23.9.11

PEARL JAM 20, reż. Cameron Crowe, 2011

Zarzucają mu, że przez fana dla fana, więc nim ruszę do recenzji właściwej, to i ja się wypowiem w tym duchu. Bo kiedyż mi się trafi lepsza okazja? Nie, żeby pierwszy raz, kilkakrotnie dawałam słowny upust uczuciu, jakim ich darzę, ale działo się to w tak różnych strefach wiekowych, że i teraz nie zawadzi, zwłaszcza, że to jak te akcje z robieniem dziecku zdjęcia co roku przy tym samym drzewie. Co wrażliwszych i skłonnych do rychłego znużenia odsyłam w niższe rejony, bo ja tu teraz będę znowu o tym samym. Z niesłabnącą, szczęśliwie, ekscytacją.

Mamy rok 1996, scena dramatu przedstawia się tak - siedzimy z siostrą w pokoju, tym, który chyba się określa mianem salonu, choć ja, za pozostałymi mieszkańcami, nazywam go ot dużym pokojem, bo z salonem to on nie ma nic wspólnego, no, może poza poziomem intelektualnym właścicieli. Płyty są: na regale po prawej, liczącym sobie wtedy półek siedem, pod regałem po prawej, na elemencie meblościanki po prawej, pod stołem, przy którym siedzimy, na telewizorze naprzeciwko, po lewej przy wieży, powiedzmy trzy i pół kolumny, na podłodze pod wieżą, wbrew wszelkim zasadom - na wieży, i ileś tam, które w szale poszukiwań zleciały za telewizor. W wieży się kręci jeszcze jedna, sreberkiem do góry. Rzecz w tym, że naprawdę - miałam z czego wybierać i miałam naprawdę mnóstwo kandydatów do skradnięcia mi mego ośmioledwieletniego, muzycznego serca. I wtedy na ten sielski obraz wkracza Tatuś, niosąc kolejne naręcze, zawierające tym razem... nie, chwila. Ja coś tu muszę wyjaśnić, przyznać się uczciwie, coby nie dopuścić do przekłamań. To nie jest tak, że byliśmy wtedy niebywale majętni i te wszystkie płyty były opatrzone hologramem i książeczką. Niestety, to już wtedy stawiano przed słuchaczami wybór - jedna z książeczką albo cztery z muzyką. Plus tamtych czasów - wtedy cztery, dzisiaj z siedem.

Więc tym razem naręcze zawierało No Code. I to było to! Starym swym zwyczajem, młócił ją godzinami, dniami, nie wywołując we mnie żadnego wrażenia, poza może tym, że wokalista śmiesznie śpiewał w Who You Are. Fala wielkich uczuć i emocji przybyła dopiero wraz z Ten, co dziwić właściwie nikogo nie powinno - z tego, co zdołałam się zorientować, to nawet ci, którzy nie słuchają chłopaków w rozmodleniu, dostrzegają jej jakość.

