam okazję się pojawić.
To może brzmi tak, jakbym go wcześniej nie znała, że się tak zachwycam. Znałam, znałam, ale teraz poznałam od innej strony, na nowo najwyraźniej. Bo na co dzień to był sobie Moby, fajny, fajny, nie wiem jednak czy przesłuchałam którąkolwiek z jego płyt w całości, raczej ograniczyłam się do sympatyzowania z singlami. Tymczasem to, co zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Siedziałam przez niemal cały koncert oniemiała z zachwytu, czasem łapiąc się na otwartej ze zdziwienia buzi.
Po pierwsze ugięłam się pod poziomem dopracowania w najdrobniejszych szczegółach piątkowego występu. Bez żadnych popisowych improwizacji - co najczęściej jest tak ryzykownym pomysłem, że mało komu realizacja się udaje, bez bezsensownych rozwlekań, po prostu to, co udało mu się osiągnąć na, wielokrotnie przecież dopieszczanych, albumach. Prostota - umowna, gdyż o muzyce Moby'ego raczej nie da się powiedzieć, że jest prosta - jako najlepszy środek do celu. Ponadto nigdzie indziej jak na scenie tak dobitnie nie widać, że taki jeden mały, niepozorny człowieczek nie musi się rzucać po scenie, drzeć jak opętany, nawet wymyślnie stroić, by stworzyć coś, co pochłania tłumy. To nie była ściana dźwięku, to był wir, który wciągając odwracał uwagę od wszystkiego wokół. Tak można było tylko tonąć i tonąć w. The abyss of sound. Odbudował zarówno tę samą przestrzeń, jaką niesie z sobą w ♫Porcelain, masywność stojącą za ♫Flower czy energię ♫Bodyrock. Swoją drogą bardzo trafny klip, tak to właśnie działa, zdobywa Cię dźwiękiem od wewnątrz, zalewa falą i choćby się waliło czy paliło – nie odwrócisz wzroku. Co najwyżej dasz się porwać, jak my przy ♫Lift Me Up. Umieściłam wideo koncertowe, by nieco oddać, choć nie całkowicie, bo zamiast tej blond filigranowej dzieweczki na scenie Moby’emu towarzyszyła Joy Malcolm – stuprocentowe przeciwieństwo tej, widzianej w klipie. Ciemnoskóra wokalistka obdarzona wyśmienitym, typowo czarnym głosem, który tego wieczora brzmiał jak dzwon i przebijał, stety czy też nie, wielce hołubiony, także przeze mnie, głos Skin. Zresztą, co tu dużo pisać – pechem Skunk Anansie było to, że występowali tego samego dnia, co Moby. Przyćmił ich dokumentnie.
Warto wspomnieć, że Moby był jedyną gwiazdą tegorocznej edycji festiwalu, która bisowała. I raczej nie wynikało to z nieuprzejmości reszty muzyków – tylko jego, i rzecz jasna Joy, chciało się słuchać nieprzerwanie. Właściwie nie wiem, czy tam w środku mi się ten koncert skończył – wciąż i wciąż przypominam sobie kolejne fragmenty. Och, i coś, co akurat w moim przypadku jest niebagatelne: Moby jest pierwszym zagranicznym artystą, który może "dziekować" do woli i ani razu się nie skrzywię, jak ma to miejsce w przypadku całej rzeszy muzyków, którzy chcąc się przypodobać, klecą coś po polsku. On ma urok - oni żenadę.
(mało istotna) Setlista My Chemical Romance:
1) Na Na Na
2) Thank You For The Venom
3) Planetary (GO!)
4) Mama
5) ...Sing
6) Bulletproof Heart
7) Teenager
8) Helena
9) The Only Hope For Me Is You
10) Welcome to the Black Parade
11) I'm Not Okay (I Promise)
12) Famous Last Words
-----------------------------------------------
Setlista Skunk Anansie:
1) Yes It's Fucking Political
2) Charlie Big Potato
3) Because of You
4) God Loves Only You
5) Riff - All In The Name Of Pity (bardzo dobry pomysł z tymi wstawkami, co prawda trochę żal, że same riffy, obiecujące ciągi dalsze, but still)
6) My Love Will Fall
7) I Can Dream
8) Riff – Intellectualize My Blackness
9) My Ugly Boy
10) Weak
11) Hedonism (Just Because You Feel Good)
12) Twisted (Everyday Hurts)
13) On My Hotel TV
14) Tear The Place Up
15) Skankheads (Get off me)
------------------------------------------
Set(but definitely not sit)lista Moby’ego i Jay Malcolm (naprawdę, należy się dziewczynie wyodrębnienie):
1) God Moving
2) In My Heart
3) Go
4) Natural Blues
5) ...We are all made of stars
6) Beatiful
7) Bodyrock
8) Flower
9) Lie down in darkness
10) Honey
11) Porcelain
12) Extreme ways
13) Why does my heart feels so bad?
14) Shot in back of head
15) Disco lies
16) The stars
17) Lift me up
18) Feeling so real (bonus)
Dzień drugi przyniósł z sobą naprawdę spore oczekiwania – po kim? no po kim? po Mobym, jasne – których niestety nie spełnił, przynajmniej jeśli chodzi o Plan B i…. The Streets, który w ostatniej chwili został odwołany. Mike Skinner wydał, co prawda, oświadczenie, z lektury którego wynika, iż jego nieobecność jest w pełni usprawiedliwiona, ale jednak żal. Tym większy, że gros publiczności wykupiło karnety czy nawet bilety jednodniowe tylko z uwagi na jego występ. Bardzo łatwo zakładać takie rzeczy, ale szczerze wierzę, że gdyby wszystko potoczyło się zgodnie z planem, to sobota wypadłaby lepiej. Choć, wbrew obiegowej opinii, nie było wg mnie tak źle.
Na początek rodzime Sistars, które na siłę starało się być luźne, pełne feelingu i freestyle’u. Tymczasem brzmiały najzwyczajniej w świecie sztucznie – upudrowany, wymuskany i zawiązany pod krawat beat, siostry Przybysz nieudolnie próbowały imitować – adekwatnie do noszonego nazwiska – przybycie z bezkompromisowej planety, podczas gdy brzmiały strasznie płasko i jednoznacznie: jakby przybyły z firmy fonograficznej. Cóż, oceniajmy po nazwie: niewiele jest bardziej pretensjonalnych nazw od kombinacji sisters i stars, sorry.
Występ Planu B padł ofiarą festiwalowego, kulawego nagłośnienia – co mądrzejsi, jak Skunks Anansie czy Moby, przywieźli swoich ludzi a ci, co zdali się na naszych, zapłacili gorzką cenę bycia kiepsko wspominanymi.
Zaczęło się od zabawnego beatboxu Faith SFXa. Nieco, przyznam, przydługiego, bo o ile na początku robiło to wrażenie – zaiste, gość ma talent, ale tak po dziesięciu minutach nerwowo spoglądałam na zegarek, konspiracyjnie komentując do Rkdeeya, iż mamy do czynienia z najdłuższym intro świata. Które, szczęśliwie jednak, dobiegło końca i rozpoczął się koncert właściwy. Mimo, że, jak pisałam, kiepsko nagłośniony, to Ben – wokalista Planu, przyp. Bee – ujął mnie swoim nosowym, jak mówią niektórzy, zakatarzonym, głosem. Co kto lubi, ja lubię. Zdołałam przebić się przez filtr nawalających techników i rozkoszowałam się tym, co Plan B naprawdę chciał zaprezentować. A zaprezentował bardzo przyjemny występ, z udatnym wyczuciem klimatu. Myślę sobie, że ciężko tu – podobnie jak w przypadku MCR, choć na zgoła inną skalę – oczekiwać perfekcyjności, geniuszu, wielkiej muzyki czy innych niesamowitości, bo wystarczy posłuchać ♫Prayin’, by wiedzieć, że poza fajnym rozruszaczem, niezłym akompaniamentem do stukania w kolano, stopą czy w kierownicę, gdy stoi się w korku tudzież na światłach, to nie ma się do czynienia z niczym tak naprawdę szczególnym. Tacy, prawda, z wyższej półki, ale to nadal regał a nie pawlacz. Zresztą ja i tak wolę ♫The Recluse, a ten mu wyszedł bardzo zacnie. Następnie chłopaki wzięli się za covery – w pamięci utkwiły mi tylko Stand by Me i Kiss from a rose (oba znajdują się tu, nagranie jest amatorskie, nie moje, kiepskiej jakości, ale pisanie o muzyce jest jak…, dlatego niech będzie namiastka chociaż). Szału nie było, ale jak na moje niespecjalnie wygórowane oczekiwania – dali radę.
Później miały miejsce pewne wydarzenia związane ze zmianą miejsc, składów uczestników i koniec końców Jamiroquaia słuchałam sama, na schodach prowadzących na płytę.
Myli się jednak ten, co myśli, że było mi tam źle. Z początku owszem, gdy z ciepłej posadki na trybunach wpadłam w tłum zasłaniający mi absolutnie wszystko i chodzący mi po plecach, to nie było to najwspanialsze uczucie, ale nie minęło pięć minut a moja skromna postura po raz kolejny okazała się niebywale użyteczna w takich przypadkach. Otóż stanęłam sobie na schodach tak, że nikomu nie zasłaniałam – komu? Pigmejom? ;) – nikt mi nie zasłaniał, gdyż stali schodek czy dwa niżej, ja miałam swoją strefę do private dancing i właściwie nic innego nie było mi potrzebne. Może trzecia ręka do trzymania napoju, bo tańczyłam mając w myśli butelkę, którą ustawiłam sobie między stopami i starałam się jej nie zgubić, nie skopać, nie sturlać, bo było duszno a jak się tańczy, to tym duszniej. A było przy czym, oj było. Jay Kay nie zawiódł – zaserwował fantastyczny koktajl funkowego grania, okraszonego charakterystycznym dla siebie groovem. I bardzo przepraszam, albo i nie, ale nie będę się imała spolszczeń, bo mi to cały efekt popsuje. Było tak, jak mówię – funky grooving, bez dwóch zdań. Nie wyobrażam sobie tak naprawdę siedzenia przy ♫Canned Heat, ♫Cosmic Girl czy ♫Little L, więc zmiana wyszła mi tylko na dobre. No co ja poradzę, że mam ze swoimi nogami i pozostałymi fragmentami słabość do tego gościa w pióropuszu? W którym, tak nawiasem, rzecz jasna, wystąpił i tym razem. Zaimponował nam – bo większość uczestników zabawy podziela moje zdanie – otwartym sprzeciwem, skierowanym w stronę nagłośnieniowców. Niewybrednym, bo okazanym za pomocą fucka, ale jednak. Takie MCR czy Plan B nie pisnęli nawet. Czyli fajnie, czyli ma wizję tego, jak ma wyglądać jego show. Bo show niewątpliwie było, pełną gębą. Taaaak, ten wieczór wart był obecności na stadionie Legii, zwłaszcza, że koncert zwieńczony został tym, na co czekałam od przeszło tygodnia – moje kochane ♫Deeper Underground wykonane z uwzględnieniem wszystkich smaczków i niuansów, jakie niesie za sobą. Perfekcyjne zwieńczenie festiwalu.
Setlista Planu B:
1) Writing's on the Wall
2) Free
3) Welcome to Hell
4) Love Goes Down
5) Prayin'
6) The Recluse
7) Coming up easy
8) What You Gonna Do
9) She Said
10) My Girl / Stand By Me
11) Dubstep medley, Kiss from a rose, forget about b
12) Pieces
13) Stay Too Long
-------------------------------------------------------------------------
Set-funk-lista Jamiroquai:
1) Rock Dust Light Star
2) Main Vein
3) Cosmic Girl
4) You Give Me Something / Smoke ...And Mirrors
5) Little L
6) Canned Heat
7) Space Cowboy / Hurtin
8) Feels Just Like It Should / Corner of the Earth
9) Love Foolosophy
10) Travelling Without Moving
11) Alright
12) Deeper Underground
13) White Knuckle Ride (faktycznie, coś tam rozbrzmiewało, gdy się ulatniałam, by spotkać się z koleżanką [Ooo, jezu, Karolcia, jak Ty wyglądasz, sama skóra i kości, no cóż – jednym z elementów German Dream, za którym tęsknię najbardziej, jest niereglamentowana oferta gastronomiczna, nie?])
…. i trochę szkoda braku ♫Virtual Insanity, ale w sumie nadrobił z nawiązką.
Można doszukać się wielu mankamentów, głównie po stronie nagłośnieniowców i karmicieli – gliniana pizza to nie jest to, co Pszczoły lubią najbardziej. Zimne hot-dogi takoż. Przyjezdni kręcą nosem na organizację, ja tu się nie wypowiadam, bo mi w hotelu spać nie kazano, a co za tym idzie – do któregokolwiek dojeżdżać nocą. Docenić jednak trzeba organizację ruchu pokoncertowego – poza paroma niecierpliwymi idiotami, którzy nie mogli ustać chwilę dłużej na światłach, by spokojnie przejść z tłumem na drugą stronę ulicy. Jak dla mnie mogli iść, co najwyżej by przeszli na tę trochę inną Drugą Stronę.
Mogę sobie nieco popluć w brodę, że wymieniłam bilet z płyty na trybuny, ale, jak pisałam, zawsze to jakieś nowe doświadczenie. Na przykład teraz już będę wiedziała, żeby raczej nie wymieniać, gdy chodzi o zespoły czy wykonawców, przy których w domu usiedzieć nie mogę. Będę też skłonniejsza do pozostania wierną tradycji samotnego chodzenia na koncerty, bo gust mam najwyraźniej osobliwy i nie mówię tu o nazwach a o brzmieniach i jak mi się nie będzie podobało, to sobie pójdę i ponarzekam po albo wcale, bo w końcu nikt mnie wołami nie ciągnął, miast wyrażać swoją skrajną dezaprobatę w trakcie. Bo i na co to komu. I zacznę inwestować w festiwale, bo zarówno na Orange’u jak i na niegdysiejszym Open’erze, wszystko, czego nie znałam lub znałam pobieżnie, wypadało bardzo przekonująco. Choćby za sprawą atmosfery. Okej, nie lubię, nie znoszę wręcz tłumów, ale gdy mamy ten sam cel – cieszyć się dużą dawką muzyki, to chyba znoszę ich chętniej.
Tyle, że nie wiem jak to będzie z pisaniem o nich, bo było miło, ale wymiękam.
A teraz odliczanie do piątku, do Arcade Fire.
Jak to zwykle w mojej przyrodzie bywa - Murphy nie śpi i kiedy tylko zależy mi na spóźnieniu się na koncert, gdyż support niewart jest mojej uwagi, to, cholera, zdążam na wszystko. Tym razem chciałam ominąć Piotra Lisieckiego, Michała Szpaka i My Chemical Romance. Tja.
O ile obecność Michała Szpaka rozumiem, bo to chyba stanowiło nagrodę za zajęcie drugiego miejsca w X-Faktorze, o tyle po co przybłąkał się Piotr Lisiecki to nie wiem. Nie było go słychać niemal wcale i gdybym nie usłyszała dwukrotnie imienia Jolene, to za nic nie dałoby się zgadnąć, co on tam brzdąka. Michał Szpak to jest z kolei jakaś kosmiczna tragedia, bo pomijając jego szczylowaty image - bo to nie ma nic wspólnego z kontrowersją, to jest co najwyżej controversywannabe, to... X-Faktora nie oglądałam, więc o osobie Michała Szpaka mi jedynie donoszono - że taki, śmaki i owaki, ale głos faktycznie ma. Rzecz w tym, że nie ma. I teraz pytanie - o co chodzi? Śpiewać nie umie, tekstów trzech piosenek (o zgrozo, Californication, Sweet Child O'Mine i Are You Gonna Go My Way?) nie umie, show robić nie umie - bo to, że lata po scenie w żółtym papierem toaletowym Velvet we włosach i próbuje włazić na konstrukcje jest żenujące a nie robiące wrażenie... no kanał jakiś. No, I'm not gonna go your way, ić sobie stont.
Towarzyszący mi na imprezie Rkdeey z Widokzwenus narzekają na nagłośnienie podczas My Chemical Romance. Zapewne słusznie, choć trzeba wziąć pod uwagę, co My Chemical Romance gra. Że gra jakieś bezpłciowe dudnienie, szum, czerwonowłosy chłopak wierzy, że jak się drze to jest dobrze i wtedy mają power i w ogóle reprezentują bardzo dziecinne podejście do tzw. ostrej muzyki. Podzielane przez rzesze nastoletnich fanów trash, srasz metalu, gdzie ważne, żeby była bardzo głośna ściana dźwięku. Nieważne, że nie da się tekstu zrozumieć, że gitara nie ma żadnej melodii, tylko jest maksymalnie przesterowana. Ma być głośno. No to było. W sam raz dla piszczących małolatów. I ci są wniebowzięci, jak czytam na festiwalowym fanpage'u. Wot, dzieciarnia.
Teraz słówko o miejscach, bo z jednej strony wyśmienite, doskonałe, scena jak na dłoni, z lotu Szpaka i widoki przednie, wygodnie bo na siedząco, niemal sam szczyt, ale.
Ale na boga, Skunk Anansie to nie jest zespół do kontemplacji, zwłaszcza, że lata nie zrobiły swojego i dalej są jak dynamit - matrioszka, bo zupełnie oddzielnym dynamitem jest sama Skin. Drobna a energii ma tyle i tak nią zaraża, że już chyba koło trzeciego kawałka zaczęłam pluć sobie w brodę odnośnie zamiany biletów. Z drugiej strony zawsze to jakieś doświadczenie. I wtedy faktycznie słuchasz a nie pozwalasz, by na ocenę tego, czego słuchasz wpływ miały czynniki zewnętrzne, choćbyś się ograniczał do zewnętrza własnego. Wspomniane wcześniej Wonderlustre nie obroniło się, jak to zwykle bywa, w wersji koncertowej - nadal to mętny, acz nie smętny, zbiór pop-rockowych piosenek o miłości potraktowanej w sposób jak najbardziej banalny. Brak możliwości zatopienia się w szaleństwie genialnego dźwięku sprawił, że przez całe ♫My Ugly Boy zastanawiałam się nad sensem słowa boy tamże. Przy wiedzy niespecjalnie zresztą skrywanej, a mówiącej o Skin będącej lesbijką to wygląda to równie sztucznie, jak Ricky Martin robiący, nieumiejętnie, maślane oczy do kobiet w teledyskach. Znaczy... no po cholerę? Chyba, że to skaza ewolucyjna i każda kobieta, niezależnie od okoliczności i uwarunkowań, w pewnym wieku zaczyna postrzegać mężczyzn jako fantastyczne zabawki, na których można wieszać psy i złorzeczyć do woli, będąc święcie przekonanym, że to robi jak najlepsze wrażenie. No nie robi raczej. Wręcz nawet przeciwnie, o czym świadczą opinie ludzi, którzy słuchali ostatniego albumu znając wcześniejsze.