Nie będę się kreować na wielkiego hipstera, który mówi, że poniewierałam Jeremym, bo nie - choć wtedy byłabym podwójnym hipsterem, jako ta, co nim była, nim jeszcze temat stał się modny. Banalnie wręcz weszłam jak w masło, słuchałam godzinami, pod rząd, nie dało się mnie przekonać, że może by tak hymn generacji - Alive. Zwłaszcza, gdy zobaczyłam klip. Nie sposób by mi się było nie utożsamiać z chłopcem, w którym dniami, tygodniami, latami zalegają emocje, które z czasem doprowadzają do tragedii. Zwłaszcza przy daddy didn't give attention to the fact that mummy didn't care. Nadto sam Vedder przyprawiał o gęsią skórkę - wokalem, klipową mimiką (zwłaszcza tym, że nie szczerzył się w radości czy też złości, do kamery, tylko siedział i opowiadał historię, patrząc gdzieś tam w bok i kończąc w zapamiętaniu) i... no dobrze, to akurat nie pasuje do obrazka, ale piękny był, no. Także mamy młodego boga, który śpiewa przejmująco, robi wrażenie zupełnie czym innym, niż do tej pory starali się imponować moi idole... he got me, babe. Po Jeremym przyszło Black, czyli absolut totalny. To musiało jakoś wpłynąć, w sensie, kiedy pozostałe dziewięciolatki uczyły się o miłości - przecież pewnie tej samej, tylko przez kogo innego odczuwanej - na Backstreet Boys, miłości podanej w stylu quit playing games with my heart, nananananana, nananana, babe, to mnie uczył wers I know someday you'll have a beautiful life, I know you'll be a star in somebody else's sky, but why can't it be mine?, który po dziś dzień dla mnie bije wszystkie inne wyznania na głowę. Ciężko po takiej szkole być trzpiotką. Podczas, gdy Spicetki nadawały o swych bolesnych pragnieniach zaciągnięcia pięciu gości do pięciu łóżek - czy tam do jednego wspólnego, w sumie why not? - ja sobie kładłam, głosem Eddiego, całe pokłady emocji, które rodzą się albo przed, albo w trakcie, albo po wyjściu z tegoż łóżka.
Potem Ten poleciał już lawinowo, Why GoGarden, a przede wszystkim Release, a za nimi cała reszta. Niepotrzebne mi były oczywiste odniesienia, wspólne metafory, ale wchodziłam z nimi w relację. Opowiadali mi tą płytą takie historie i w taki sposób, że w sumie nie potrzebowałam specjalnie namacalnych ludzi do procesu wychowawczego, przynajmniej na płaszczyźnie emocji. Ale to nie tylko zasługa Eddiego, wystarczy sięgnąć po dowolną wersję instrumentalną czy koncertową, która najczęściej jest co najmniej dwa razy dłuższa, wypełniona już samą muzyką. I działa tak samo.

W międzyczasie do domu trafiały kolejne płyty - Vs i Vitalogy, ale z początku, podobnie jak wcześniej No Code, ledwie omiotłam je uchem. Co teraz kompletnie nie wydaje mi się złe, wręcz cenię ten ich "winny" charakter - muszą dojrzeć. Słuchacz też. Wtedy to ja byłam na etapie odkrywania No Code po swojemu, już bez nacisków, czekałam nawet aż wszyscy powychodzą z domu, żeby nie słuchać "widzisz? widzisz?". Sama chciałam zobaczyć. I zobaczyłam, oj zobaczyłam.
Zobaczyłam np. In My Tree, opowiadający o gościu uciekającym przed światem na drzewo, na którym nie dosięga go ten cały zgiełk, paranoje tworzone przez ludzi dla ludzi, wers and I've got a glimpse of my innocence, got back my innocence, still got it, still got it swobodnie może nawiązywać do słynnego, amerykańskiego zwyczaju pomieszkiwania sobie dzieciaków w domkach na drzewach, do którego uciekają, zmęczeni, zadławieni życiem, które toczy się na dole. Fakt, że historia opowiadana jest przez dorosłego człowieka, który mimo swego wieku i doświadczenia, pozwalającego uodpornić się na wiele spraw, nadal potrzebuje takiej ucieczki na drzewo, skłania do refleksji. Jednak największą perłą tej płyty jest wg mnie - choć nie wiem po co to zaznaczam, cała ta notka jest jednym wielkim wg mnie - Present Tense i chyba pierwszy raz głównie za sprawą muzyki, nie tekstu. Całkowicie znokautowana przez tamtejszy bas, tak niebywale surowy w refrenie, kojąco przyjemny pod zwrotką i atakujący bezkompromisowo na koniec. Cudeńko. Niedościgniony, cholera, ideał. Choćbyście mi podrzucali, nie twierdzę, że niewartych uwagi, bo gdzieżby!, legendy strun, to od lat to wykwintne połączenie basu i perkusji nie znajduje sobie u mnie równych. A sama końcówka, gdy tak ciepło łaskocze.... nie słucham tego często, bo boję się popsuć to wrażenie.

W ogóle to jest tak, że ja ich słucham tak naprawdę rzadko, mimo, że wyłuskuję w mediach, wychwalam gdzie się da i kompletnie nie kryję się z uwielbieniem, to dawkuję sobie chłopaków. Trzymam, jak koniak w barku, jak cygara w szufladzie, wyciągając tylko na specjalne okazje. I słucham sama. Jeśli nie mówimy akurat o koncercie czy, tak jak ostatnio, filmie, na który nie poszłam sama, to sobie ich zostawiam na intymne tete-a-tete. Nie wdaję się też w dyskusje fanów i niefanów, jeśli należałam kiedykolwiek do fanklubów, to tylko dla porządku, może poinformowania kumpli, ale nie dzielę się nimi z ni... okej. Kłamię, raz się podzieliłam. Haha, bym zapomniała nawet o moim brawurowym występie.

Tym razem sceną dramatu była... moja szkoła. Nawet nie jestem pewna, czy nie moja sala. Piąta albo szósta klasa, pamiętam, bo natenczas kochałam się w Bartku, szkolna dyskoteka połączona z Mini Playback Show. I tu następuje wyjawienie tajemnicy "jak spotęgować wrażenie bycia emo socjopatą już w podstawówce" - dziewczyny były Spicetkami, ktoś tam był pop-kimśtam, a ja, spowita w koszulę w kratę, wytarte jeansy a chyba nawet i sztruksy - ♫Corduroy, a? ;) - martensy, się wie, burza włosów i wyskoczyłam im z jakimś, panie, Pearl Jamem, co to w ogóle jest, czy to jacyś nowi po N*Sync? A ja już wtedy znałam gorzko-słodki smak profesjonalizmu, nawet jak zaczęli klaskać - w trakcie, w trakcie! jak na jakiejś, holender, biesiadzie - to przygryzłam lekko wargę, nakręciłam się podwójnie - to naprawdę jest cios, gdy się okazuje, że szalejesz przez cały semestr za chłopcem, który nie jest z Twojej muzycznej planety, z którym w sekundę wiesz, że nigdy nie wejdziesz na podobne poziomy wrażliwości i który w drugiej sekundzie okazuje się na mur-beton być jedynie, co z tego, że prześlicznym, ale pingpongdzistą ledwie? Po latach się oczywiście okazało, że zbłądziłam haniebnie, jest teraz artystą i ma własne wystawy, miło, hej - i wygrałam. Fizycznie flamastry, mentalnie pozycję. Tej dziwnej, co prawda, ale, jak pokazuje życie, taka daje całkiem spore możliwości, więc uznaję, że jestem wygrana, skoro już w piątej klasie sobie zapracowałam.
Nie ma zdjęć.

Fama jednak musiała być słusznej wagi, bo gdy pewien chłopiec, o którym może i wspominałam, był urwisem nieprzeciętnym, może i nieco sadystycznym. Możliwe jest też, że na chory sposób, w niewielkim procencie, ale mnie to fascynowało, acz bez podtekstów, za mały ten procent - pewne było jednak to, że jego formy urwisowstwa nie były akceptowane przez ciało pedagogiczne, czemu się tak naprawdę nijak nie dziwię. Tenże więc chłopiec, razu pewnego, zapragnął mnie przekupić, cobym nie szła do pani. I czym? Płytami PJ, powołując się na mamusię, która podobno miała pracować przy obsłudze ich koncertu w Polsce. Bo był i koncert, taki z cyklu dowiedziałam się tydzień po, latami odżałować nie mogłam. Nie przekupił - miałam już wszystkie.