Dlatego też przyjęłam każdy kolejny kawałek zeń ze stoickim spokojem i wiarą, że zaraz nadejdą stare, świetne czasy. I doczekałam się wielokrotnie - ♫I Can Dream słyszałam już po raz trzeci, gdyż zarówno w Spodku jak i na Open'erze, potem ♫Twisted (Everyday Hurts), przy którym pierwszy raz siedziałam bez ruchu, ♫Charlie Big Potato... długo by wymieniać. Może tylko jeszcze wspomnę o ♫Tear the Place Up, bo nie znałam, gdyż znajduje się na Skunkowym zbiorze hitów, Smashes and Trashes a ja, mająca wszystkie płyty, nie widziałam sensu zapoznawania się z wydawnictwem. Niesłusznie, ale koniec końców poznałam dodaną do staroci piosenkę. Przekrój przez twórczość wyśmienity zaserwowano, każdy mógł poczuć się połechtany.
I tu jeszcze bardziej boli wspomnienie koncertu Guano Apes - tu było kompletnie inaczej. I próżno szukać winy wyłącznie w nagłośnieniu, bo jednak GA było co jakiś czas słyszalne i można było stwierdzić, co by było gdyby. Byłoby na pewno mniej energii, mniej sił wokalnych... i wszystko byłoby naprawdę wspaniale, koncert roku, gdyby tego samego dnia nie występował Moby, będący, jak dla mnie, największym zaskoczeniem chyba ze wszystkich koncertów, na jakich miałam okazję się pojawić.
To może brzmi tak, jakbym go wcześniej nie znała, że się tak zachwycam. Znałam, znałam, ale teraz poznałam od innej strony, na nowo najwyraźniej. Bo na co dzień to był sobie Moby, fajny, fajny, nie wiem jednak czy przesłuchałam którąkolwiek z jego płyt w całości, raczej ograniczyłam się do sympatyzowania z singlami. Tymczasem to, co zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Siedziałam przez niemal cały koncert oniemiała z zachwytu, czasem łapiąc się na otwartej ze zdziwienia buzi.
Po pierwsze ugięłam się pod poziomem dopracowania w najdrobniejszych szczegółach piątkowego występu. Bez żadnych popisowych improwizacji - co najczęściej jest tak ryzykownym pomysłem, że mało komu realizacja się udaje, bez bezsensownych rozwlekań, po prostu to, co udało mu się osiągnąć na, wielokrotnie przecież dopieszczanych, albumach. Prostota - umowna, gdyż o muzyce Moby'ego raczej nie da się powiedzieć, że jest prosta - jako najlepszy środek do celu. Ponadto nigdzie indziej jak na scenie tak dobitnie nie widać, że taki jeden mały, niepozorny człowieczek nie musi się rzucać po scenie, drzeć jak opętany, nawet wymyślnie stroić, by stworzyć coś, co pochłania tłumy. To nie była ściana dźwięku, to był wir, który wciągając odwracał uwagę od wszystkiego wokół. Tak można było tylko tonąć i tonąć w. The abyss of sound. Odbudował zarówno tę samą przestrzeń, jaką niesie z sobą w ♫Porcelain, masywność stojącą za ♫Flower czy energię ♫Bodyrock. Swoją drogą bardzo trafny klip, tak to właśnie działa, zdobywa Cię dźwiękiem od wewnątrz, zalewa falą i choćby się waliło czy paliło – nie odwrócisz wzroku. Co najwyżej dasz się porwać, jak my przy ♫Lift Me Up. Umieściłam wideo koncertowe, by nieco oddać, choć nie całkowicie, bo zamiast tej blond filigranowej dzieweczki na scenie Moby’emu towarzyszyła Joy Malcolm – stuprocentowe przeciwieństwo tej, widzianej w klipie. Ciemnoskóra wokalistka obdarzona wyśmienitym, typowo czarnym głosem, który tego wieczora brzmiał jak dzwon i przebijał, stety czy też nie, wielce hołubiony, także przeze mnie, głos Skin. Zresztą, co tu dużo pisać – pechem Skunk Anansie było to, że występowali tego samego dnia, co Moby. Przyćmił ich dokumentnie.
Warto wspomnieć, że Moby był jedyną gwiazdą tegorocznej edycji festiwalu, która bisowała. I raczej nie wynikało to z nieuprzejmości reszty muzyków – tylko jego, i rzecz jasna Joy, chciało się słuchać nieprzerwanie. Właściwie nie wiem, czy tam w środku mi się ten koncert skończył – wciąż i wciąż przypominam sobie kolejne fragmenty. Och, i coś, co akurat w moim przypadku jest niebagatelne: Moby jest pierwszym zagranicznym artystą, który może "dziekować" do woli i ani razu się nie skrzywię, jak ma to miejsce w przypadku całej rzeszy muzyków, którzy chcąc się przypodobać, klecą coś po polsku. On ma urok - oni żenadę.
(mało istotna) Setlista My Chemical Romance:
1) Na Na Na
2) Thank You For The Venom
3) Planetary (GO!)
4) Mama
5) ...Sing
6) Bulletproof Heart
7) Teenager
8) Helena
9) The Only Hope For Me Is You
10) Welcome to the Black Parade
11) I'm Not Okay (I Promise)
12) Famous Last Words
-----------------------------------------------
Setlista Skunk Anansie:
1) Yes It's Fucking Political
2) Charlie Big Potato
3) Because of You
4) God Loves Only You
5) Riff - All In The Name Of Pity (bardzo dobry pomysł z tymi wstawkami, co prawda trochę żal, że same riffy, obiecujące ciągi dalsze, but still)
6) My Love Will Fall
7) I Can Dream
8) Riff – Intellectualize My Blackness
9) My Ugly Boy
10) Weak
11) Hedonism (Just Because You Feel Good)
12) Twisted (Everyday Hurts)
13) On My Hotel TV
14) Tear The Place Up
15) Skankheads (Get off me)
------------------------------------------
Set(but definitely not sit)lista Moby’ego i Jay Malcolm (naprawdę, należy się dziewczynie wyodrębnienie):
1) God Moving
2) In My Heart
3) Go
4) Natural Blues
5) ...We are all made of stars
6) Beatiful
7) Bodyrock
8) Flower
9) Lie down in darkness
10) Honey
11) Porcelain
12) Extreme ways
13) Why does my heart feels so bad?
14) Shot in back of head
15) Disco lies
16) The stars
17) Lift me up
18) Feeling so real (bonus)
Dzień drugi przyniósł z sobą naprawdę spore oczekiwania – po kim? no po kim? po Mobym, jasne – których niestety nie spełnił, przynajmniej jeśli chodzi o Plan B i…. The Streets, który w ostatniej chwili został odwołany. Mike Skinner wydał, co prawda, oświadczenie, z lektury którego wynika, iż jego nieobecność jest w pełni usprawiedliwiona, ale jednak żal. Tym większy, że gros publiczności wykupiło karnety czy nawet bilety jednodniowe tylko z uwagi na jego występ. Bardzo łatwo zakładać takie rzeczy, ale szczerze wierzę, że gdyby wszystko potoczyło się zgodnie z planem, to sobota wypadłaby lepiej. Choć, wbrew obiegowej opinii, nie było wg mnie tak źle.
Na początek rodzime Sistars, które na siłę starało się być luźne, pełne feelingu i freestyle’u. Tymczasem brzmiały najzwyczajniej w świecie sztucznie – upudrowany, wymuskany i zawiązany pod krawat beat, siostry Przybysz nieudolnie próbowały imitować – adekwatnie do noszonego nazwiska – przybycie z bezkompromisowej planety, podczas gdy brzmiały strasznie płasko i jednoznacznie: jakby przybyły z firmy fonograficznej. Cóż, oceniajmy po nazwie: niewiele jest bardziej pretensjonalnych nazw od kombinacji sisters i stars, sorry.
Występ Planu B padł ofiarą festiwalowego, kulawego nagłośnienia – co mądrzejsi, jak Skunks Anansie czy Moby, przywieźli swoich ludzi a ci, co zdali się na naszych, zapłacili gorzką cenę bycia kiepsko wspominanymi.
Zaczęło się od zabawnego beatboxu Faith SFXa. Nieco, przyznam, przydługiego, bo o ile na początku robiło to wrażenie – zaiste, gość ma talent, ale tak po dziesięciu minutach nerwowo spoglądałam na zegarek, konspiracyjnie komentując do Rkdeeya, iż mamy do czynienia z najdłuższym intro świata. Które, szczęśliwie jednak, dobiegło końca i rozpoczął się koncert właściwy. Mimo, że, jak pisałam, kiepsko nagłośniony, to Ben – wokalista Planu, przyp. Bee – ujął mnie swoim nosowym, jak mówią niektórzy, zakatarzonym, głosem. Co kto lubi, ja lubię. Zdołałam przebić się przez filtr nawalających techników i rozkoszowałam się tym, co Plan B naprawdę chciał zaprezentować. A zaprezentował bardzo przyjemny występ, z udatnym wyczuciem klimatu. Myślę sobie, że ciężko tu – podobnie jak w przypadku MCR, choć na zgoła inną skalę – oczekiwać perfekcyjności, geniuszu, wielkiej muzyki czy innych niesamowitości, bo wystarczy posłuchać ♫Prayin’, by wiedzieć, że poza fajnym rozruszaczem, niezłym akompaniamentem do stukania w kolano, stopą czy w kierownicę, gdy stoi się w korku tudzież na światłach, to nie ma się do czynienia z niczym tak naprawdę szczególnym. Tacy, prawda, z wyższej półki, ale to nadal regał a nie pawlacz. Zresztą ja i tak wolę ♫The Recluse, a ten mu wyszedł bardzo zacnie. Następnie chłopaki wzięli się za covery – w pamięci utkwiły mi tylko Stand by Me i Kiss from a rose (oba znajdują się tu, nagranie jest amatorskie, nie moje, kiepskiej jakości, ale pisanie o muzyce jest jak…, dlatego niech będzie namiastka chociaż). Szału nie było, ale jak na moje niespecjalnie wygórowane oczekiwania – dali radę.
Później miały miejsce pewne wydarzenia związane ze zmianą miejsc, składów uczestników i koniec końców Jamiroquaia słuchałam sama, na schodach prowadzących na płytę.
Myli się jednak ten, co myśli, że było mi tam źle. Z początku owszem, gdy z ciepłej posadki na trybunach wpadłam w tłum zasłaniający mi absolutnie wszystko i chodzący mi po plecach, to nie było to najwspanialsze uczucie, ale nie minęło pięć minut a moja skromna postura po raz kolejny okazała się niebywale użyteczna w takich przypadkach. Otóż stanęłam sobie na schodach tak, że nikomu nie zasłaniałam – komu? Pigmejom? ;) – nikt mi nie zasłaniał, gdyż stali schodek czy dwa niżej, ja miałam swoją strefę do private dancing i właściwie nic innego nie było mi potrzebne. Może trzecia ręka do trzymania napoju, bo tańczyłam mając w myśli butelkę, którą ustawiłam sobie między stopami i starałam się jej nie zgubić, nie skopać, nie sturlać, bo było duszno a jak się tańczy, to tym duszniej. A było przy czym, oj było. Jay Kay nie zawiódł – zaserwował fantastyczny koktajl funkowego grania, okraszonego charakterystycznym dla siebie groovem. I bardzo przepraszam, albo i nie, ale nie będę się imała spolszczeń, bo mi to cały efekt popsuje. Było tak, jak mówię – funky grooving, bez dwóch zdań. Nie wyobrażam sobie tak naprawdę siedzenia przy ♫Canned Heat, ♫Cosmic Girl czy ♫Little L, więc zmiana wyszła mi tylko na dobre. No co ja poradzę, że mam ze swoimi nogami i pozostałymi fragmentami słabość do tego gościa w pióropuszu? W którym, tak nawiasem, rzecz jasna, wystąpił i tym razem. Zaimponował nam – bo większość uczestników zabawy podziela moje zdanie – otwartym sprzeciwem, skierowanym w stronę nagłośnieniowców. Niewybrednym, bo okazanym za pomocą fucka, ale jednak. Takie MCR czy Plan B nie pisnęli nawet. Czyli fajnie, czyli ma wizję tego, jak ma wyglądać jego show. Bo show niewątpliwie było, pełną gębą. Taaaak, ten wieczór wart był obecności na stadionie Legii, zwłaszcza, że koncert zwieńczony został tym, na co czekałam od przeszło tygodnia – moje kochane ♫Deeper Underground wykonane z uwzględnieniem wszystkich smaczków i niuansów, jakie niesie za sobą. Perfekcyjne zwieńczenie festiwalu.
Setlista Planu B:
1) Writing's on the Wall
2) Free
3) Welcome to Hell
4) Love Goes Down
5) Prayin'
6) The Recluse
7) Coming up easy
8) What You Gonna Do
9) She Said
10) My Girl / Stand By Me
11) Dubstep medley, Kiss from a rose, forget about b
12) Pieces
13) Stay Too Long
-------------------------------------------------------------------------
Set-funk-lista Jamiroquai:
1) Rock Dust Light Star
2) Main Vein
3) Cosmic Girl
4) You Give Me Something / Smoke ...And Mirrors
5) Little L
6) Canned Heat
7) Space Cowboy / Hurtin
8) Feels Just Like It Should / Corner of the Earth
9) Love Foolosophy
10) Travelling Without Moving
11) Alright
12) Deeper Underground
13) White Knuckle Ride (faktycznie, coś tam rozbrzmiewało, gdy się ulatniałam, by spotkać się z koleżanką [Ooo, jezu, Karolcia, jak Ty wyglądasz, sama skóra i kości, no cóż – jednym z elementów German Dream, za którym tęsknię najbardziej, jest niereglamentowana oferta gastronomiczna, nie?])
…. i trochę szkoda braku ♫Virtual Insanity, ale w sumie nadrobił z nawiązką.
Można doszukać się wielu mankamentów, głównie po stronie nagłośnieniowców i karmicieli – gliniana pizza to nie jest to, co Pszczoły lubią najbardziej. Zimne hot-dogi takoż. Przyjezdni kręcą nosem na organizację, ja tu się nie wypowiadam, bo mi w hotelu spać nie kazano, a co za tym idzie – do któregokolwiek dojeżdżać nocą. Docenić jednak trzeba organizację ruchu pokoncertowego – poza paroma niecierpliwymi idiotami, którzy nie mogli ustać chwilę dłużej na światłach, by spokojnie przejść z tłumem na drugą stronę ulicy. Jak dla mnie mogli iść, co najwyżej by przeszli na tę trochę inną Drugą Stronę.
Mogę sobie nieco popluć w brodę, że wymieniłam bilet z płyty na trybuny, ale, jak pisałam, zawsze to jakieś nowe doświadczenie. Na przykład teraz już będę wiedziała, żeby raczej nie wymieniać, gdy chodzi o zespoły czy wykonawców, przy których w domu usiedzieć nie mogę. Będę też skłonniejsza do pozostania wierną tradycji samotnego chodzenia na koncerty, bo gust mam najwyraźniej osobliwy i nie mówię tu o nazwach a o brzmieniach i jak mi się nie będzie podobało, to sobie pójdę i ponarzekam po albo wcale, bo w końcu nikt mnie wołami nie ciągnął, miast wyrażać swoją skrajną dezaprobatę w trakcie. Bo i na co to komu. I zacznę inwestować w festiwale, bo zarówno na Orange’u jak i na niegdysiejszym Open’erze, wszystko, czego nie znałam lub znałam pobieżnie, wypadało bardzo przekonująco. Choćby za sprawą atmosfery. Okej, nie lubię, nie znoszę wręcz tłumów, ale gdy mamy ten sam cel – cieszyć się dużą dawką muzyki, to chyba znoszę ich chętniej.
Tyle, że nie wiem jak to będzie z pisaniem o nich, bo było miło, ale wymiękam.
A teraz odliczanie do piątku, do Arcade Fire.
12.6.11
Have scored the scores.
Podobno najlepsze imprezy to te, na których pierwotnie miało nas nie być. Mogę sparafrazować, ograniczając się do koncertów, bo gdy gdzieś w necie znalazłam informację o Koncercie Muzyki Filmowej to tylko się ucieszyłam z idei, ale miałam na uwadze inne koncerty i, mówiąc wprost, finansowo się nieco obawiałam. Zwłaszcza, że, nie wiedzieć czemu, obawiałam się kupna biletu na dostawkę, myśląc, że oznacza to siedzenie gdzieś w rogu a najlepiej to skuloną gdzieś pod siedzeniami. Z czasem jednak miłość do muzyki wygrała, skonsultowałam się z Wio, co swoje przezwisko zawdzięcza niczemu innemu jak instrumentowi, na którym gra i kupiłam. Na dostawkę. Wróciłam wniebowzięta, więc nie było tak źle.
A wręcz przeciwnie.
Czego by nie mówić o orkiestrach czy muzyce symfonicznej, to to jest klasa sama w sobie. Którą zauważyłam szczęśliwie sama będąc w klasie... chyba trzeciej, czy czwartej. Otóż to, co większość dzieciaków wspomina ze zgrozą, czyli wyjścia do filharmonii, mi się bardzo podobało. Podczas gdy oni się starali tak wyjść do toalety czy na przerwę, by już nie wracać, to ja, nie zważając, że wyjdę na dziwaka - a bo to pierwszy raz? - wracałam. A propos wracania, to oczywiście później zdarzyło się Życie i nie bardzo miałam okazję, okej, chęć też osłabła, do wizyt w operze czy właśnie filharmonii aż nadeszły złote czasy drugiego liceum, gdzie trafiłam na połowę klasy chodzącej do szkoły muzycznej. Nie chciał Mahomet do góry, to oni zaczęli występować na przeróżnych akademiach w naszej szkole. A już koniec końców zaczęłam bywać z Wio na próbach generalnych baletów, na ich dyplomach, egzaminach...
Obawiam się, że jak użyję słowa niesamowite, to niewiele wniosę, bo już je tak powycierałam pisząc o kolejnych przeżyciach muzycznych, że się nieco zdewaluowało. Zgoda. Dopiszę więc o szlachetności, jaką charakteryzuje się muzyka symfoniczna. I dostrzec ją można najlepiej właśnie podczas oglądania i słuchania jej na żywo, kiedy na Twoich oczach się rodzi, z kilkudziesięciu niepozornych instrumentów, do których dołączone są filigranowe skrzypaczki, wiolonczelistki, flecistki, lisi posturą ksylofoniści, kontrabasiści... może tylko trębacze się wyłamują, powstaje coś, co zapiera dech. Ujmuje perfekcyjną synchronizacją, porywa energią i Ty to widzisz, tu nie ma ściemy, że coś gdzieś korektorem, playbackiem wspierane, nie. Po prostu powstaje.