Kolejnym przystankiem jednak nie były wcale płyty, a książka, Roślina, autorstwa Małgorzaty Taklińskiej. Możemy swobodnie uznać, że wtedy poznałam ich na nowo, bo wyposażono mnie w cały background. Wtedy czasy były takie, że mowy nie było o poważniejszych wzmiankach w prasie, Internet był na kartki i moja wiedza była silnie skromna, opierająca się właściwie w największej mierze na tekstach. I bladym pojęciu o grunge'u jako takim. Wiedziałam, że Nirvana, Soundgarden, Alice in Chains, że Cobain zginął śmiercią marną i właściwie tyle. I że Seattle. Książka otworzyła przede mną falę nowych horyzontów, wreszcie dopasowałam klocki, wiedziałam, co, jak i dlaczego, nawet więcej - od kiedy, od czego i gdzie się zaczęło, z nazwą firmy fonograficznej włącznie. Subpop. I było tam coś jeszcze, gratka niebywała, coś, co zakochało mnie w Vitalogy bardziej, niż ona sama - teksty. Z przekładami. Przyznam, że bez nich nieraz jak bez ręki, bo okej, angielskim się pasjonowałam, prenumerowałam Z angielskim od dziecka ("od jakiego dziecka?"), ale to ciupkę za mało, by ogarnąć lirykę tekstów Eddiego. Bo ile ja mogłam mieć lat? Jedenaście? Tak więc sorry.

Początek był banalny - Spin the black circle, będący, wcale nielichą, ale jednak, ódką do płyty winylowej. W tamtych czasach na płytach winylowych miałam, co prawda, głównie bajki a muzyki słuchało się już na cd, ale ujął mnie ten hołd. Jakoś tak ciepło na sercu, gdy pisze się piosenkę o muzyce. Później walnęłam na powrót w ciężkie tony i dalej, jazda z Tremor Christem. Tu już wchodzimy w tereny, aż się boję użyć tego słowa, bo wyświechtane i wytarte, że aż szkoda - liryczne. Te, które każdy sobie, więc nie będę butami wchodzić w cudze interpretacje, a swoje zostawię dla siebie, bo, jak pisałam - nie słucham z innymi. Nieco bardziej uniwersalnie jest w przypadku Better Man. She lies and says she's in love with him, can't find the better man. I chyba wystarczy, nie? Z innym płytowym manemNothingmanem szło nam dość opornie. Choć może się to wydać dziwne, nawet nieco kokieteryjne, zważywszy na okoliczności, to ja się nigdy tak naprawdę nie zbratałam z fatalistycznym podejściem do życia. Parafrazując innego, cenionego przeze mnie artystę - Mansona, acz nie Charlesa, I don't like the dramas, but the dramas like me i choć zaprawdę doceniam kunszt, z jakim Eddie przedstawił postać Człowieka-Nic, posługując się przy tym wersami trafiającymi w sedno - walks on his own, with the thoughts he can't help thinking czy into the sun, oh into the sun, burn burn, oh burn - to jednak ledwie, tudzież aż, mi opowiada a nie mówi wraz ze mną, jak mu się udawało nieraz. Do zrozumienia tej płyty bardzo przydała mi się lektura ww. książki - podłożenie pod nią sytuacji Cobaina w niespotykanym, do tej pory, ujęciu wszystkiego tego, co doprowadziło go do samobójstwa, miast tylko kłapać, że był ćpunem to się zabił, wiele tłumaczy. No, mi tłumaczy. I jak ktoś po przesłuchaniu, po wczytaniu się w treść i to, co między wersami, nadal klepie masspopową teorię, że oni ze sobą walczyli, to ja wysiadam. I trzaskam drzwiami, bo krzywdy nie wyrządzają mi, a im. Co zresztą dane mi było zobaczyć na filmie, do którego może wreszcie dotrę w tej niekończącej się opowieści.

Vs. dokładnie tak, jak mógłby sugerować tytuł, potrzebuje słuchacza w fazie buntu. Nic w tym zdrożnego, jeśli będzie to bunt młodzieńczy, bo ma on mianowicie ten urok i tę niepowtarzalną cechę, że jest boleśnie szczery i pełen energii. Kiedy jeszcze dzieciaki nie są zindoktrynowane przez dorosłość. Nie świat dorosłych, bo przecież z czasem sami go tworzą, ot, nie są pociągiem, który nieudolnie stara się nabrać na powrót rozpędu, tylko są naprawdę, po raz pierwszy rozpędzone. I się sprzeciwiają. Czemu? Naturalnie wszystkiemu, ta płyta to taka bomba w pudełku. Kiedyś gdzieś przeczytałam, że Present Tense kogoś powstrzymał od samobójstwa, co choć łzawe, to miłe. Odważę się jednak postawić teorię, że o wiele bardziej od opowieści o dobru dnia dzisiejszego, wspiera świadomość, że ktoś nie jest sam w danym bagnie, że gdy słucha/czyta/utrzymuje kontakt z kimś, kto też tak ma. I, jak słychać, wyszedł na ludzi, na takich, co po latach o tym dobru dnia... Muzycznie, jak zwykle, też nieprzeciętnie - to wszystko wszak okraszone ciężkimi, jak na okoliczności i zespół, gitarami.

Mówi się, że No Code zamknęło pewien etap, otwierając jednocześnie kolejny. Pearl Jam wszedł w nową fazę i faktycznie, sporo w tym prawdy. Chłopcy stali się panami, okrzepli, dojrzeli, rozgrzany do czerwoności umysł zamienili na ciepło w sercu, ale to, czemu pozostali wierni to nienachalna szczerość. Pisząc o cieple nie mówię o totalnym spsieniu, rozmydleniu, bo przecież Brain of J, ale to już nie to samo. Wystarczy sięgnąć pod vs-owe Rearviewmirror (ależ mi ładnie się wpasowało, bo widzicie - moje mówienie o Pearl Jam bez napomknięcia o Rearviewmirror to nie uchodzi aż. Bardzo mi ten kawałek, jak to się mówi, robi, ale z powodów o których nie będę pisać. Ani tu ani nigdzie.), by dostrzec, że stępili nieco narożniki. Fantastyczne Given to Fly, które sobie zawsze trzymam na podorędziu, jako hymn odbijania się od wszelakich den i trampolin, Wishlist, co nie wymaga większych komentarzy poza wygodnym rozpłynięciem się w fotelu przy nocnej lampce - takiej z winem i takiej z żarówką (Low Light?) - idealny kąsek na jesień. Mniej fanatyczni skojarzą tę płytę z Do the Evolution, który mi, jak na anty-anty przystało, przechodzi bokiem, ale daje mi argument w dyskusji Co się stało z Pearl Jam?

Bo się stało. Nawet dla mnie zeszli z wolna ze sztandarów od czasu tej płyty, zaliczając od tej pory wyłącznie momenty. Utracili jednolitość, przeszli przemianę, której nie mam im tak naprawdę za złe, bo wydali ostatnie świetne tchnienia, jak Binauralowe Nothing as it SeemsSleight of Hand, ostrzejsze Insignificance, przewrotne Soon Forget, zapowiadające późniejsze ukulelowe skoki w bok Veddera.. By rozpocząć temat Riot Act, trzeba nawiązać do wydarzeń w Roskilde z roku 2000. Wtedy to, podczas głośnego festiwalu, doszło do dramatu typowo koncertowego - w wyniku napierania tłumu z tyłów, zginęło 9 osób, które zostały przewrócone a następnie zadeptane. Muzycy przyznają się tylko do poświęcenia im Love Boat Captain, ale słychać, że cały album na wskroś przesiąknięty jest rozważaniami nad ulotnością życia, jego istotnością i potrzebą walki o te zagrożone. Powiem tak - nie jest mi obojętne, bardzo nie jest. Wszyscy moi znajomi świetnie wiedzą, jacy są i nie muszę pokazywać palcami, żeby wiedzieli o kim i o czym mówię. I choćby byli teatralni, to ja dziękuję, wolę dmuchać na zimne. Bo nie wszyscy byli tacy teatralni i nie wszystko się pokończyło tak, jak powinno, żebym teraz machała ręką. Jak już mam wybierać, to wolę mieć tę swoją fobię na punkcie teatralnych samobójców niż pająków. Poza tym nie cała płyta jest taka dołująca, jest bardzo jasne światełko w postaci I Am Mine, co dla takiej indywidualistki - nie, nie indywidualności, może prędzej indywiduum ;) - to miód na serce. W imieniu swoim i cudzym - począwszy od niepoliczalnych pokładów wdzięczności dla Eddiego za to, że pozostał swój i każdemu innemu też. Chwilowo bowiem, a może nie tak znowu chwilowo, nie znajduję większej wartości od siły, pozwalającej ludziom się nie dać. Czasom, innym ludziom, komercji, i wielu innym pokusom.