Dziś wieczór powstało 18 razy. W ogromnej mierze był to koncert muzyki Johna Williamsa, z domieszką Zimmera, Hornera i Silvestriego. Chciałabym móc napisać, że było to osiemnaście absolutnie perfekcyjnych utworów. Było, szesnaście. Dwa z cyklu Gwiezdnych Wojen przynudzały, no ale reszta bez zarzutu. Uśmiech nie schodził mi z twarzy, raz tylko ustępując miejsca lekkiemu wzruszeniu, ale dokładnie wtedy, kiedy się spodziewałam, także spoko. Do tego stopnia, że ja koniecznie muszę obejrzeć w najbliższym czasie te wszystkie filmy, choćby i enty raz.
Na początku niespodzianka w postaci muzyki z reklamówki 20th Century Fox. Jak w filmie. Ach, właśnie, zapomniałabym. Na telebimie wyświetlano kadry i sceny z filmów, z których grane były tematy.
1. Alfred Newman - Fanfara Fox
2. John Williams - Gwiezdne Wojny: Theme
3. John Williams - Gwiezdne Wojny: Księżniczka Leia
4. John Williams - Gwiezdne Wojny: ♫The Imperial March (właściwie potem mogłam iść do domu, to był główny cel mojej wizyty, Darth Vader wkroczył na scenę, co widać zresztą na filmie)
5. John Williams - Gwiezdne Wojny: Yoda
6. John Williams - Gwiezdne Wojny: Komnata Królewska i Finał
no właśnie te dwa jakoś tak niezakoniecznie
7. John Williams - Szczęki
8. John Williams - Park Jurajski
9. John Williams - Superman, rzecz o tyle ciekawa, że filmu nie widziałam, ale mnie zachęcili do nadrobienia zaległości
10. Hans Zimmer - Gladiator
11. James Horner - Titanic, no muzyka to tam była akurat świetna. Nawet prosty zabieg, jak porównanie ♫My Heart Will Go On z ♫Rose pokazuje, jak wiele zmienić - na gorsze - przerobienie utworu na piosenkę. Tu do orkiestry dołączyła solistka i laureatka stu milionów nagród, co nie uchroniło jej przed miauczeniem za nisko i za głośno, no ale. Jak już się zamknęła, to było niebywale. Nie, nie chlipałam, ale kto wie, gdyby całą płytę tak przelecieli.
12. Alan Silvestri - Forrest Gump
i w Finale największe hity Williamsa: Gwiezdne Wojny i Superman po raz drugi, Harry Potter jakiś taki nijaki, ale to nie orkiestra, to Williams, Poszukiwacze Zaginionej Arki i E.T..
Całość w wykonaniu Polskiej Orkiestry Radiowej, pod batutą Macieja Sztora.
A wręcz przeciwnie.
Czego by nie mówić o orkiestrach czy muzyce symfonicznej, to to jest klasa sama w sobie. Którą zauważyłam szczęśliwie sama będąc w klasie... chyba trzeciej, czy czwartej. Otóż to, co większość dzieciaków wspomina ze zgrozą, czyli wyjścia do filharmonii, mi się bardzo podobało. Podczas gdy oni się starali tak wyjść do toalety czy na przerwę, by już nie wracać, to ja, nie zważając, że wyjdę na dziwaka - a bo to pierwszy raz? - wracałam. A propos wracania, to oczywiście później zdarzyło się Życie i nie bardzo miałam okazję, okej, chęć też osłabła, do wizyt w operze czy właśnie filharmonii aż nadeszły złote czasy drugiego liceum, gdzie trafiłam na połowę klasy chodzącej do szkoły muzycznej. Nie chciał Mahomet do góry, to oni zaczęli występować na przeróżnych akademiach w naszej szkole. A już koniec końców zaczęłam bywać z Wio na próbach generalnych baletów, na ich dyplomach, egzaminach...
Obawiam się, że jak użyję słowa niesamowite, to niewiele wniosę, bo już je tak powycierałam pisząc o kolejnych przeżyciach muzycznych, że się nieco zdewaluowało. Zgoda. Dopiszę więc o szlachetności, jaką charakteryzuje się muzyka symfoniczna. I dostrzec ją można najlepiej właśnie podczas oglądania i słuchania jej na żywo, kiedy na Twoich oczach się rodzi, z kilkudziesięciu niepozornych instrumentów, do których dołączone są filigranowe skrzypaczki, wiolonczelistki, flecistki, lisi posturą ksylofoniści, kontrabasiści... może tylko trębacze się wyłamują, powstaje coś, co zapiera dech. Ujmuje perfekcyjną synchronizacją, porywa energią i Ty to widzisz, tu nie ma ściemy, że coś gdzieś korektorem, playbackiem wspierane, nie. Po prostu powstaje.
Dziś wieczór powstało 18 razy. W ogromnej mierze był to koncert muzyki Johna Williamsa, z domieszką Zimmera, Hornera i Silvestriego. Chciałabym móc napisać, że było to osiemnaście absolutnie perfekcyjnych utworów. Było, szesnaście. Dwa z cyklu Gwiezdnych Wojen przynudzały, no ale reszta bez zarzutu. Uśmiech nie schodził mi z twarzy, raz tylko ustępując miejsca lekkiemu wzruszeniu, ale dokładnie wtedy, kiedy się spodziewałam, także spoko. Do tego stopnia, że ja koniecznie muszę obejrzeć w najbliższym czasie te wszystkie filmy, choćby i enty raz.
Na początku niespodzianka w postaci muzyki z reklamówki 20th Century Fox. Jak w filmie. Ach, właśnie, zapomniałabym. Na telebimie wyświetlano kadry i sceny z filmów, z których grane były tematy.
1. Alfred Newman - Fanfara Fox
2. John Williams - Gwiezdne Wojny: Theme
3. John Williams - Gwiezdne Wojny: Księżniczka Leia
4. John Williams - Gwiezdne Wojny: ♫The Imperial March (właściwie potem mogłam iść do domu, to był główny cel mojej wizyty, Darth Vader wkroczył na scenę, co widać zresztą na filmie)
5. John Williams - Gwiezdne Wojny: Yoda
6. John Williams - Gwiezdne Wojny: Komnata Królewska i Finał
no właśnie te dwa jakoś tak niezakoniecznie
7. John Williams - Szczęki
8. John Williams - Park Jurajski
9. John Williams - Superman, rzecz o tyle ciekawa, że filmu nie widziałam, ale mnie zachęcili do nadrobienia zaległości
10. Hans Zimmer - Gladiator
11. James Horner - Titanic, no muzyka to tam była akurat świetna. Nawet prosty zabieg, jak porównanie ♫My Heart Will Go On z ♫Rose pokazuje, jak wiele zmienić - na gorsze - przerobienie utworu na piosenkę. Tu do orkiestry dołączyła solistka i laureatka stu milionów nagród, co nie uchroniło jej przed miauczeniem za nisko i za głośno, no ale. Jak już się zamknęła, to było niebywale. Nie, nie chlipałam, ale kto wie, gdyby całą płytę tak przelecieli.
12. Alan Silvestri - Forrest Gump
i w Finale największe hity Williamsa: Gwiezdne Wojny i Superman po raz drugi, Harry Potter jakiś taki nijaki, ale to nie orkiestra, to Williams, Poszukiwacze Zaginionej Arki i E.T..
Całość w wykonaniu Polskiej Orkiestry Radiowej, pod batutą Macieja Sztora.
5.6.11
.
nie będzie tribute'u do jednego z najważniejszych zespołów mojej młodości, który ostatnio zakończył działalność, bo najpierw mi się nie chciało pisać, gdyż za dużo materiału, a jak się spięłam to przyszedł Murphy i zepsuł Lazarusa. tzn. go zaktualizować postanowił zapisując wszystko do trzeciego czerwca. piąty też zapisuje, a czwarty poszedł w cholerę. nie chce mi się tego teraz pisać.
zespół się rozpadł. i tyle.
zespół się rozpadł. i tyle.
2.6.11
No Speech.
Zespoły można dzielić wedle przeróżnych kategorii. M. in. na te, gdzie mniejsza o wokal, ale jak oni grają! i grają spoko, ale jaki tam jest wokal!. Guano Apes plasuję w tym drugim, prawdę mówiąc o wiele płytszym, worku. Dlatego dziś miast szaleć, jak to miałam w planie, to stałam na wpół zniesmaczona, na wpół zasmucona i na wpół wściekła.
Tak w ogóle to przed chwilą weszłam do domu, więc niech to da pojęcie o skali mojego oburzenia, że z punktu postanowiłam się na temat wypisać.
Że miałam być i na Kornie, to wiadomo. Że w końcu nie byłam to chyba wiadomo także, a jak nie wiadomo, to i tak nie będę tu i teraz wyjaśniała, bo przyćmię clou jakim jest wylewanie żali i jadu pod adresem kogoś, kto był odpowiedzialny za nagłośnienie dziś wieczorem.
A leciały takie perły... ♫You Can't Stop Me, bardzo adekwatne do sytuacji ♫No Speech, ♫Pretty in Scarlet, ♫Quietly czy ♫Lords of the Boards. Gdyby to brzmiało, tak jak brzmieć powinno, to byłby naprawdę genialny wieczór. Leciało pewnie coś jeszcze wartego wspomnienia, ale udałam się bez żalu po coś do picia, no i wiadomo - im bardziej się oddalałam to, mimo, iż nadal na terenie imprezy będąc, nic nie rozróżniałam. Przynajmniej posiadłam gofra z bitą śmietaną i czekoladą.
Już na starcie zawyrokowaliśmy, że to Sandra coś nie domaga. I faktycznie coś było na rzeczy, nie dźwigała niektórych wyzwań - które sama sobie nagraniami studyjnymi rzuciła - ale to nie ona winna. Basy podkręcone to niemożliwości i nie takiej fajnej niemożliwości, tylko tej, kiedy nic poza łupaniem nie ma. Żadnej melodii, zero, null. Nie, nie zawsze musi napierdalać. Po drugie linia wokalu zdominowana przez wszystko pozostałe, a takie manewry wychodzą bardzo rzadko i wtedy, gdy wokalista/-ka nie ma nic do zaoferowania. A Sandra ma, oj ma. Po trzecie bawiono się z publicznością w kotka i myszkę czy, jak kto woli, w wyciąganie ręki i cofanie, bo były momenty. Ułamki wersów, gdy się okazywało, że proszę - da się. Nie wiem, może sobie akustyk dorwał jedną z wielu tandetnych studentek SGGW - np. psiapsiółkę tej, co się umizgiwała na telebimie - i ją obracał, good for him, ale dlaczego na suwakach od dźwięku?! Nierówne to było kosmicznie wręcz.
Agata utrzymuje, że koncert był świetnie zagrany. Nie wiem, nie wypowiadam się - NIE SŁYSZAŁAM.
Tak w ogóle to przed chwilą weszłam do domu, więc niech to da pojęcie o skali mojego oburzenia, że z punktu postanowiłam się na temat wypisać.
Że miałam być i na Kornie, to wiadomo. Że w końcu nie byłam to chyba wiadomo także, a jak nie wiadomo, to i tak nie będę tu i teraz wyjaśniała, bo przyćmię clou jakim jest wylewanie żali i jadu pod adresem kogoś, kto był odpowiedzialny za nagłośnienie dziś wieczorem.
A leciały takie perły... ♫You Can't Stop Me, bardzo adekwatne do sytuacji ♫No Speech, ♫Pretty in Scarlet, ♫Quietly czy ♫Lords of the Boards. Gdyby to brzmiało, tak jak brzmieć powinno, to byłby naprawdę genialny wieczór. Leciało pewnie coś jeszcze wartego wspomnienia, ale udałam się bez żalu po coś do picia, no i wiadomo - im bardziej się oddalałam to, mimo, iż nadal na terenie imprezy będąc, nic nie rozróżniałam. Przynajmniej posiadłam gofra z bitą śmietaną i czekoladą.
Już na starcie zawyrokowaliśmy, że to Sandra coś nie domaga. I faktycznie coś było na rzeczy, nie dźwigała niektórych wyzwań - które sama sobie nagraniami studyjnymi rzuciła - ale to nie ona winna. Basy podkręcone to niemożliwości i nie takiej fajnej niemożliwości, tylko tej, kiedy nic poza łupaniem nie ma. Żadnej melodii, zero, null. Nie, nie zawsze musi napierdalać. Po drugie linia wokalu zdominowana przez wszystko pozostałe, a takie manewry wychodzą bardzo rzadko i wtedy, gdy wokalista/-ka nie ma nic do zaoferowania. A Sandra ma, oj ma. Po trzecie bawiono się z publicznością w kotka i myszkę czy, jak kto woli, w wyciąganie ręki i cofanie, bo były momenty. Ułamki wersów, gdy się okazywało, że proszę - da się. Nie wiem, może sobie akustyk dorwał jedną z wielu tandetnych studentek SGGW - np. psiapsiółkę tej, co się umizgiwała na telebimie - i ją obracał, good for him, ale dlaczego na suwakach od dźwięku?! Nierówne to było kosmicznie wręcz.
Agata utrzymuje, że koncert był świetnie zagrany. Nie wiem, nie wypowiadam się - NIE SŁYSZAŁAM.
19.4.11
Remembrance Night.
To jest jednak samograj - taki koncert post-rockowy. Bo niezależnie czy przyniosą własne instrumenty smyczkowe - jak GY!BE czy będą imitować ich dźwięk za pomocą instrumentów klawiszowych - jak GiaA, czy może porwą się na imitację wokalną - jak Sigur Rós, będzie ładnie, trochę jakby poza światem i zapadnie w pamięć. To tak gwoli garstki wyrachowanej kalkulacji nie wiem, marketingowej.
God is an Astronaut kupił mnie nazwą. Nie wiem już nawet jak na nich wpadłam, ale jak tylko zobaczyłam to pospieszyłam odkrywać, co zań się kryje. Tradycyjnie, dla siebie tradycyjnie bo wiem, że większość ma na odwrót i ściąga ostatni album, zaopatrzyłam się w debiut - The End of the Beginning. I autentycznie wpadłam po czoło, po uszy, po włos. Mimo, że potem wydali cztery kolejne albumy i na każdym znalazłam jakąś perełkę - ostatnio to tytułowe ♫Age of the Fifth Sun z ostatniej płyty; jak to podsumował ktoś trafnie na Laście - the shit gets real at 1:20 - to debiut, jak to zresztą zwykle bywa, jest najjaśniejszym punktem. Bardziej plastyczni od GY!BE'u, bardziej widowiskowi od Sigur Rós. Nadto dysponują czymś, czym nie dysponuje jednak, wbrew pozorom, wielu cenionych przeze mnie zespołów - podobnie czujemy muzykę najwyraźniej. Są takim moim BoD - Band on Demand, cokolwiek przyjdzie mi do głowy jako rozwinięcie tego, co grają, to oni to realizują. Często bowiem bywa tak, że gdy sobie coś nucę to doimprowizowuję ciąg dalszy. A oni to zagrali. Dlatego pewnie zajmują szczególne miejsce w mojej płytotece czy tam, jak wolicie, mptrójkotece. I dlatego koniecznie musiałam znaleźć się wczoraj w Progresji.
Z innych przyczyn by mnie tam wołami nie zaciągnięto, bo klub okropny. Ja nie wiem, ja może jestem francuski piesek, może za mało rockowa jednak mimo wszystko, bo nie czuję klimatu, gdy muszę skorzystać z zasikanej deski, trzymając drzwi, bo zamek zepsuty i nikt nie naprawił. Małe to to, obskurne, logo mają świetne, ale to ciut za mało. Ukryte w środku osiedla, gdyby nie szyld i adres na bilecie, to machnęłabym ręką myśląc, że to jakiś osiedlowy punkt picia piwa i napierdalania w piłkarzyki - żeby nie napierdalać się nawzajem po klatkach. O dziwo dumnie porozwieszane w środku plakaty głoszą, że tam nie byle kto grywał, bo i Black Label Society i Einstürzende Neubauten i Ray Wilson & many more. No i wczoraj God is an Astronaut. Po raz co najmniej drugi w Polsce.
A po raz pierwszy co? No pewnie, musiałam być gdzie indziej. Konkretnie to dwa lata temu w Krakowie. Żałowałam bardzo, nawet Dźonemu wspomniałam, że właśnie teraz grają w Warszawie. Szczęśliwie wrócili, jeszcze szczęśliwiej - za 40 złotych, tym bardziej szczęśliwie, że przypadkowo się dowiedziałam, wertując z nudów ulotkę Ticketpro dodaną do biletu na IAMX a najszczęśliwsze jest to, że niedaleko mojego domu. Tzn. było z tym nieco perturbacji, bo głupia wymyśliłam, że nie w Progresji a Proximie, która jest dokładnie po drugiej stronie miasta. Poza tym wszędzie podawali godzinę 18, co wymuszało na mnie zwolnienie się co najmniej pół godziny wcześniej z pracy i narobiłam rabanu, kierownictwo w robocie postawiłam w stan gotowości, Tatusia-kierowcę takoż, pobudki urządzałam, bo o te pół godziny wcześniej miałam w pracy się znaleźć, aż dokładnie wieczór przed doczytałam, że po pierwsze nie Proxima a Progresja - jeszcze gorzej, z pracy do Proximy miałabym bliżej, a po drugie o osiemnastej otwierają klub a koncert zaczyna się o ósmej. Czyli wszystko się ładnie skończyło, acz skończyło się dopiero wczoraj rano.
A, o ósmej nie grali GiaA tylko Sands of Sedna, support się znaczy.
Jakie te polskie zespoły są jednak, cholera, niemrawe, ja nie wiem. Pomijam już złośliwą nieco wyliczankę, jaką urządziłyśmy sobie ostatnio z Agatą a polegała ona na wyświetleniu listy na Wiki i osądzaniu, dość bezlitosnym, czym my tak naprawdę możemy się pochwalić. Bolesne to było. Dla polskiej muzyki rockowej, nie dla nas.
W każdym razie do sedna. Sands of Sedna. Zastanawiam się, co by się chłopakom stało, gdyby spróbowali być choć trochę... oryginalni. Gitarzyści się gięli boleściwie, jakby nie gitary trzymali a ściany z cegieł i to każdy po jednej ścianie na głowę, wokalista - okej, ładny chłopiec, taki studencik politechniki, oni bywają ładni, zwłaszcza, że miał na sobie lubiany przeze mnie zestaw t-shirt + bluzka z długim rękawem pod spodem.... cholera. No i widzicie? Ja tu tylko mogę walory wokalisty podziwiać, bo choć się starałam bardzo, to muzycznie nie porwali. Pragnę zaznaczyć, że jestem jedną z ostatnich osób, która skupia się na walorach wokalistów (oj no, Daniel Johns, Eddie Vedder i Bruce Springsteen to ewenementy, jak na ilość znanych mi zespołów zaopatrzonych w wokalistów), więc naprawdę - koncert był słaby. Coby dokopać leżącemu - o wiele lepiej wprowadzało mi się w nastrój podczas przerwy między supportem a gwiazdą wieczoru, gdy z laptopa leciał LCD Soundsystem i Gorillaz. Sorry.
Klub, jak wspomniałam, malutki, więc znów mogłam być fajna, tak jak na Godspeed You! i stanąć sobie pod sceną. Przy głośniku, przez co przygłuchłam, przez co dziś krzyknęłam niechcący do pani biurwy z pracy, przez co ona do mnie z mordą, że nie jest moją koleżanką, żebym do niej krzyczała, przez co w ogóle dramat w trzech aktach. Żebym ja się jeszcze biurwą przejmowała... no, ale, to może w innej notce.
Najbardziej do myślenia dała mi średnia wieku publiczności. To, o czym pisałam na Blipie, te wydrapane legitymacje to nijak nie jest przesada, te dzieci to były dzieci bardzo. Niepotrzebnie w sumie skrobali te tekturki, bo wypili po jednym i już byli w stanie, który dyskwalifikuje zakupienie kolejnych. Jak popatrzyłam na zalane gothki idiotki i mhoczne dziefchynki, to sobie gratulowałam, że siusiu poszłam przed, bo zasikana deska mniej boli niż świeżo wyhaftowana. I w tym wszystkim ja, dobra ciocia, która postanowiła zrobić dzieciom Dzień Dziecka Próba Generalna i użyczałam im ognia bez szemrania miast pytać ile mają lat i odsyłać, gdy zeznają, że mniej niż osiemnaście. Możecie się śmiać i grzmieć, ale po tym jak poznałam na sąsiednim mi osiedlu chłopca lat osiem, który podchodził do moich ówczesnych znajomych z tekstem kopsnij szluga tudzież zostaw pojarę, Misiek i umiał z tej pojary skorzystać, to mi się włączyła Matka Polka i szczawiom ognia nie użyczam. I pamięta wół jak cielęciem był i jako to cielę o ogień zawsze swój dbałam. Względnie prosiłam rówieśników.
Dziś idąc na przystanek, słuchając ♫All the right moves OneRepublic zdołałam sobie tylko pogratulować, że to nie You Can Dance unofficial theme, czyli ♫Apologize tegoż samego zespołu, liźnięte przez Timbalanda, bo bym musiała się pod coś zapaść. Ja mówiłam, że mam dwa mózgi i jeden robi, co robi a drugi się temu dziwi.
Bo że te małolaty wiedziały na co idą i nie przyszły tam z chęci pójścia do baru, to wątpię. Ach, co do baru. Wisiały dwie karteczki w klubie informujące, że Drugi Bar na sali. Z uwagi na to, że słowo Bar było już w następnym akapicie niejako, to chwilę trwało nim przestałam to odczytywać jako zachętę do udania się do baru na sali celem nabycia narkotyków. Mniemam, że wtedy klub wydałby mi się o wiele fajniejszy.
A po koncercie poszłam zapalić. I wróciłam, czekając na transport, dostrzegając tłumek pod sceną. Okazało się, że głodni wrażeń i kontaktu z publicznością muzycy stoją sobie za bramkami, cykając słodkie foteczki z fankami, które - omfg - dawały im swe wątłe, bo dopiero co startujące, piersi do podpisu. Nie umiem się bawić, dałam bilet. Jego nie musiałam myć parę h później. Tudzież te laski w ogóle myć się nie będą, wierząc szczerze w stereotyp, że prawdziwy metal/goth/rockman się nie myje. Ugh.
Celowo nie opisałam wrażeń z koncertu jako takiego, gdyż proszę: calusieńki jak na dłoni. To nie ja, to zarchiwizowany stream, co to wczoraj okrążył świat cały, wszyscy bardzo piszczeli na wieść o tym, że są uwieczniani. Myślę też sobie, że naprawdę bardzo, BARDZO muszę cenić muzyczną stronę God is an Astronaut, skoro wybaczyłam im nawet prośbę o przyciemnienie świateł, bo oni by chcieli zrobić zdjęcie na profil facebookowy. Gore! Powiedzcie, że muzycy z GY!BE spojrzeliby z politowaniem, co?
PS.: Mi naprawdę ten ♫Remembrance Day przypomina ♫The Perfect Drug NIN.
------
Tradycyjnie już:
1) Remaining Light
2) Fragile
3) Age of the Fifth Sun
4) Echoes
5) Remembrance Day
6) Shadows
7) World in Collision
8) Zodiac
9) Snowfall
10) Suicide by Star
11) Forever Lost
12) Route 666
13) Encore:
14) All Is Violent, All Is Bright
15) Fire Flies and Empty Skies
God is an Astronaut kupił mnie nazwą. Nie wiem już nawet jak na nich wpadłam, ale jak tylko zobaczyłam to pospieszyłam odkrywać, co zań się kryje. Tradycyjnie, dla siebie tradycyjnie bo wiem, że większość ma na odwrót i ściąga ostatni album, zaopatrzyłam się w debiut - The End of the Beginning. I autentycznie wpadłam po czoło, po uszy, po włos. Mimo, że potem wydali cztery kolejne albumy i na każdym znalazłam jakąś perełkę - ostatnio to tytułowe ♫Age of the Fifth Sun z ostatniej płyty; jak to podsumował ktoś trafnie na Laście - the shit gets real at 1:20 - to debiut, jak to zresztą zwykle bywa, jest najjaśniejszym punktem. Bardziej plastyczni od GY!BE'u, bardziej widowiskowi od Sigur Rós. Nadto dysponują czymś, czym nie dysponuje jednak, wbrew pozorom, wielu cenionych przeze mnie zespołów - podobnie czujemy muzykę najwyraźniej. Są takim moim BoD - Band on Demand, cokolwiek przyjdzie mi do głowy jako rozwinięcie tego, co grają, to oni to realizują. Często bowiem bywa tak, że gdy sobie coś nucę to doimprowizowuję ciąg dalszy. A oni to zagrali. Dlatego pewnie zajmują szczególne miejsce w mojej płytotece czy tam, jak wolicie, mptrójkotece. I dlatego koniecznie musiałam znaleźć się wczoraj w Progresji.
Z innych przyczyn by mnie tam wołami nie zaciągnięto, bo klub okropny. Ja nie wiem, ja może jestem francuski piesek, może za mało rockowa jednak mimo wszystko, bo nie czuję klimatu, gdy muszę skorzystać z zasikanej deski, trzymając drzwi, bo zamek zepsuty i nikt nie naprawił. Małe to to, obskurne, logo mają świetne, ale to ciut za mało. Ukryte w środku osiedla, gdyby nie szyld i adres na bilecie, to machnęłabym ręką myśląc, że to jakiś osiedlowy punkt picia piwa i napierdalania w piłkarzyki - żeby nie napierdalać się nawzajem po klatkach. O dziwo dumnie porozwieszane w środku plakaty głoszą, że tam nie byle kto grywał, bo i Black Label Society i Einstürzende Neubauten i Ray Wilson & many more. No i wczoraj God is an Astronaut. Po raz co najmniej drugi w Polsce.
A po raz pierwszy co? No pewnie, musiałam być gdzie indziej. Konkretnie to dwa lata temu w Krakowie. Żałowałam bardzo, nawet Dźonemu wspomniałam, że właśnie teraz grają w Warszawie. Szczęśliwie wrócili, jeszcze szczęśliwiej - za 40 złotych, tym bardziej szczęśliwie, że przypadkowo się dowiedziałam, wertując z nudów ulotkę Ticketpro dodaną do biletu na IAMX a najszczęśliwsze jest to, że niedaleko mojego domu. Tzn. było z tym nieco perturbacji, bo głupia wymyśliłam, że nie w Progresji a Proximie, która jest dokładnie po drugiej stronie miasta. Poza tym wszędzie podawali godzinę 18, co wymuszało na mnie zwolnienie się co najmniej pół godziny wcześniej z pracy i narobiłam rabanu, kierownictwo w robocie postawiłam w stan gotowości, Tatusia-kierowcę takoż, pobudki urządzałam, bo o te pół godziny wcześniej miałam w pracy się znaleźć, aż dokładnie wieczór przed doczytałam, że po pierwsze nie Proxima a Progresja - jeszcze gorzej, z pracy do Proximy miałabym bliżej, a po drugie o osiemnastej otwierają klub a koncert zaczyna się o ósmej. Czyli wszystko się ładnie skończyło, acz skończyło się dopiero wczoraj rano.
A, o ósmej nie grali GiaA tylko Sands of Sedna, support się znaczy.
Jakie te polskie zespoły są jednak, cholera, niemrawe, ja nie wiem. Pomijam już złośliwą nieco wyliczankę, jaką urządziłyśmy sobie ostatnio z Agatą a polegała ona na wyświetleniu listy na Wiki i osądzaniu, dość bezlitosnym, czym my tak naprawdę możemy się pochwalić. Bolesne to było. Dla polskiej muzyki rockowej, nie dla nas.
W każdym razie do sedna. Sands of Sedna. Zastanawiam się, co by się chłopakom stało, gdyby spróbowali być choć trochę... oryginalni. Gitarzyści się gięli boleściwie, jakby nie gitary trzymali a ściany z cegieł i to każdy po jednej ścianie na głowę, wokalista - okej, ładny chłopiec, taki studencik politechniki, oni bywają ładni, zwłaszcza, że miał na sobie lubiany przeze mnie zestaw t-shirt + bluzka z długim rękawem pod spodem.... cholera. No i widzicie? Ja tu tylko mogę walory wokalisty podziwiać, bo choć się starałam bardzo, to muzycznie nie porwali. Pragnę zaznaczyć, że jestem jedną z ostatnich osób, która skupia się na walorach wokalistów (oj no, Daniel Johns, Eddie Vedder i Bruce Springsteen to ewenementy, jak na ilość znanych mi zespołów zaopatrzonych w wokalistów), więc naprawdę - koncert był słaby. Coby dokopać leżącemu - o wiele lepiej wprowadzało mi się w nastrój podczas przerwy między supportem a gwiazdą wieczoru, gdy z laptopa leciał LCD Soundsystem i Gorillaz. Sorry.
Klub, jak wspomniałam, malutki, więc znów mogłam być fajna, tak jak na Godspeed You! i stanąć sobie pod sceną. Przy głośniku, przez co przygłuchłam, przez co dziś krzyknęłam niechcący do pani biurwy z pracy, przez co ona do mnie z mordą, że nie jest moją koleżanką, żebym do niej krzyczała, przez co w ogóle dramat w trzech aktach. Żebym ja się jeszcze biurwą przejmowała... no, ale, to może w innej notce.
Najbardziej do myślenia dała mi średnia wieku publiczności. To, o czym pisałam na Blipie, te wydrapane legitymacje to nijak nie jest przesada, te dzieci to były dzieci bardzo. Niepotrzebnie w sumie skrobali te tekturki, bo wypili po jednym i już byli w stanie, który dyskwalifikuje zakupienie kolejnych. Jak popatrzyłam na zalane gothki idiotki i mhoczne dziefchynki, to sobie gratulowałam, że siusiu poszłam przed, bo zasikana deska mniej boli niż świeżo wyhaftowana. I w tym wszystkim ja, dobra ciocia, która postanowiła zrobić dzieciom Dzień Dziecka Próba Generalna i użyczałam im ognia bez szemrania miast pytać ile mają lat i odsyłać, gdy zeznają, że mniej niż osiemnaście. Możecie się śmiać i grzmieć, ale po tym jak poznałam na sąsiednim mi osiedlu chłopca lat osiem, który podchodził do moich ówczesnych znajomych z tekstem kopsnij szluga tudzież zostaw pojarę, Misiek i umiał z tej pojary skorzystać, to mi się włączyła Matka Polka i szczawiom ognia nie użyczam. I pamięta wół jak cielęciem był i jako to cielę o ogień zawsze swój dbałam. Względnie prosiłam rówieśników.
Dziś idąc na przystanek, słuchając ♫All the right moves OneRepublic zdołałam sobie tylko pogratulować, że to nie You Can Dance unofficial theme, czyli ♫Apologize tegoż samego zespołu, liźnięte przez Timbalanda, bo bym musiała się pod coś zapaść. Ja mówiłam, że mam dwa mózgi i jeden robi, co robi a drugi się temu dziwi.
Bo że te małolaty wiedziały na co idą i nie przyszły tam z chęci pójścia do baru, to wątpię. Ach, co do baru. Wisiały dwie karteczki w klubie informujące, że Drugi Bar na sali. Z uwagi na to, że słowo Bar było już w następnym akapicie niejako, to chwilę trwało nim przestałam to odczytywać jako zachętę do udania się do baru na sali celem nabycia narkotyków. Mniemam, że wtedy klub wydałby mi się o wiele fajniejszy.
A po koncercie poszłam zapalić. I wróciłam, czekając na transport, dostrzegając tłumek pod sceną. Okazało się, że głodni wrażeń i kontaktu z publicznością muzycy stoją sobie za bramkami, cykając słodkie foteczki z fankami, które - omfg - dawały im swe wątłe, bo dopiero co startujące, piersi do podpisu. Nie umiem się bawić, dałam bilet. Jego nie musiałam myć parę h później. Tudzież te laski w ogóle myć się nie będą, wierząc szczerze w stereotyp, że prawdziwy metal/goth/rockman się nie myje. Ugh.
Celowo nie opisałam wrażeń z koncertu jako takiego, gdyż proszę: calusieńki jak na dłoni. To nie ja, to zarchiwizowany stream, co to wczoraj okrążył świat cały, wszyscy bardzo piszczeli na wieść o tym, że są uwieczniani. Myślę też sobie, że naprawdę bardzo, BARDZO muszę cenić muzyczną stronę God is an Astronaut, skoro wybaczyłam im nawet prośbę o przyciemnienie świateł, bo oni by chcieli zrobić zdjęcie na profil facebookowy. Gore! Powiedzcie, że muzycy z GY!BE spojrzeliby z politowaniem, co?
PS.: Mi naprawdę ten ♫Remembrance Day przypomina ♫The Perfect Drug NIN.
------
Tradycyjnie już:
1) Remaining Light
2) Fragile
3) Age of the Fifth Sun
4) Echoes
5) Remembrance Day
6) Shadows
7) World in Collision
8) Zodiac
9) Snowfall
10) Suicide by Star
11) Forever Lost
12) Route 666
13) Encore:
14) All Is Violent, All Is Bright
15) Fire Flies and Empty Skies
17.4.11
I'm still burning from the fire... the fire... THE FIRE (& whispers)
Jakaś gorliwa fanka z Lasta wyliczyła, że to był dziesiąty koncert IAMX w Polsce. Brzmi to dość astronomicznie, ale może okazać się zgodne z prawdą, gdyż Chris Corner ze składem zalicza się do tych gwiazd, co to u nas ciągle i ciągle, najlepiej co roku. W tym przypadku jednak ani śmiem kpić czy narzekać, bo poprzednie dziewięć mnie ominęło - a to nie znałam, a to byłam zagranico, a to się dowiedziałam dzień przed. A teraz proszę, zgraliśmy się idealnie. Także niech on sobie przyjeżdża i jedenasty raz, zwłaszcza, że...
A zresztą. Od początku.
Moi znajomi, tacy poznani w realu, czyli siłą rzeczy jest to grupa bardziej narzucona niż wybrana, żyje w nieświadomości o świecie muzycznym, w którym się poruszam. Na koncerty chadzałam z ojcem, co nijak oczywiście nie jest dla mnie powodem do wstydu, wręcz nawet do dumy, bo Wasz ojciec słucha Krajewskiego a mój Toola, ale wiadomo w czym rzecz - nie bardzo mogę z kimś o tej muzyce rozmawiać. Może poza chlubnym wyjątkiem, który z kolei okazał się niechlubny w innym temacie i kolega kolegą już nie jest. A w necie proszę - w tym wypadku Krycha vel ^Chryzantema sprawiła, że wreszcie dotarłam na koncert IAMX. Jak tylko dała mi znać, to zaopatrzyłam się w bilecik i czekałam. A miałam na co.
Poznałam ich w sumie też dzięki Sieci - mój lastowy znajomy z Rosji chyba się zasłuchiwał, więc podwędziłam dwie pierwsze płyty - Kiss + Swallow i The Alternative. Nie powiem, żeby poszło lawinowo - chyba miałam jeszcze uraz do electro, bo się musiałam przekonywać, ale! Jak już się przekonałam, to na całego. Sytuacja jest w sumie podobna jak z Fischerspoonerem - w tzw. kręgach mówi się, że pierwsza płyta jest dla koneserów muzyki a druga bardziej mainstreamowa. Cóż, wygląda więc na to, że w przypadku muzyki elektronicznej jestem bardziej na fali, co w sumie jest bzdurą kompletną, bo wolę - o, jak bardzo wolę! - Autechre od Scootera, ale tłumaczy czemu wolę fischerspoonerową Odyssey i iamxowy The Alternative właśnie.
Później przyszła pora na zapoznanie się z kolebką Chrisa, czyli grupą Sneaker Pimps, która przeszła mi uchem bez echa, a jeśli już, to tylko dwie piosenki lubię - ♫Loretta Young Silks i ♫Black Sheep. Nawiasem to jest zabawne, bo występują obok siebie na płycie (Bloodsport, przyp. Bee) i długo, długo nic nowego. Ja się spokojnie rozsmakowywałam w tzw. świętej trójcy z Alternative, czyli ♫Spit it out, ♫After Every Party I Die i ♫This Will Make You Love Again, aż nadeszła pora na trzeci krążek IAMX-a - Kingdom of Welcome Addiction. Choć w sumie czy ja wiem, czy nadeszła? Może do tej pory nie, bo owszem, ♫Think of England daje kopa - acz musiałam się przyzwyczajać - a ♫I Am Terrified jest... powiem tak - ja sobie zdaję sprawę, że jest aż do szpiku wprost, niemal nagi i to może wywoływać w cynicznym uchu wrażenie emowatości, ba! nawet autoironia moja to zauważa, ale zarówno tekst jak i muzyka - zwłaszcza w opisywanej przeze mnie wersji słuchawkowej - kładą mnie na łopatki - ale płyta jako płyta mnie nie rusza. Czwarta, o której dowiedziałam się na chwilę przed koncertem, też nie. A pech, bo przyjeżdżali ją promować.
Już? Jest jasność? To do meritum może.