And now, ladies and gentelmen, nadeszła pora FILMU, gdyż dla niżej podpisanej zainteresowanie twórczością zespołu się wyczerpało. Mają swoją drogę, ale już nie wspólną ze mną. Przynajmniej muzycznie. Mogłabym dodać coś o działalności solowej, ale świętujemy Pearl Jam 20, a nie Members of Pearl Jam 20, także szyt.

Że czekałam, jarając się jak pochodnia, to wiadomo. Że czekałam niecierpliwie, jak pies na spacer, też. Że wielki banan mi na twarzy zagościł na wieść, iż premiera dzień po moich urodzinach, jest takoż znane. Najlepsze zaczęło się na kilka dni przed...

Mieszkam w Polsce, więc przywykłam do tego, że do naszych kin trafiają filmy ze Stanów tak gdzieś w okolicy ich premiery w tychże Stanach, tyle, że na DVD. Całkiem serio brałam też pod uwagę opcję pozyskania filmu drogą Torrenta, bo w ogóle hej, biograficzny? Kiedy w kinie ostatnio był film biograficzny o kimś niższym rangą niż Hitler, c'mon.

Jakąż więc niespodzianką dla mnie było, gdy okazało się, że polskie Multikino wykupiło prawa do wzięcia udziału w światowej premierze filmu, co miało miejsce w ubiegły wtorek o godzinie 20. czasu polskiego. Rzecz nie w lansie, że premiera - rzecz w tym, że to był jedyny dzień, kiedy grali go w kinach. A ja, jak już wielokrotnie mówiłam, do kin mogę mieć różne ale, jednak na tamtejsze nagłośnienie słowa złego nie powiem. Prosty rachunek, film muzyczny = najlepszy w Dolby.
Determinacja moja była tak wielka, że kupiliśmy bilety na Ursynów - drugi koniec miasta, a na pewno drugi koniec linii metra, przyp. Bee. Kupiliśmy, bo poszłam z T. i, automatycznie, z ZMB. Mamusia na doczepkę, jasne, bo nie mogliśmy jej samej w domu zostawić a T. jako nie T., a fan. Bardzo było to miłe, gdy kątem ucha rejestrowałam, jak sobie nuci. Mógł, bo niestety miejsca mieliśmy na tyle bliskie ekranu, że nie przeszkadzał w projekcji.

Posłużę się teraz lekturą nieprzychylnych recenzji z Rotten Tomatoes, bo to nie sztuka wspierać się peanami, zresztą już w szkole wolałam rozprawkowy model argumenty za, argumenty przeciw, wniosek.

Zarzucają mu hermetyczność, że nikt, kto nie wie o co chodzi, nic z niego nie wyciągnie. Nie jest to prawdą - jest wręcz odwrotnie. To ja się nie dowiedziałam niczego tak naprawdę nowego, jedynie zilustrowano mi znane fakty. Zaczęto od Green RiverMother Love Bone, postaci Andy'ego Wooda, co za tym idzie - Temple of the Dog, od historyjki o młodym surferze z San Diego, który wychowywany był przez faceta niebędącego jego ojcem, co sprawiło, że napisał Alive... słowem, dla mnie nihil novi, serio. Nie żałuję, absolutnie, bo garściami mogłam nałapać się nagrań, wersji demo, szczątków wywiadów, filmów z pierwszych koncertów, ale dla nowicjusza - bardzo proszę. Nawet miał na mapie pokazane, gdzie leży Seattle.