W wyniku różnych perturbacji towarzysko-zawodowych na koncert poszłam sama i na miejscu spotkałam się z rzeczoną we wstępie Chryzantemą. Właściwie to ustaliłam do niej numer, spotkałam się pod wejściem na salę by ją sobie obejrzeć - celem późniejszej identyfikacji wśród tłumu. Tzn. my się nie widziałyśmy pierwszy raz, ale jak miga stroboskop to trzeba się orientować nawet na poziomie stroju - i udałam się na patio palić. Następnie wykonałam manewr przy barze - miałam przy sobie 20 zł, wina nie mieli, choć w karcie był, dlatego wydałam te 20 na Jacka z Colą, co było Jackiem Danielsem z cytryną i colą w proporcjach studenckich, czyt. ta cola to gdyby jej nie wlewali na moich oczach to bym nie uwierzyła, że jest. Drinka pobrałam, wsłuchałam się, że support nadal zapodaje i wróciłam na patio. Ogólnie mi ten zakaz palenia nie przeszkadza, ale powoduje, że jak już to palę więcej niż jednego, na zaś. I wypiłam drinka. Duszkiem niemal. Yup, wypiłam 3/4 kufla Jacka Danielsa duszkiem. Tanecznym więc krokiem udałam się na salę, odszukałam Chryzantemę i... nie minęły dwa kawałki, no, może trzy i byłam trzeźwa jak... cholera, chyba czas przerzucić się na mineralną, skoro znam tylko porównania nawalonych do czegoś/kogoś... no, w każdym razie wypociłam w sekundę. Trudno byłoby nie wypocić - grali moją ostatnią miłość, ♫Nightlife.
W ogóle to hm, może się jeszcze wstrzymam z oficjalnym wykreślaniem z protokołów, ale wczoraj nie byłam tą, która nie lubi koncertów w klubach i stoi jak słup kontemplując. Efekt? Boli mnie szyja, łydka, nie wiem czemu palec środkowy u lewej dłoni, choć fucków nie rozdawałam, dopiero dziś rano odzyskałam głos, Jack Daniels wylądował na koszulce, którą, nie wdając się w obrzydliwe opisy, można było po koncercie śmiało wyżąć. Zwłaszcza, że w ruch poszło wspomniane Think of England, ♫Bring Me Back A Dog czy ♫Kiss + Swallow. Utwory z dwóch ostatnich płyt minęły mi bez specjalnych wzruszeń, może tylko moment z ♫I salute You, Christopher, wraz z poprzedzającą go dedykacją, która utarła nosa wszystkim tym fankom, które myślały, że to dowód na nabrzmiałe ego ich idola. Choć i tak nie do końca się to ucieranie udało, bo każda recenzja z wczorajszego koncertu nosi tytuł I/We salute You, Christopher. No więc ja może wyjaśnię za Chrisem - to nie o TEGO Christophera chodzi. Ładne to było.
Pozdrawiam też głupich ludzi, którzy zapomnieli o instytucji bisów i zmyli się po zgaśnięciu świateł, co wieńczyło część pierwszą - naprawdę, dzięki Wam mogłam podejść bliżej sceny i szaleć przy ♫Skin Vision i właśnie Spit it out.
Odnośnie braku This Will Make You Love Again czy I Am Terrified to mam mieszane uczucia, bo jasne, że po cichu liczyłam, ale z drugiej strony mogłoby to się skończyć katastrofą - rozpłakałabym się pewnikiem. I to bez cienia przesady piszę, gdyż zdarza mi się podczas słuchania tego w zaciszu domowym a co dopiero przy żywych dźwiękach. Umówmy się jednak, że mam pewien problem z publicznym okazywaniem emocji aż tak osobistych i choć parę razy mi się w życiu niedziecięcym wymsknęło, to zaliczam te przypadki do pewnych jednak porażek. Wiem, dziwna jestem, w dobie internetsów posługuję się kategorią intymności nie tylko w odniesieniu do seksu.
Acz jeszcze wracając do pierwszej strony... jakiż to musiał by być koncert, żeby mnie do takiego stopnia poruszyć. :)
Mała pigułka typowo recenzencka: publika młodociana, przeważało emo, włosy albo ulizane albo jasnoniebiskie dready, glany, szpilki, podarte z rozmysłem rajstopy, ćwieki, koszulki... sklepik oferował wszystko to, co się oferuje na koncertach, czyli jakieś koszulki, plakietki, naszywki, bluzy, plakaty, biżuterię i... parasolkę. Było rzucanie ręcznikami, było lanie wody, były pałki w tłumie, które wcześniej wokalista sobie wsadzał między nogi. Ale co tam, wiedziały pszczele gały na co bilet brały.
I salute You, ... okej, żartowałam.
-------
1) Music People
2) Volatile Times
3) Nightlife
4) Ghosts of Utopia
5) My Secret Friend
6) Tear Garden
7) I Salute You Christopher
8) Fire & Whispers
9) Think of England
10) Bring Me Back a Dog
11) Nature of Inviting
12) Cold Red Light (ku uciesze gawiedzi skoczył wtedy w tłum. no cóż, dziesiąty koncert więc trochę już się znają)
13) Kiss + Swallow
14) President
15) Bernadette
16) The Alternative (with Noblesse Oblige)
17) Skin Vision
18) Commanded by Voices
19) Spit It Out
A zresztą. Od początku.
Moi znajomi, tacy poznani w realu, czyli siłą rzeczy jest to grupa bardziej narzucona niż wybrana, żyje w nieświadomości o świecie muzycznym, w którym się poruszam. Na koncerty chadzałam z ojcem, co nijak oczywiście nie jest dla mnie powodem do wstydu, wręcz nawet do dumy, bo Wasz ojciec słucha Krajewskiego a mój Toola, ale wiadomo w czym rzecz - nie bardzo mogę z kimś o tej muzyce rozmawiać. Może poza chlubnym wyjątkiem, który z kolei okazał się niechlubny w innym temacie i kolega kolegą już nie jest. A w necie proszę - w tym wypadku Krycha vel ^Chryzantema sprawiła, że wreszcie dotarłam na koncert IAMX. Jak tylko dała mi znać, to zaopatrzyłam się w bilecik i czekałam. A miałam na co.
Poznałam ich w sumie też dzięki Sieci - mój lastowy znajomy z Rosji chyba się zasłuchiwał, więc podwędziłam dwie pierwsze płyty - Kiss + Swallow i The Alternative. Nie powiem, żeby poszło lawinowo - chyba miałam jeszcze uraz do electro, bo się musiałam przekonywać, ale! Jak już się przekonałam, to na całego. Sytuacja jest w sumie podobna jak z Fischerspoonerem - w tzw. kręgach mówi się, że pierwsza płyta jest dla koneserów muzyki a druga bardziej mainstreamowa. Cóż, wygląda więc na to, że w przypadku muzyki elektronicznej jestem bardziej na fali, co w sumie jest bzdurą kompletną, bo wolę - o, jak bardzo wolę! - Autechre od Scootera, ale tłumaczy czemu wolę fischerspoonerową Odyssey i iamxowy The Alternative właśnie.
Później przyszła pora na zapoznanie się z kolebką Chrisa, czyli grupą Sneaker Pimps, która przeszła mi uchem bez echa, a jeśli już, to tylko dwie piosenki lubię - ♫Loretta Young Silks i ♫Black Sheep. Nawiasem to jest zabawne, bo występują obok siebie na płycie (Bloodsport, przyp. Bee) i długo, długo nic nowego. Ja się spokojnie rozsmakowywałam w tzw. świętej trójcy z Alternative, czyli ♫Spit it out, ♫After Every Party I Die i ♫This Will Make You Love Again, aż nadeszła pora na trzeci krążek IAMX-a - Kingdom of Welcome Addiction. Choć w sumie czy ja wiem, czy nadeszła? Może do tej pory nie, bo owszem, ♫Think of England daje kopa - acz musiałam się przyzwyczajać - a ♫I Am Terrified jest... powiem tak - ja sobie zdaję sprawę, że jest aż do szpiku wprost, niemal nagi i to może wywoływać w cynicznym uchu wrażenie emowatości, ba! nawet autoironia moja to zauważa, ale zarówno tekst jak i muzyka - zwłaszcza w opisywanej przeze mnie wersji słuchawkowej - kładą mnie na łopatki - ale płyta jako płyta mnie nie rusza. Czwarta, o której dowiedziałam się na chwilę przed koncertem, też nie. A pech, bo przyjeżdżali ją promować.
Już? Jest jasność? To do meritum może.
W wyniku różnych perturbacji towarzysko-zawodowych na koncert poszłam sama i na miejscu spotkałam się z rzeczoną we wstępie Chryzantemą. Właściwie to ustaliłam do niej numer, spotkałam się pod wejściem na salę by ją sobie obejrzeć - celem późniejszej identyfikacji wśród tłumu. Tzn. my się nie widziałyśmy pierwszy raz, ale jak miga stroboskop to trzeba się orientować nawet na poziomie stroju - i udałam się na patio palić. Następnie wykonałam manewr przy barze - miałam przy sobie 20 zł, wina nie mieli, choć w karcie był, dlatego wydałam te 20 na Jacka z Colą, co było Jackiem Danielsem z cytryną i colą w proporcjach studenckich, czyt. ta cola to gdyby jej nie wlewali na moich oczach to bym nie uwierzyła, że jest. Drinka pobrałam, wsłuchałam się, że support nadal zapodaje i wróciłam na patio. Ogólnie mi ten zakaz palenia nie przeszkadza, ale powoduje, że jak już to palę więcej niż jednego, na zaś. I wypiłam drinka. Duszkiem niemal. Yup, wypiłam 3/4 kufla Jacka Danielsa duszkiem. Tanecznym więc krokiem udałam się na salę, odszukałam Chryzantemę i... nie minęły dwa kawałki, no, może trzy i byłam trzeźwa jak... cholera, chyba czas przerzucić się na mineralną, skoro znam tylko porównania nawalonych do czegoś/kogoś... no, w każdym razie wypociłam w sekundę. Trudno byłoby nie wypocić - grali moją ostatnią miłość, ♫Nightlife.
W ogóle to hm, może się jeszcze wstrzymam z oficjalnym wykreślaniem z protokołów, ale wczoraj nie byłam tą, która nie lubi koncertów w klubach i stoi jak słup kontemplując. Efekt? Boli mnie szyja, łydka, nie wiem czemu palec środkowy u lewej dłoni, choć fucków nie rozdawałam, dopiero dziś rano odzyskałam głos, Jack Daniels wylądował na koszulce, którą, nie wdając się w obrzydliwe opisy, można było po koncercie śmiało wyżąć. Zwłaszcza, że w ruch poszło wspomniane Think of England, ♫Bring Me Back A Dog czy ♫Kiss + Swallow. Utwory z dwóch ostatnich płyt minęły mi bez specjalnych wzruszeń, może tylko moment z ♫I salute You, Christopher, wraz z poprzedzającą go dedykacją, która utarła nosa wszystkim tym fankom, które myślały, że to dowód na nabrzmiałe ego ich idola. Choć i tak nie do końca się to ucieranie udało, bo każda recenzja z wczorajszego koncertu nosi tytuł I/We salute You, Christopher. No więc ja może wyjaśnię za Chrisem - to nie o TEGO Christophera chodzi. Ładne to było.
Pozdrawiam też głupich ludzi, którzy zapomnieli o instytucji bisów i zmyli się po zgaśnięciu świateł, co wieńczyło część pierwszą - naprawdę, dzięki Wam mogłam podejść bliżej sceny i szaleć przy ♫Skin Vision i właśnie Spit it out.
Odnośnie braku This Will Make You Love Again czy I Am Terrified to mam mieszane uczucia, bo jasne, że po cichu liczyłam, ale z drugiej strony mogłoby to się skończyć katastrofą - rozpłakałabym się pewnikiem. I to bez cienia przesady piszę, gdyż zdarza mi się podczas słuchania tego w zaciszu domowym a co dopiero przy żywych dźwiękach. Umówmy się jednak, że mam pewien problem z publicznym okazywaniem emocji aż tak osobistych i choć parę razy mi się w życiu niedziecięcym wymsknęło, to zaliczam te przypadki do pewnych jednak porażek. Wiem, dziwna jestem, w dobie internetsów posługuję się kategorią intymności nie tylko w odniesieniu do seksu.
Acz jeszcze wracając do pierwszej strony... jakiż to musiał by być koncert, żeby mnie do takiego stopnia poruszyć. :)
Mała pigułka typowo recenzencka: publika młodociana, przeważało emo, włosy albo ulizane albo jasnoniebiskie dready, glany, szpilki, podarte z rozmysłem rajstopy, ćwieki, koszulki... sklepik oferował wszystko to, co się oferuje na koncertach, czyli jakieś koszulki, plakietki, naszywki, bluzy, plakaty, biżuterię i... parasolkę. Było rzucanie ręcznikami, było lanie wody, były pałki w tłumie, które wcześniej wokalista sobie wsadzał między nogi. Ale co tam, wiedziały pszczele gały na co bilet brały.
I salute You, ... okej, żartowałam.
-------
1) Music People
2) Volatile Times
3) Nightlife
4) Ghosts of Utopia
5) My Secret Friend
6) Tear Garden
7) I Salute You Christopher
8) Fire & Whispers
9) Think of England
10) Bring Me Back a Dog
11) Nature of Inviting
12) Cold Red Light (ku uciesze gawiedzi skoczył wtedy w tłum. no cóż, dziesiąty koncert więc trochę już się znają)
13) Kiss + Swallow
14) President
15) Bernadette
16) The Alternative (with Noblesse Oblige)
17) Skin Vision
18) Commanded by Voices
19) Spit It Out
25.1.11
Rockets fell.
Ludzi nie ocenia się po stroju a zespołu po nazwie - tego właśnie nauczył mnie Godspeed You! Black Emperor.
Było to może ze cztery czy pięć lat temu, gdy moja ówczesna bliska znajoma karmiła mnie sowicie muzyką. Tylko my dwie wiemy, jak wiele jej zawdzięczam i w ogromnym procencie to jej można zawdzięczać, że piszę o The Arcade Fire czy podziwiam Jacka White'a. To, jak się poznałyśmy, jest skomplikowane i nie ma znaczenia dla opowiadanej tu historii - w każdym razie udzielałyśmy się na słynnym Epulsie, na forum muzycznym. I tam właśnie, po raz pierwszy, dowiedziałam się o GY!BE. Dowiedziałam się, bo bynajmniej nie ruszyłam do słuchania - ten Black Emperor mnie powstrzymywał. Wtedy też nie lubiłam Sigur Rós, więc kategorię post-rock omijałam całkiem szerokim łukiem.
Dziewczyna wiedziała, co robi, gdy wcisnęła mi Yanqui U.X.O. - tam właśnie znajduje się ♫Motherfucker=Redeemer, pt 1, który wielbię po dziś dzień, a także ♫Rockets Fall on Rocket Falls, w którym zadurzyłam się wtedy. Już raz pisałam, chyba na Facebooku, że GY!BE is not YT friendly i kawałki, które w oryginale trwają >20 min, są tam bezczelnie pocięte - w przypadku Motherfucker=Redeemer podział na pt 1 i pt 2 został ustalony przez zespół, ale już Rockets Fall... został pocięty sztucznie, tu link do drugiej części wg YouTube. Potem przyszła pora na nadrobienie zaległości w postaci f#a#∞, zapoznanie się z polskim zespołem The Car is on Fire, który nazwę swą zaczerpnął od pierwszego zdania występującego na f#a#∞ i zostałam fanką GY!BE tak całkiem. Co prawda pozostałe płyty nieco odpuściłam, poświęcając im mniej uwagi, bo odkrywałam kolejne sposoby na słuchanie Motherfucker=... (najlepiej w nocy, na słuchawkach, przy zgaszonym świetle, do jakichś wizualizacji w choćby i WMP).
Zespół się rozpadł, co przyjęłam z pewnym żalem, acz zostawił przecież TAKI majątek, że nawet jeśli mieli już nic więcej nie nagrać, to wystarczyło, by się napawać jeszcze długo, długo. O koncercie nawet nie myślałam - no proszę Was, tu? Gdzie triumfy święci U2 czy inna Metallica? Nie, żebym coś miała do Metalliki, ale przyznacie, że bardzo inna bajka. Aż tu nagle, dnia pewnego, na facebookowym fanpage'u Godspeed pojawia się informacja o reaktywacji. Serce mi urosło, nadzieja na nowy materiał wystąpiła, zamiast potu, na skroni i czekałam cierpliwie na nowy album. Do głowy mi nie przyszło, że wcześniej zobaczę ich na żywo.
Aż tu nagle, dnia pewnego, września piętnastego, gdy robiłam karierę na Blipie odnośnie kwestii zasunięcia krzyża spod Pałacu, ^chacinski zrobił mnie na cacy. Bilet, pamiętam, zarezerwowałam bez wahania, jak tylko dopadłam stronę, na której oferowali i czekałam. W październiku to się styczeń wydaje odległy, więc bilet sobie czekał, podobnie jak i ja - cierpliwie w szufladzie. W tak zwanym międzyczasie ważyły się losy mojego noclegu - bo niby mam w Poznaniu siostrę i teoretycznie sprawa była oczywista, ale u nas nic nigdy nie jest oczywiste, zwłaszcza, gdy dotyczy mnie i mojej siostry. Koniec końców nastąpiło ocieplenie stosunków gdzieś koło Świąt i sprawa była zaklepana.
Na mapie, którą mam przed nosem - wisi za monitorem - przy nazwie Poznań powinnam sobie przypiąć, zamiast pinezki, znaczek TicketPro czy inny charakterystyczny dla koncertów emblemat. Bo przecież kiedy byłam po raz pierwszy w Poznaniu? Ano na NINie, dwa lata temu. Wtedy nie udało mi się pozwiedzać, dlatego planowałam teraz - znów nic z tego nie wyszło. Może za trzecim razem, jak już pojadę nie na-koncert.
Zdaję sobie sprawę, że są ludzie, nawet licznie występujący w środowisku, którzy na koncerty sami nie chadzają, a co dopiero jechać do innego miasta. Nie jest to mój przypadek. Raz nie poszłam na koncert, bo nie chciałam sama i to właściwie nie był koncert, tylko set Pompougnaca. No bo rzeczywiście sety mnie nie bawią, więc przydałby się ktoś, kto by mnie zabawiał.
Ot, kupiłam bilet w dwie strony, oświadczyłam wszem i wobec, że mnie w dniach 21-23 stycznia nie ma w mieście, więc mnie proszę nie angażować w nic i pojechałam.
W pociągu TLK zajęłam miejsce niemal na samym końcu pociągu, na jedynym trzecim siedzeniu wśród rzędów siedzeń podwójnych - oznaczało to widok na calusieńki skład z perspektywy jakiegoś władcy marionetek czy innych much. W połączeniu ze zbuntowanymi słowy - ♫Anthem for the year 2000 na ten przykład - dawało to wrażenie podobne do tych z wszelakiej maści teledysków - standing in front, or in the back, of the crowd, singin' in anger i takie tam. Dziecko Vivy Zwei i starego MTV, miałam zakusy do obsadzania się w teledyskach. Najwyraźniej nie wyrosłam całkiem. W ogóle w kwestię mojego doboru soundtracku do podróży powinien się włączyć jakiś Freud, bo oscylowałam między debiutem Silverchair (energiczni, zbuntowani młodzieńcy napieprzający gitarami, aż miło) a potencjalnie niegroźną Reginą Spektor, która niby sobie podśpiewuje o ♫dwóch ptaszkach a tak naprawdę to między tymi ptaszkami zachodzi relacja bardzo dobrze znana ze świata ludzi. Najbardziej mnie niepokoi obecność ♫Numb Linkin Park, bo ja ich przecież nie lubię. Dobrze, że chociaż nie w duecie z Jay-Z.
Jechałam z jakimś studentem fizyki, który wykonywał doświadczenie. Ponieważ wykorzystywał do tego kable i jakąś diodę, która najpierw złowieszczo świeciła na czerwono, a następnie jeszcze groźniej na zielono, to towarzysze podróży przybrali miny mówiące Jak to to było na filmach? Którym kablem się wyłącza bombę? Niestety chłopak wysiadł stację przed docelową i nic nie wybuchło, a bombę zabrał. Strzelam, że skoro świeciło się na zielono, to doświadczenie się udało.
Czytał Larssona.
20h później, nie zwiedzając wcześniej niczego, poinstruowana przez Szwagra, poinstruowanego z kolei przez JakDojade, zakotwiczyłam się w tramwaju nr 1 i ujechałam ku ul. Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Tramwaj był iście koncertowy - wszyscy w to samo miejsce, co oszczędziło mi pytań Przepraszam, którędy do klubu Eskulap? - ot, szłam za tłumem. A dokładniej za rudym dziewczęciem, które okazało się być bohaterką pewnego incydentu w trakcie koncertu.
Wejście do klubu jest, przyznam, dość osobliwe, bo schowane gdzieś za Uniwersytetem Medycznym i wygląda to jak, nie przymierzając, wejście na zaplecze. Znów - gdyby nie tłum, to tak bym sobie krążyła. Tłum? Raczej spora grupka. Koncert wybitnie niszowy to był. Przeważała młodzież przerzucająca się nazwami zespołów, które wystąpiły bądź wystąpią na festiwalu u Rojka a dziewczynami w stylu fanek Beyonce, które przywleczone zostały przez swoich undergroundowych chłopców. Nieco im współczuję, pewnie się czuły jak w jakiejś pieprzonej filharmonii.
Po przerobieniu szatni, stoliczka z koszulkami i naprawdę paskudnymi plakatami - jedno i drugie po 6 dych, zakupieniu absurdalnej Pepsi 0,5 za 7 zł., gdyż piwa nadal nie znoszę a trzecią opcją była woda, weszłam do sali. Salki wręcz.
Może to i dobrze, że nieduża była - wywoływało to wrażenie pełnego klubu po brzegi po pewnym czasie.
Na wstępie jednak skorzystałam z przerzedzenia się tłumu i stanęłam sobie elegancko pod sceną, przy bramce. Dopiero po pewnym czasie zauważyłam, że pod sceną - vis a vis głośnika. Raz w życiu stałam na koncercie przy głośniku, lata temu na Homo Twiście w Stodole i wspominam to tak źle, że nigdy potem się na to nie zdobyłam. Pomyślałam jednak, że jeśli ci, których widziałam przed wejściem, to wszyscy uczestnicy koncertu, to, zwłaszcza z moimi skromnymi gabarytami, dam radę przecisnąć się pod ścianę. Może nawet usiąść na podłodze, jak niektórzy? Albo o jezu, najwyżej ogłuchnę na trzy dni, trudno się mówi.
W międzyczasie przybywało ludzi - za mną ustawiła się, znana z koncertowego shoutboxu, dziewczyna z aparatem i drabinką remontową. Najwyraźniej była tam z misją i miała profesjonalnie zrelacjonować wydarzenie, opatrując dzieło swe zdjęciami.
Na scenę natomiast zaczęto wnosić ekwipunek GY!BE, a około godziny 21. pojawiło się coś na wzór supportu. Coś na wzór, gdyż stanowił go jeden człowiek, niejaki Total Life, który w całkowitych ciemnościach wprowadził salę w stan drżenia, na kwadrans mniej więcej. Salę - nie ludzi. Przypominało to stanie na moście, podczas gdy pod spodem zasuwa pociąg. Dźwięki ciężko określić muzyką - wyłącznie odgłosy imitujące stukot tegoż wyimaginowanego pociągu.
Po wspomnianym kwadransie odprowadzono go brawami, a na scenie zaczęli pojawiać się kolejni członkowie Godspeed You! Black Emperor - stroili skrzypce, wiolonczelę, kręcili dużą ilością pokręteł i wreszcie, około 21:30, zaczęli.
Za sobą ustawiony mieli ekran, na którym przez całą długość trwania występu wyświetlali niesamowite obrazy, zdjęcia i filmy, które w doskonały sposób komponowały się z muzyką. Dokładnie tak, jak zwykłam ich słuchać w zaciszu domowym. Na pierwszy ogień poszło intro, roboczo zatytułowane Hope Drone. W tym czasie na czarnym tle pojawił się biały napis HOPE. Pojawił, by zaraz zniknąć i znów się pojawić (i znów zniknąć, i znów...). Po tym wstępie zabrzmiała ♫Moya(tu fragment dosłownie z koncertu), podczas której miał miejsce pewien incydent. Mianowicie pewna dziewczyna, to samo rude dziewczę, które nieświadomie robiło mi za przewodniczkę w drodze do klubu, zataczając się niezmiernie została wyprowadzona z sali przez jakiegoś chłopaka. To już nie chodzi o to, że mi przeszła po plecach, wpadła na dziewczynę z aparatem i nieomal padła nam do stóp. Chodzi o to, że wbrew przypuszczeniom, nie wyglądało to na odurzenie duchotą li tylko - która panowała w rzeczy samej, bo sala mała, bez okien, co prawda, ale wyglądała na zwyczajnie naćpaną. Bez sensu całkiem, bo GY!BE zadbał o wprowadzenie w nastroje, do których nie potrzeba żadnych wspomagaczy.
Trzeci był fenomenalny, wspominany przeze mnie jeszcze na drugi i trzeci dzień, ♫Albanian, wykonywany do tej pory wyłącznie na koncertach, a szkoda. Wielka szkoda, że nie miałam przyjemności wcześniej. Mimo obecności perkusji, gitar, wciąż tętniących ze ściany obrazów, to uwaga moja skupiła się na filigranowej skrzypaczce, która dała z siebie naprawdę wszystko. Dla fetyszystów: skrzypaczka na prawej stopie posiada spory tatuaż - mandalę. Pewnie mogłabym ją uwiecznić, zwłaszcza, gdy zmieniała smyczki i jej stopa, wraz z tatuażem, widniała mi przed oczami wystarczająco długo, by móc zrobić zdjęcie, ale co ja jestem, żeby dziewczynie nie dać w spokoju się przygotować do występu, tylko strzelać pudelkowe fotki?
Trudno w przypadku takich zespołów jak Godspeed You! Black Emperor mówić o piosenkach czy nawet utworach jako takich, nie sposób wyodrębnić jednego kawałka, nie zahaczając o drugi i końcówkę poprzedniego, płytom oddajesz się w całości, albo nie słuchasz ich wcale. To, że do tej pory chwaliłam sobie Motherfucker=Redeemer i to koniecznie część pierwszą straciło prawo bytu po tym koncercie. Jedynie fale oklasków pozwalały na podzielenie występu i posegregowanie go na dziesięć części, z których każda ma tytuł - tzw. setlista. Tak naprawdę jak już utoniesz w obrazach płonących fabryk, czy też odlecisz wpatrując się w znikający horyzont, to nie liczą się ludzie wokół, nie liczą oklaski, siódme poty - choć nikt, na szczęście nie tańczył, a przynajmniej nie ruszał się po to z miejsca... jesteś Ty i muzyka. Inny świat, dwie i pół godziny podróży.
I nieistotne to, co podnoszą w shoutboxie, że nie było Motherfucker czy ♫Providence - był GY!BE i to się liczy.
Około godziny wpół do dwunastej koncert skończył się bezapelacyjnie. Zespół otrzymał gromkie brawa od urzeczonych słuchaczy, którzy kompletnie zapomnieli, że stoją cały czas i ich plecy już nie chcą mieć z nimi nic wspólnego, ale nie wrócił. Bezsensowne są żale, że nie mówili hi, thank you i kochamy wasz!, bo wg GY!BE muzyka ma bronić się sama. Obroniła się, w rzeczy samej.
Bardzo współczuję zarówno tym, którzy narzekają, że z tyłu było źle słychać a zwłaszcza tym, których nie było, bo to nie do odtworzenia, nie do opowiedzenia i muszę Was zmartwić, ale koncert był absolutnie fantastyczny. Mimo, że w absolutnie niefantastycznym klubie.
Do domu wróciłam na drugi dzień, przez trzy i pół godziny stojąc przy drzwiach do wagonu, wraz z piętnastoma innymi osobami i ich bagażami. Gdy skręcaliśmy, czy hamowaliśmy, to ludzie łapali się drzwi, które otwierają się automatycznie, ukazując tory, kolejny wagon i wąską, co prawda, acz złowieszczą przestrzeń pomiędzy nimi. Powinnam się wściekać, powinnam pluć sobie w brodę, że kupiłam od razu bilet w obie strony, choć nikt go w drodze powrotnej nie sprawdził, powinnam powiedzieć dużo brzydkich słów o dziewczynie, która nie potrafiła się zdecydować, czy chce przeczekać w toalecie mieszczącej się w innym wagonie, czy jednak towarzyszyć nam lojalnie, ale nic z tego. Na takie 2,5h muzyki i widoków to ja mogę nawet do Trójmiasta. W podobnym tłoku.
--------
Gwoli ścisłości:
1.) Hope Drone
2.) Moya
3.) Albanian
4.) Dead Metheny
5.) 09-15-00 (outro)
6.) Chart #3
7.) World Police and Friendly Fire
8.) Lift Yr. Skinny Fists, Like Antennas to Heaven...
9.) Gathering Storm
10.) The Sad Mafioso
Było to może ze cztery czy pięć lat temu, gdy moja ówczesna bliska znajoma karmiła mnie sowicie muzyką. Tylko my dwie wiemy, jak wiele jej zawdzięczam i w ogromnym procencie to jej można zawdzięczać, że piszę o The Arcade Fire czy podziwiam Jacka White'a. To, jak się poznałyśmy, jest skomplikowane i nie ma znaczenia dla opowiadanej tu historii - w każdym razie udzielałyśmy się na słynnym Epulsie, na forum muzycznym. I tam właśnie, po raz pierwszy, dowiedziałam się o GY!BE. Dowiedziałam się, bo bynajmniej nie ruszyłam do słuchania - ten Black Emperor mnie powstrzymywał. Wtedy też nie lubiłam Sigur Rós, więc kategorię post-rock omijałam całkiem szerokim łukiem.
Dziewczyna wiedziała, co robi, gdy wcisnęła mi Yanqui U.X.O. - tam właśnie znajduje się ♫Motherfucker=Redeemer, pt 1, który wielbię po dziś dzień, a także ♫Rockets Fall on Rocket Falls, w którym zadurzyłam się wtedy. Już raz pisałam, chyba na Facebooku, że GY!BE is not YT friendly i kawałki, które w oryginale trwają >20 min, są tam bezczelnie pocięte - w przypadku Motherfucker=Redeemer podział na pt 1 i pt 2 został ustalony przez zespół, ale już Rockets Fall... został pocięty sztucznie, tu link do drugiej części wg YouTube. Potem przyszła pora na nadrobienie zaległości w postaci f#a#∞, zapoznanie się z polskim zespołem The Car is on Fire, który nazwę swą zaczerpnął od pierwszego zdania występującego na f#a#∞ i zostałam fanką GY!BE tak całkiem. Co prawda pozostałe płyty nieco odpuściłam, poświęcając im mniej uwagi, bo odkrywałam kolejne sposoby na słuchanie Motherfucker=... (najlepiej w nocy, na słuchawkach, przy zgaszonym świetle, do jakichś wizualizacji w choćby i WMP).
Zespół się rozpadł, co przyjęłam z pewnym żalem, acz zostawił przecież TAKI majątek, że nawet jeśli mieli już nic więcej nie nagrać, to wystarczyło, by się napawać jeszcze długo, długo. O koncercie nawet nie myślałam - no proszę Was, tu? Gdzie triumfy święci U2 czy inna Metallica? Nie, żebym coś miała do Metalliki, ale przyznacie, że bardzo inna bajka. Aż tu nagle, dnia pewnego, na facebookowym fanpage'u Godspeed pojawia się informacja o reaktywacji. Serce mi urosło, nadzieja na nowy materiał wystąpiła, zamiast potu, na skroni i czekałam cierpliwie na nowy album. Do głowy mi nie przyszło, że wcześniej zobaczę ich na żywo.
Aż tu nagle, dnia pewnego, września piętnastego, gdy robiłam karierę na Blipie odnośnie kwestii zasunięcia krzyża spod Pałacu, ^chacinski zrobił mnie na cacy. Bilet, pamiętam, zarezerwowałam bez wahania, jak tylko dopadłam stronę, na której oferowali i czekałam. W październiku to się styczeń wydaje odległy, więc bilet sobie czekał, podobnie jak i ja - cierpliwie w szufladzie. W tak zwanym międzyczasie ważyły się losy mojego noclegu - bo niby mam w Poznaniu siostrę i teoretycznie sprawa była oczywista, ale u nas nic nigdy nie jest oczywiste, zwłaszcza, gdy dotyczy mnie i mojej siostry. Koniec końców nastąpiło ocieplenie stosunków gdzieś koło Świąt i sprawa była zaklepana.
Na mapie, którą mam przed nosem - wisi za monitorem - przy nazwie Poznań powinnam sobie przypiąć, zamiast pinezki, znaczek TicketPro czy inny charakterystyczny dla koncertów emblemat. Bo przecież kiedy byłam po raz pierwszy w Poznaniu? Ano na NINie, dwa lata temu. Wtedy nie udało mi się pozwiedzać, dlatego planowałam teraz - znów nic z tego nie wyszło. Może za trzecim razem, jak już pojadę nie na-koncert.
Zdaję sobie sprawę, że są ludzie, nawet licznie występujący w środowisku, którzy na koncerty sami nie chadzają, a co dopiero jechać do innego miasta. Nie jest to mój przypadek. Raz nie poszłam na koncert, bo nie chciałam sama i to właściwie nie był koncert, tylko set Pompougnaca. No bo rzeczywiście sety mnie nie bawią, więc przydałby się ktoś, kto by mnie zabawiał.
Ot, kupiłam bilet w dwie strony, oświadczyłam wszem i wobec, że mnie w dniach 21-23 stycznia nie ma w mieście, więc mnie proszę nie angażować w nic i pojechałam.
W pociągu TLK zajęłam miejsce niemal na samym końcu pociągu, na jedynym trzecim siedzeniu wśród rzędów siedzeń podwójnych - oznaczało to widok na calusieńki skład z perspektywy jakiegoś władcy marionetek czy innych much. W połączeniu ze zbuntowanymi słowy - ♫Anthem for the year 2000 na ten przykład - dawało to wrażenie podobne do tych z wszelakiej maści teledysków - standing in front, or in the back, of the crowd, singin' in anger i takie tam. Dziecko Vivy Zwei i starego MTV, miałam zakusy do obsadzania się w teledyskach. Najwyraźniej nie wyrosłam całkiem. W ogóle w kwestię mojego doboru soundtracku do podróży powinien się włączyć jakiś Freud, bo oscylowałam między debiutem Silverchair (energiczni, zbuntowani młodzieńcy napieprzający gitarami, aż miło) a potencjalnie niegroźną Reginą Spektor, która niby sobie podśpiewuje o ♫dwóch ptaszkach a tak naprawdę to między tymi ptaszkami zachodzi relacja bardzo dobrze znana ze świata ludzi. Najbardziej mnie niepokoi obecność ♫Numb Linkin Park, bo ja ich przecież nie lubię. Dobrze, że chociaż nie w duecie z Jay-Z.
Jechałam z jakimś studentem fizyki, który wykonywał doświadczenie. Ponieważ wykorzystywał do tego kable i jakąś diodę, która najpierw złowieszczo świeciła na czerwono, a następnie jeszcze groźniej na zielono, to towarzysze podróży przybrali miny mówiące Jak to to było na filmach? Którym kablem się wyłącza bombę? Niestety chłopak wysiadł stację przed docelową i nic nie wybuchło, a bombę zabrał. Strzelam, że skoro świeciło się na zielono, to doświadczenie się udało.
Czytał Larssona.
20h później, nie zwiedzając wcześniej niczego, poinstruowana przez Szwagra, poinstruowanego z kolei przez JakDojade, zakotwiczyłam się w tramwaju nr 1 i ujechałam ku ul. Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Tramwaj był iście koncertowy - wszyscy w to samo miejsce, co oszczędziło mi pytań Przepraszam, którędy do klubu Eskulap? - ot, szłam za tłumem. A dokładniej za rudym dziewczęciem, które okazało się być bohaterką pewnego incydentu w trakcie koncertu.
Wejście do klubu jest, przyznam, dość osobliwe, bo schowane gdzieś za Uniwersytetem Medycznym i wygląda to jak, nie przymierzając, wejście na zaplecze. Znów - gdyby nie tłum, to tak bym sobie krążyła. Tłum? Raczej spora grupka. Koncert wybitnie niszowy to był. Przeważała młodzież przerzucająca się nazwami zespołów, które wystąpiły bądź wystąpią na festiwalu u Rojka a dziewczynami w stylu fanek Beyonce, które przywleczone zostały przez swoich undergroundowych chłopców. Nieco im współczuję, pewnie się czuły jak w jakiejś pieprzonej filharmonii.
Po przerobieniu szatni, stoliczka z koszulkami i naprawdę paskudnymi plakatami - jedno i drugie po 6 dych, zakupieniu absurdalnej Pepsi 0,5 za 7 zł., gdyż piwa nadal nie znoszę a trzecią opcją była woda, weszłam do sali. Salki wręcz.
Może to i dobrze, że nieduża była - wywoływało to wrażenie pełnego klubu po brzegi po pewnym czasie.
Na wstępie jednak skorzystałam z przerzedzenia się tłumu i stanęłam sobie elegancko pod sceną, przy bramce. Dopiero po pewnym czasie zauważyłam, że pod sceną - vis a vis głośnika. Raz w życiu stałam na koncercie przy głośniku, lata temu na Homo Twiście w Stodole i wspominam to tak źle, że nigdy potem się na to nie zdobyłam. Pomyślałam jednak, że jeśli ci, których widziałam przed wejściem, to wszyscy uczestnicy koncertu, to, zwłaszcza z moimi skromnymi gabarytami, dam radę przecisnąć się pod ścianę. Może nawet usiąść na podłodze, jak niektórzy? Albo o jezu, najwyżej ogłuchnę na trzy dni, trudno się mówi.
W międzyczasie przybywało ludzi - za mną ustawiła się, znana z koncertowego shoutboxu, dziewczyna z aparatem i drabinką remontową. Najwyraźniej była tam z misją i miała profesjonalnie zrelacjonować wydarzenie, opatrując dzieło swe zdjęciami.
Na scenę natomiast zaczęto wnosić ekwipunek GY!BE, a około godziny 21. pojawiło się coś na wzór supportu. Coś na wzór, gdyż stanowił go jeden człowiek, niejaki Total Life, który w całkowitych ciemnościach wprowadził salę w stan drżenia, na kwadrans mniej więcej. Salę - nie ludzi. Przypominało to stanie na moście, podczas gdy pod spodem zasuwa pociąg. Dźwięki ciężko określić muzyką - wyłącznie odgłosy imitujące stukot tegoż wyimaginowanego pociągu.
Po wspomnianym kwadransie odprowadzono go brawami, a na scenie zaczęli pojawiać się kolejni członkowie Godspeed You! Black Emperor - stroili skrzypce, wiolonczelę, kręcili dużą ilością pokręteł i wreszcie, około 21:30, zaczęli.
Za sobą ustawiony mieli ekran, na którym przez całą długość trwania występu wyświetlali niesamowite obrazy, zdjęcia i filmy, które w doskonały sposób komponowały się z muzyką. Dokładnie tak, jak zwykłam ich słuchać w zaciszu domowym. Na pierwszy ogień poszło intro, roboczo zatytułowane Hope Drone. W tym czasie na czarnym tle pojawił się biały napis HOPE. Pojawił, by zaraz zniknąć i znów się pojawić (i znów zniknąć, i znów...). Po tym wstępie zabrzmiała ♫Moya(tu fragment dosłownie z koncertu), podczas której miał miejsce pewien incydent. Mianowicie pewna dziewczyna, to samo rude dziewczę, które nieświadomie robiło mi za przewodniczkę w drodze do klubu, zataczając się niezmiernie została wyprowadzona z sali przez jakiegoś chłopaka. To już nie chodzi o to, że mi przeszła po plecach, wpadła na dziewczynę z aparatem i nieomal padła nam do stóp. Chodzi o to, że wbrew przypuszczeniom, nie wyglądało to na odurzenie duchotą li tylko - która panowała w rzeczy samej, bo sala mała, bez okien, co prawda, ale wyglądała na zwyczajnie naćpaną. Bez sensu całkiem, bo GY!BE zadbał o wprowadzenie w nastroje, do których nie potrzeba żadnych wspomagaczy.
Trzeci był fenomenalny, wspominany przeze mnie jeszcze na drugi i trzeci dzień, ♫Albanian, wykonywany do tej pory wyłącznie na koncertach, a szkoda. Wielka szkoda, że nie miałam przyjemności wcześniej. Mimo obecności perkusji, gitar, wciąż tętniących ze ściany obrazów, to uwaga moja skupiła się na filigranowej skrzypaczce, która dała z siebie naprawdę wszystko. Dla fetyszystów: skrzypaczka na prawej stopie posiada spory tatuaż - mandalę. Pewnie mogłabym ją uwiecznić, zwłaszcza, gdy zmieniała smyczki i jej stopa, wraz z tatuażem, widniała mi przed oczami wystarczająco długo, by móc zrobić zdjęcie, ale co ja jestem, żeby dziewczynie nie dać w spokoju się przygotować do występu, tylko strzelać pudelkowe fotki?
Trudno w przypadku takich zespołów jak Godspeed You! Black Emperor mówić o piosenkach czy nawet utworach jako takich, nie sposób wyodrębnić jednego kawałka, nie zahaczając o drugi i końcówkę poprzedniego, płytom oddajesz się w całości, albo nie słuchasz ich wcale. To, że do tej pory chwaliłam sobie Motherfucker=Redeemer i to koniecznie część pierwszą straciło prawo bytu po tym koncercie. Jedynie fale oklasków pozwalały na podzielenie występu i posegregowanie go na dziesięć części, z których każda ma tytuł - tzw. setlista. Tak naprawdę jak już utoniesz w obrazach płonących fabryk, czy też odlecisz wpatrując się w znikający horyzont, to nie liczą się ludzie wokół, nie liczą oklaski, siódme poty - choć nikt, na szczęście nie tańczył, a przynajmniej nie ruszał się po to z miejsca... jesteś Ty i muzyka. Inny świat, dwie i pół godziny podróży.
I nieistotne to, co podnoszą w shoutboxie, że nie było Motherfucker czy ♫Providence - był GY!BE i to się liczy.
Około godziny wpół do dwunastej koncert skończył się bezapelacyjnie. Zespół otrzymał gromkie brawa od urzeczonych słuchaczy, którzy kompletnie zapomnieli, że stoją cały czas i ich plecy już nie chcą mieć z nimi nic wspólnego, ale nie wrócił. Bezsensowne są żale, że nie mówili hi, thank you i kochamy wasz!, bo wg GY!BE muzyka ma bronić się sama. Obroniła się, w rzeczy samej.
Bardzo współczuję zarówno tym, którzy narzekają, że z tyłu było źle słychać a zwłaszcza tym, których nie było, bo to nie do odtworzenia, nie do opowiedzenia i muszę Was zmartwić, ale koncert był absolutnie fantastyczny. Mimo, że w absolutnie niefantastycznym klubie.
Do domu wróciłam na drugi dzień, przez trzy i pół godziny stojąc przy drzwiach do wagonu, wraz z piętnastoma innymi osobami i ich bagażami. Gdy skręcaliśmy, czy hamowaliśmy, to ludzie łapali się drzwi, które otwierają się automatycznie, ukazując tory, kolejny wagon i wąską, co prawda, acz złowieszczą przestrzeń pomiędzy nimi. Powinnam się wściekać, powinnam pluć sobie w brodę, że kupiłam od razu bilet w obie strony, choć nikt go w drodze powrotnej nie sprawdził, powinnam powiedzieć dużo brzydkich słów o dziewczynie, która nie potrafiła się zdecydować, czy chce przeczekać w toalecie mieszczącej się w innym wagonie, czy jednak towarzyszyć nam lojalnie, ale nic z tego. Na takie 2,5h muzyki i widoków to ja mogę nawet do Trójmiasta. W podobnym tłoku.
--------
Gwoli ścisłości:
1.) Hope Drone
2.) Moya
3.) Albanian
4.) Dead Metheny
5.) 09-15-00 (outro)
6.) Chart #3
7.) World Police and Friendly Fire
8.) Lift Yr. Skinny Fists, Like Antennas to Heaven...
9.) Gathering Storm
10.) The Sad Mafioso
15.11.10
oda do słuchawek.
zanim cokolwiek powiem od siebie, zacytuję Xing'a:
Wprost uwielbiam słuchać muzykę na słuchawkach. Z dwóch powodów. Po pierwsze kocham słyszeć zwrotki w tle i takie dziwne niuanse. Ze zwrotkami mam na myśli to, że czasami wsłuchując się w piosenke z uwagą, słyszać dodatkowe zdania, wyrazy czy dźwięki. Np. jeśli ktoś śpiewa w formie monologu, wyjątkowo skupiając się można usłyszeć dogadania czy dopowiedzi kogoś do kogo to trafia. Nie mam teraz przykładu. Albo w Kalibrze 44 jest bardzo często zabawa kanałami i niektóre słowa słychać tylko na prawej słuchawce, a niektóre na lewej. Daje to takie niesamowite przestrzenne wrażenie, które kocham. Kocham też pojedyńcze słowa i zabawy z nimi. Np. w piosence Sistars "Spadaj" (zacząłem słuchać Sistars i Paresłów), w nieocenzurowanej wersji, po dialogu faceta jest "i chuj mnie obchodzi blablabla. [ok.1:15s]". Słowo "chuj" jest tak magicznie ociężałe, tak przenikliwie niepasujące, tak ciężkie że słucham tego słowa z taką niekłamaną przyjemnością że o to zakrawa o psychoze. Drugą rzeczą, jest oddech. Już usłyszałem, że jestem chory, ale wdech przed zwrotką, czy wydech po zwrotce przyprawia mnie o drżenie. Lubię mieć wrażenie, że piosenka jest zaśpiewana na raz, bez montażu. Słyszenie oddechu piosenkarza daje mi tego złudzenie, czuje że jest człowiekiem, że jest bliżej mnie. Chore co?
- pewnie się nie obrazi, gdyż sam to opublikował. idealnie oddał w czym rzecz.
możecie sobie zamiast Kalibra podstawić the Knife, zamiast chuja w Sistars wstawcie instead z ♫Summer's Gone Placebo i macie wypisz, wymaluj - mnie. nawiasem mówiąc - nawet nie wiecie jaka to frajda, gdy Twój przyjaciel niejako utwierdza Cię w przekonaniu, że słusznie nazywasz go przyjacielem właśnie takimi cytatami, pod którymi możesz się podpisać. tym bardziej, że nie jest to jakiś banał.
różnie bywało. kiedyś słuchawki były dla mnie synonimem męczarni w imię kultury: muszę cicho na słuchawkach, żeby nie przeszkadzać innym napieprzaniem z głośników. dlatego raczej nie korzystałam. zaciskałam zęby i sobie obiecywałam, że jak tylko będę mogła to basami rozwalę kilka ścian.
bo ja muszę głośno, muszę czuć muzykę w sobie, w środku, jak się trzęsie od natężenia to idealnie.
i wtedy! zauważyłam, że właśnie słuchawki są w stanie mi to zapewnić. dźwięk nie rozprzestrzenia się po pomieszczeniu, tylko trafia wprost do ucha, do ciała, do krwi, do mózgu. czyli... tam gdzie powinien. i słuchałam z kolei tylko na słuchawkach, nawet jak mogłam bez.
gdy byłam w Niemczech i moi wykonywali piosenkę, w której akurat nie brałam udziału to wychodziłam na papierosa. na szyi miałam obowiązkowo telefon i nie dlatego, że ja taka gaduła tylko miał odtwarzacz mp3. celowo kupiłam model reklamowany jako bardziej walkman niż telefon. i wtedy usłyszałam: ♫Girls' Night Out i ♫Forest Families, pierwszy raz na słuchawkach. bezkonkurencyjne przeżycia. w przypadku pierwszej uaktywniły się zabawy kanałami oraz smaczki, które giną podczas słuchania na ogólnym a druga zabrała mnie w podróż, taką senną, rozmytą, z mgłą i w ogóle. bardzo bolesne było przywołanie mnie do porządku, bo właśnie chcieli śpiewać to, gdzie miałam zwrotkę.
moje pierwsze słuchawki były pomarańczowe, z taką gąbką i opaską. nie lubiłam ich strasznie, głównie za to, że były pomarańczowe a poza tym głupio mi było, że je widać. dlatego byłam przeszczęśliwa, gdy do gry włączył się model douszny. kupiłam czarne, tak, żeby nikt nie widział. faktycznie nikt nie widział, zwłaszcza starsze panie w autobusach i na przystankach, które uznawały mnie za chama-prymitywa bo nie odpowiadałam na ich pytania. szybko się jednak okazało, że mam coś nie halo z uszami i to nie laryngologicznie tylko eee... anatomicznie? słuchawki albo wypadały albo, gdy udało mi się je wreszcie zainstalować, powodowały szybko ból uszu. i wtedy pojechałam do Madrytu, do kuzynki.
to, że to Madryt nie ma kompletnie znaczenia - ma znaczenie, że byłam u kuzynki w pokoju i podczas jej nieobecności wypatrzyłam słuchawki, chyba, dla sportowców. coś w tym guście. i to było to! słuchawka właściwa jest w nich ruchoma, co pozwala mi na umiejscowienie jej w uchu w sposób właściwy a zauszniki sprawiają, że trzyma się ta moja kompozycja i nie muszę już trwać jak kamień, byle nie wyleciały.
ponieważ ceny w Madrycie są wiadome to odczekałam do powrotu. niestety, T. pojechał do jakiegoś Media Marktu i podczas kupowania głośników do komputera - które obecnie mi się dostały - kupił mi słuchawki. Sennheisera, cholera (ależ rym). douszne. jestem dobrym człowiekiem i jak widzę, że ktoś się postarał - T. się postarał; Sennheiser drogi a my nie mieliśmy kroci - to i ja się staram, więc męczyłam się z bolącymi uszami i nie pisnęłam, że wolałabym inne. odczekałam aż będę miała wolne pieniądze i kupiłam taniego (w porównaniu z S.) Panasonica, sportowe. sprawdzają się genialnie. Sennheiser leży w szufladzie.
niestety (?) są szaro-niebieskie więc nie dość, że widać to jeszcze gdy je zakładam to wyglądam jak agent FBI czy inna pani z infolinii.
umieściłam znak zapytania przy niestety, bo jakiś czas temu ktoś mi dał czegoś posłuchać na takich wielkich słuchawach. audiofilskich, ą i ę. i się absolutnie zakochałam. w słuchawkach, nie we właścicielu. to uczucie chwytu ucha, dzięki czemu czujesz się jak w dźwiękowym kasku... rewelacja. no i głośnik większy - o wiele lepszy efekt. no a wiadomo - te wielkie widać. chyba nawet na tym polega lans, że widać.
jak już mi się skończą koncerty, na które muszę czy musiałam pokupować bilety, to sobie sprawię takie słuchawki. nie dla lansu, dla obłędnego wrażenia. idziesz i jesteś muzyką. czujesz ją wszędzie, zamykasz oczy - nie jak idziesz, bo się wpierdolisz pod samochód - i ją widzisz. odrębna kraina, szaleństwo, raj.
ta cała notka powstała dlatego, że właśnie jest przed szóstą, ciemno, świat śpi a ja, wraz z moim sportowym modelem i ♫IAMX-em, podróżuję. i akurat tej nocy nie idzie o tekst a o te wkręcone między zwoje, klawisze.
może kiedyś stworzę listę do słuchania tylko na słuchawkach.
Wprost uwielbiam słuchać muzykę na słuchawkach. Z dwóch powodów. Po pierwsze kocham słyszeć zwrotki w tle i takie dziwne niuanse. Ze zwrotkami mam na myśli to, że czasami wsłuchując się w piosenke z uwagą, słyszać dodatkowe zdania, wyrazy czy dźwięki. Np. jeśli ktoś śpiewa w formie monologu, wyjątkowo skupiając się można usłyszeć dogadania czy dopowiedzi kogoś do kogo to trafia. Nie mam teraz przykładu. Albo w Kalibrze 44 jest bardzo często zabawa kanałami i niektóre słowa słychać tylko na prawej słuchawce, a niektóre na lewej. Daje to takie niesamowite przestrzenne wrażenie, które kocham. Kocham też pojedyńcze słowa i zabawy z nimi. Np. w piosence Sistars "Spadaj" (zacząłem słuchać Sistars i Paresłów), w nieocenzurowanej wersji, po dialogu faceta jest "i chuj mnie obchodzi blablabla. [ok.1:15s]". Słowo "chuj" jest tak magicznie ociężałe, tak przenikliwie niepasujące, tak ciężkie że słucham tego słowa z taką niekłamaną przyjemnością że o to zakrawa o psychoze. Drugą rzeczą, jest oddech. Już usłyszałem, że jestem chory, ale wdech przed zwrotką, czy wydech po zwrotce przyprawia mnie o drżenie. Lubię mieć wrażenie, że piosenka jest zaśpiewana na raz, bez montażu. Słyszenie oddechu piosenkarza daje mi tego złudzenie, czuje że jest człowiekiem, że jest bliżej mnie. Chore co?
- pewnie się nie obrazi, gdyż sam to opublikował. idealnie oddał w czym rzecz.
możecie sobie zamiast Kalibra podstawić the Knife, zamiast chuja w Sistars wstawcie instead z ♫Summer's Gone Placebo i macie wypisz, wymaluj - mnie. nawiasem mówiąc - nawet nie wiecie jaka to frajda, gdy Twój przyjaciel niejako utwierdza Cię w przekonaniu, że słusznie nazywasz go przyjacielem właśnie takimi cytatami, pod którymi możesz się podpisać. tym bardziej, że nie jest to jakiś banał.
różnie bywało. kiedyś słuchawki były dla mnie synonimem męczarni w imię kultury: muszę cicho na słuchawkach, żeby nie przeszkadzać innym napieprzaniem z głośników. dlatego raczej nie korzystałam. zaciskałam zęby i sobie obiecywałam, że jak tylko będę mogła to basami rozwalę kilka ścian.
bo ja muszę głośno, muszę czuć muzykę w sobie, w środku, jak się trzęsie od natężenia to idealnie.
i wtedy! zauważyłam, że właśnie słuchawki są w stanie mi to zapewnić. dźwięk nie rozprzestrzenia się po pomieszczeniu, tylko trafia wprost do ucha, do ciała, do krwi, do mózgu. czyli... tam gdzie powinien. i słuchałam z kolei tylko na słuchawkach, nawet jak mogłam bez.
gdy byłam w Niemczech i moi wykonywali piosenkę, w której akurat nie brałam udziału to wychodziłam na papierosa. na szyi miałam obowiązkowo telefon i nie dlatego, że ja taka gaduła tylko miał odtwarzacz mp3. celowo kupiłam model reklamowany jako bardziej walkman niż telefon. i wtedy usłyszałam: ♫Girls' Night Out i ♫Forest Families, pierwszy raz na słuchawkach. bezkonkurencyjne przeżycia. w przypadku pierwszej uaktywniły się zabawy kanałami oraz smaczki, które giną podczas słuchania na ogólnym a druga zabrała mnie w podróż, taką senną, rozmytą, z mgłą i w ogóle. bardzo bolesne było przywołanie mnie do porządku, bo właśnie chcieli śpiewać to, gdzie miałam zwrotkę.
moje pierwsze słuchawki były pomarańczowe, z taką gąbką i opaską. nie lubiłam ich strasznie, głównie za to, że były pomarańczowe a poza tym głupio mi było, że je widać. dlatego byłam przeszczęśliwa, gdy do gry włączył się model douszny. kupiłam czarne, tak, żeby nikt nie widział. faktycznie nikt nie widział, zwłaszcza starsze panie w autobusach i na przystankach, które uznawały mnie za chama-prymitywa bo nie odpowiadałam na ich pytania. szybko się jednak okazało, że mam coś nie halo z uszami i to nie laryngologicznie tylko eee... anatomicznie? słuchawki albo wypadały albo, gdy udało mi się je wreszcie zainstalować, powodowały szybko ból uszu. i wtedy pojechałam do Madrytu, do kuzynki.
to, że to Madryt nie ma kompletnie znaczenia - ma znaczenie, że byłam u kuzynki w pokoju i podczas jej nieobecności wypatrzyłam słuchawki, chyba, dla sportowców. coś w tym guście. i to było to! słuchawka właściwa jest w nich ruchoma, co pozwala mi na umiejscowienie jej w uchu w sposób właściwy a zauszniki sprawiają, że trzyma się ta moja kompozycja i nie muszę już trwać jak kamień, byle nie wyleciały.
ponieważ ceny w Madrycie są wiadome to odczekałam do powrotu. niestety, T. pojechał do jakiegoś Media Marktu i podczas kupowania głośników do komputera - które obecnie mi się dostały - kupił mi słuchawki. Sennheisera, cholera (ależ rym). douszne. jestem dobrym człowiekiem i jak widzę, że ktoś się postarał - T. się postarał; Sennheiser drogi a my nie mieliśmy kroci - to i ja się staram, więc męczyłam się z bolącymi uszami i nie pisnęłam, że wolałabym inne. odczekałam aż będę miała wolne pieniądze i kupiłam taniego (w porównaniu z S.) Panasonica, sportowe. sprawdzają się genialnie. Sennheiser leży w szufladzie.
niestety (?) są szaro-niebieskie więc nie dość, że widać to jeszcze gdy je zakładam to wyglądam jak agent FBI czy inna pani z infolinii.
umieściłam znak zapytania przy niestety, bo jakiś czas temu ktoś mi dał czegoś posłuchać na takich wielkich słuchawach. audiofilskich, ą i ę. i się absolutnie zakochałam. w słuchawkach, nie we właścicielu. to uczucie chwytu ucha, dzięki czemu czujesz się jak w dźwiękowym kasku... rewelacja. no i głośnik większy - o wiele lepszy efekt. no a wiadomo - te wielkie widać. chyba nawet na tym polega lans, że widać.
jak już mi się skończą koncerty, na które muszę czy musiałam pokupować bilety, to sobie sprawię takie słuchawki. nie dla lansu, dla obłędnego wrażenia. idziesz i jesteś muzyką. czujesz ją wszędzie, zamykasz oczy - nie jak idziesz, bo się wpierdolisz pod samochód - i ją widzisz. odrębna kraina, szaleństwo, raj.
ta cała notka powstała dlatego, że właśnie jest przed szóstą, ciemno, świat śpi a ja, wraz z moim sportowym modelem i ♫IAMX-em, podróżuję. i akurat tej nocy nie idzie o tekst a o te wkręcone między zwoje, klawisze.
może kiedyś stworzę listę do słuchania tylko na słuchawkach.
24.10.10
WONDERLUSTRE, Skunk Anansie, 2010
stop.
później wydali dwie kolejne płyty, rozeszli się, wokalistka nagrała zapierający dech, w mojej żądnej pierdolnięcia, piersi ♫duet z Maximem Reality z Prodigy, sama wydała dwie solowe płyty.
stop.
wrócili, zeszli się, zamydlili uszy jakimś debestofem i tadaaam, wydali czwarty album. i ja bym się chciała dowiedzieć jednego - co się, kurwa, stało?
może to nie jest moja ulubiona forma pisania o muzyce, zamykanie jej w klamry porównań ale to uderza. uderza i boli, ten rozdźwięk. fakt, że ta wysoko postawiona na wstępie poprzeczka gdzieś się teraz majta koło łydek, sorry. i mi nie chodzi o to, że cała płyta jest o miłości bo niech sobie będzie. jakby się uprzeć to ♫Charity też się jakoś o temat ociera, ale w tych tekstach kompletnie nie ma polotu, znanego wcześniej spod szyldu Skunk Anansie. wszystko jest takie topornie dosłowne, wręcz nieco żenujące, jak w przypadku - nomen omen - ♫Over the Love: now I can forget you cos I'm over the love, karma can protect you cos I'm over the fun, I needed the shame, I needed the pain, I need to feel nothing for you, now I can forget you cos I'm done. poważnie? taki syf? żeby nie było, ja bardzo lubię tę jej emocjonalną stronę, którą pokazała solo, ♫Nothing But do dziś nie mogę słuchać w spokoju ale no cholera, to miała być odskocznia. wypłakała się i wróciła na łono SA.
a tymczasem ich zaraziła tą swoją emo-manierą. gdyby nie ♫My Ugly Boy, który po pierwsze zrzyna ze... Skunk Anansie (♫We Love Your Apathy) a po drugie razi mnie tekst, który jest z pewnością hołubiony przez dziewczęta ze zbyt wybujałą wyobraźnią ale jest najmocniejszym punktem albumu, to należałoby tu mówić o pop-rocku. jeszcze niebanalne mi się zdaje ♫You're too expensive, choć pragnęłabym zaznaczyć, że niebanalne muzycznie jedynie bo i tu się przebijają wersy w stylu: tell me how. tell me how to breathe. when your arms. hold me too tightly. you're too expensive for me. I'd have to break all ties for you. tell me how. to fall out of love with you. blablabla.
a cała reszta się nijak nie broni - teksty, powiedzmy to głośno, kiczowate, muzyka kompletnie bez jaj - tak, wiem, mam się cieszyć, że jest perkusja i gitara. przepraszam ale mało mi do szczęścia.
i to raczej nie jest kwestia mojego nastroju czy stanu ducha - Meds Placebo idealnie trafiło w mój nastrój, opisywało dokładnie to, co przechodziłam ale nie skłoniło mnie to do mówienia, że to jest dobra płyta.
jest (tu wracam do Wonderlustre) monotonna, przesłodzona, teksty naprawdę lecą na jedno kopyto (vide już same tytuły mówią za siebie: Over the Love, My Love Will Fall, You Saved Me, I will stay but You should leave) a nie, jak w przypadku trzech poprzednich płyt, dotykają różnych aspektów. idź mi pan z takim czymś, nawet okładka jest do dupy.
z zespołami jest jak ze znajomymi - masz wielu, są różnorodni, jedni się świetnie nadają do ploteczek przy kawie, innym zdradzasz sekrety przy winie bo wiesz, że to inny kaliber niż ci od ploteczek. i trochę żal, gdy ci drudzy stają się tymi pierwszymi. oczekiwałam o wiele, wiele więcej.
6.10.10
THE SUBURBS, Arcade Fire, 2010
Przyjdzie mi to o tyle łatwo, że śladu tu po nim nie ma. I to poniekąd słychać, nie tyle w jakości, co Arcade Fire zdaje się na swoim trzecim albumie zachowywać nieco jak dziecko, które wyrwało się spod bacznego oka wujka.
Nie potrafię tylko jednoznacznie stwierdzić czy to dobrze, no bo jednak raz na trzy płyty przydałoby się nagrać coś innego od dwóch poprzednich ale dopiero teraz słyszę za co Pallett tu odpowiadał i trochę szkoda, że skończyła się era widowiskowych (słuchowiskowych?) partii instrumentów smyczkowych.
Ale do rzeczy.
Problem z openerem, tytułowym Suburbs polega z grubsza na tym, że wszystko bardzo ładnie, dopóki Win nie zaczyna śpiewać. Monotonny, usypiający wokal, wspierany przez wesołą, w miarę skoczną melodię. To nie mogło się udać. To jak skakać radośnie po polnej dróżce, dzierżąc na plecach torbę z kamieniami - nie ma siły, odbije się to na możliwości skakania. Głupio zrobili ci, którzy wysłali Suburbs na singla, bo nie jest reprezentatywny. Może nie jest aż tak nudny jak Rococo ale wcale nie obiecuje albumu radosnego, jak na zwyczaje AF odważnego... innego.
A skoro już o Rococo wspomniałam, to pozbędę się wizji pisania po kolei. Rococo mnie zawi..odło? -ódł?, no bo kto jak kto ale zespół, który brzmi jak Rubik na haju mógłby wykorzystać potencjał tytułu i walnąć oszałamiające rozmachem (i długością) Dzieło. Tymczasem dupa jasiu, długością przesadnie nie powala (cztery minuty niecałe, radio friendly), za to powala nijakością. I cóż z tego, że bardzo fajnie brzmi słowo rokoko?
Można oczywiście przyjąć, że zamysł był inny: [Rokoko] Odznaczało się lekkością i dekoracyjnością form, swobodną kompozycją, asymetrią i płynnością linii(…) mówi Wiki i rzeczywiście – dekoracyjnie jest (pomysł z charakterystycznymi podjazdami a to skrzypiec a to czego innego w istocie jest miły), acz swobodnie i asymetrycznie, czyli coraz bardziej się bełta, plącze, nie trzyma kupy.
W przeciwieństwie do Ready to Start - utworu dla Fire’owców raczej nietypowego, głównie za sprawą energii, obecności trochę bardziej niż zwykle złożonego riffu (ha!), nieobecności z kolei skrzypiec, gdyby Win był w stanie z siebie wyłuskać trochę tylko niższy ton, to wręcz byłoby to rockowe. I jest i ruchome tempo i przyczajenie się perkusji i choć obawiam się, że uszczknięty element swojskości nadrabiają miałkim tekstem, to na szczęście, nie mamy do czynienia z utworem polskim, gdzie nie da się tekstu odsiać od muzyki i jak ten pierwszy ssie (a umówmy się, najczęściej to robi) to druga nie bardzo umie się obronić, więc do tekstu nawet nie zerkam. I się cieszę faktem, że Arcade Fire odnajduje u siebie jaja.
Modern Man wcale nie jest modern. Ciężko mi się wypowiedzieć na temat bo czy ja mam patrzeć, prawda, przez pryzmat i piać, że brzmi jak sąsiad Younga czy kręcić nosem, że jest nudny? No bo gdzie Young a gdzie Arcade Fire, nie? Dyplomatycznie powiem, że jak już zrzynać to zrzynać od najlepszych, a kto sobie na co akcent położy, to już nie moja wina/zasługa.
Względem Empty Room nie należy ode mnie przesadnie wymagać czegoś na wzór obiektywizmu, bo są pędzące skrzypce a to już mnie kupuje. I one są caluśki czas, w tle. Poza tym nawet bez tych skrzypeczek bym nie miała się co czepiać, bo krótkie, szybkie, radosne takie. Takie jak Keep the Car Running z Neon Bible.
Przy City with no Children wypadałoby się zatrzymać na moment, gdyż sparafrazowany tytuł stanowi idealną receptę na fajną płytę spod szyldu Arcade Fire, a mianowicie Album with no Children. Co prawda i na recepcie się kończy, bo właśnie tu sztandarowy, arkadyjski chórek piszczących dziewcząt, brzmiących jak dzieci, daje się najbardziej we znaki ale nie można mieć wszystkiego. Na pociechę jest gitara. A może to jest tak, że oni gażę Palletta postanowili przeznaczyć na szkolenie u jakiegoś gitarzysty z pazurem?
Bo proszę mnie źle nie zrozumieć – nie lubić elementów orkiestrowych w Arcade Fire, to nie lubić Arcade Fire w ogóle przecież i ja nadal wolę posłuchać 10x No Cars Go, niż przelecieć Funeral (choć to bardzo…. a, to może kiedy indziej) ale co za dużo, to niezdrowo. Lub. Odmiany są miłe.
Oba Half-Lighty są niewyróżniające się ale już następujący po nich Suburban War przez trzy/czwarte swojego trwania wyróżnia się i to na plus. Bardzo spokojny, minimalistyczny a zarazem dojrzały utwór, który padł ofiarą bardzo dobrze znanego błędu - ulepszmy dobre. Rozumiem, że klimat wymusza dynamiczniejszy finał, taka typowa stylistyka – spokojnie, spokojnie i nagle bum! ale doszło do zapędzenia się. O jedną eksplozyjkę bardziej.
Hm. Z Month of May trochę przegięli pałę rozbestwienia gatunkowego. Nie ma płaczu, bo się chcieli sprawdzić pewno w takiej konwencji a że nie wyszło, nie ich koszula to no, bywa. Ale nie każdy może być Joshem Homme, sorry dudes.
Wasted Hours okazują się być wasted minutes, jak i każdy kolejny utwór aż nadchodzi We Used to Wait. Tak jak w przypadku Empty Room cały czas słyszalne były jednostajne skrzypce, tak tu to samo robi pianino, co wprowadza nieco napiętą atmosferę. Po trosze słychać zakusy na muzykę elektroniczną. Udane. I choć pchają się z tą swoją iskrą, chcą wzniecać, rozkręcać, to nie razi.
Zresztą ochotę na romans z elektro słychać też w Sprawl II (Mountains Beyond Mountains) - jakby się spotkali na jakiejś screenagers’owej imprezce z rodzeństwem Dreijer, Blondie (co często powtarzane, pewnie dlatego, że skojarzenie się narzuca samo), Architecture in Helsinki, trochę quasietnicznie, czyli to co wychodzi, gdy Amerykanie chcą brzmieć jak Chińczycy, nie wyściubiając nosa za granicę swojego stanu i wreszcie ten cały miks wyprodukowany by się okazał przez Eno (podkreślam by się, żeby potem nie było, że rozpowiadam jakoby Brian Eno wyprodukował Arcade Fire). Dość szalone, a jak szalone to fajne. Jakaś taka zależność się w muzyce wytworzyła.
Na dowidzenia ten bardzo, jednak, długi album (bo jak mówię, że coś tam było nudne to proszę uznać, że było BARDZO nudne) wieńczy closer Suburbs, z tej okazji wzbogacone o zaskakujący, prawda, dodatek (continued). I o ile w wersji podstawowej przeszkadzał mi dysonans między tempem muzyki a tempem wokalu, tak teraz wszystko jest pięknie, ładnie, wolno. Nihil novi – najczęściej gdy się tworzy taką klamrę, to ciekawszy wydaje się epilog.
Siu, i co? Ani słowa o Pallett'cie poza AF. ;)
Bardzo się cieszę, że zdecydowałam się na tak drobiazgowe potraktowanie Suburbs, bo przyznam, że po pierwszym odsłuchu nie widziałam w niej nic ciekawego. Podczas drugiego coś zaczęło z wolna zaskakiwać ale dopiero takie przysiądnięcie i słuchanie każdej piosenki po kilka razy, żeby móc napisać o niej wszystko co da się, pozwala na wyłuskanie każdego ewentualnego smaczku, dokopanie się do drugiego dna, połapania się w założeniu i może się tak zdarzyć, niekoniecznie tutaj ale przy okazji innych płyt zdarza się a i owszem, że nagle zaskoczy, po piętnastym odsłuchaniu, nagle załapię, że w tym kiczu chodzi nie o kicz a o pastisz czy że ta panienka nie jęczy, jak niedopukana emo, tylko naprawdę ma powód by tak miauczeć. Czy że gitara jest nieziemska, czy że riff chwytliwy, czy, na innym, lepszym sprzęcie dosłyszy się ukryte partie na trójkącie. I tak dalej, tym podobne.
1.10.10
The 30 Day Song Challenge: Day 30
this is it, ostatni dzień był nadszedł. z tego tu oto miejsca pozdrawiam Siwą i obiecuję, że już nie będę. ;)
your favorite song at this time last year
last podaje, że w tygodniu kończącym się 4 października 2009. roku, najczęściej słuchaną piosenką była...
teraz mi się przejadła.
your favorite song at this time last year
last podaje, że w tygodniu kończącym się 4 października 2009. roku, najczęściej słuchaną piosenką była...
teraz mi się przejadła.
30.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 29
a song from your childhood
aww... gdzieś na początku lat 90. ten teledysk był WSZĘDZIE
aww... gdzieś na początku lat 90. ten teledysk był WSZĘDZIE
29.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 28
a song that makes you feel guilty
no i nie można było tak od razu? wreszcie jakieś konkretne pytanie. jakie pytanie, taka odpowiedź:
coś jest w niej takiego, że się nieswojo czuję jak słyszę i oglądam teledysk.
no i nie można było tak od razu? wreszcie jakieś konkretne pytanie. jakie pytanie, taka odpowiedź:
coś jest w niej takiego, że się nieswojo czuję jak słyszę i oglądam teledysk.
28.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 27
a song that you wish you could play
nie mam przesadnie nierealnych oczekiwań - da się zrobić. kiedyś.
celowo wersja z And All That Could Have Been, bo jest bardziej rozbudowana od wersji studyjnej.
nie mam przesadnie nierealnych oczekiwań - da się zrobić. kiedyś.
celowo wersja z And All That Could Have Been, bo jest bardziej rozbudowana od wersji studyjnej.
27.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 26
a song that you can play on an instrument
taka ze mnie Obywatelka Unii! :P z rozmysłem nie wrzucam oryginału, bo właśnie po tej minucie wymiękam ACZ gwoli bycia dumnym z - sama się nauczyłam, bez żadnych nut czy innych wspomagaczy. na pianinie.
taka ze mnie Obywatelka Unii! :P z rozmysłem nie wrzucam oryginału, bo właśnie po tej minucie wymiękam ACZ gwoli bycia dumnym z - sama się nauczyłam, bez żadnych nut czy innych wspomagaczy. na pianinie.
26.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 25
a song that makes you laugh
tak, miewam niewyszukane poczucie humoru. ;)
tak, miewam niewyszukane poczucie humoru. ;)
25.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 24
a song that you want to play at your funeral
(...)
i nie, tu wcale nie chodzi o Minutę Ciszy, tylko o fakt, iż jest mi doprawdy całkowicie obojętne co puszczą na moim pogrzebie, gdyż... ekhem, no nic mi z tego nie przyjdzie. nie będę tego ani słyszeć, ani wspominać, ani nic takiego.
może tylko tyle, że...
(...)
i nie, tu wcale nie chodzi o Minutę Ciszy, tylko o fakt, iż jest mi doprawdy całkowicie obojętne co puszczą na moim pogrzebie, gdyż... ekhem, no nic mi z tego nie przyjdzie. nie będę tego ani słyszeć, ani wspominać, ani nic takiego.
może tylko tyle, że...
24.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 23
a song that you want to play on your wedding
tylko ja nie wiem, tu chodzi o taki ślub-ślub czy o wesele? bo jak wesele, to musiałoby to zostać przerobione na walca. ale da się, z tego co słyszę.
i tak, mówię serio.
tylko ja nie wiem, tu chodzi o taki ślub-ślub czy o wesele? bo jak wesele, to musiałoby to zostać przerobione na walca. ale da się, z tego co słyszę.
i tak, mówię serio.
23.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 22
a song that you listen to when you're sad
dead astronaut in space.
z biegiem lat myślę sobie, że to musiało być strasznie emo, gdy sobie napisałam na piórniku Disassociative. stare dzieje.
dead astronaut in space.
z biegiem lat myślę sobie, że to musiało być strasznie emo, gdy sobie napisałam na piórniku Disassociative. stare dzieje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)