Kolejny zarzut to wygodne pominięcie skandali. Good luck, chłopaki, here's the thing - nie było o skandalach, bo skandali... nie było. Bardzo przepraszam fanów Cobaina, że Eddie żyje, bardzo przepraszam fanów Staleya, że się nie zaćpał, fani Soundgarden - sorry, że się nie rozpadli. Ciężko nie opuścić rąk na taki zarzut, bo co? Bo nie są wystarczająco cool? Są, tylko z innego rogu. W filmie pokazana jest ich walka z Ticketmasterem, zajmującym się kolportowaniem biletów na koncerty, jest informacja o uzależnieniu gitarzysty, Mike'a McCready'ego od leków, są ujęcia z koncertów, na których Eddie jest silnie pod wpływem, z adnotacją, iż nie było to jednorazowe a raczej okresowe, jest wiele dowodów na ich zaangażowanie w sprawy polityczno-społeczne, co nie wszystkim się przecież podoba (scena z wykonania Bu$hleaguera, która spotkała się z umiarkowanie przyjemną reakcją publiczności - hint: to na końcu to nie są entuzjastyczne gwizdy). Fakt domniemanej walki między tuzami grunge'u też był jakiś zdemonizowany, gdyż sam Kurt w wywiadzie przyznaje, że kiedyś to może i, ale później się chłopaki dogadały.

Na koniec mój faworyt - does this guy, Chris Cornell, or sth, is the member of Pearl Jam and that's why he was talking so much about them? Nie dogodzisz, widać. Nie wystarczy, widać, podpisać rozmówcy, nie wystarczy zdanie when Chris Cornell with his band, Soundgarden... Widzę już też oczami doświadczonej wyobraźni te zarzuty, że a dlaczego oni nie rozmawiali z nikim spoza? Co, kółko wzajemnej adoracji? A skoro o kółku mowa - czemu nie było więcej o biografiach poszczególnych członków? Dlatego, że każdy film o Nirvanie jest tak naprawdę filmem o Kurcie, który gdzieś tam jakoś miał zespół, co się rozpadł po jego śmierci, jego żona, podła suka ma jakiś pożałowania godny zespolik - Hole, a tak naprawdę to by mogła, durna krowa, siedzieć w domu i niańczyć biedną, osieroconą Frances Bean, a potem myk - powstali Foo Fighters. Ja bym mogła drugie tyle napisać o krzywdzie, jaką wyrządza się Nirvanie, sugerując, że to Kurt Cobain and the Band.
To nie sam Eddie, Jeff, Stone, Mike czy któryś z perkusistów (z pięciu mieli) tworzy zespół, a jest ich, jak na okładce Ten - pięcioro i tę ich jedność film ukazuje doskonale.

Martyrologia w związku z Roskilde? Trzeba być naprawdę nieczułym wałem, by nie dostrzec wagi sprawy. Wychodzi zespół, chce grać i nieść radość słuchaczom, stawia na kartę solidaryzowania się z ludźmi - bo niby czemu walczyli z Ticketmasterem? Przecież strzelali sobie do bramki, walcząc o niższe ceny biletów na swoje koncerty - a tu bang, na ich oczach - bo oni nie zginęli w drodze do szpitala - dziewięcioro z nich ginie. Minęły dwa dni między tym, gdy dowiedziałam się o tym wypadku a dniem, w którym dowiedziałam się na czyim koncercie się wydarzył. Nie powiększyło to mojego współczucia dla ofiar specjalnie. I jeśli faktycznie, był to moment przełomowy, to jasnym jest, że go wytłuszczono.

To tyle o niechętnych odbiorcach. Część z nich zdaje się nie przemyśleć tego, na co się porywa, najwyraźniej. Nie lubię durnych komedii, to ich nie oglądam, a nie oglądam i płaczę, że są durne.

Ja zostałam dopieszczona należycie - zwłaszcza utkwił mi w pamięci ten występ. Mam ogromną słabość do takich zagrań, kiedy publiczność z oddaniem wyręcza wokalistę. I to bez żadnego sing with me, hey, I can't hear you, come on, show me what you've got. Brałam w czymś takim udział niejednokrotnie i tyle jest w tym pozytywnych emocji, że aż wzrusza. Plus wdzięczność na twarzy muzyków, nie za fajrant, a za uświadomienie im, że to, co robią, ma sens. I znajduje odbiorców.

Pytacie o wrażenia? Za krótki. Nie kocham ich może bardziej, nie pokazali, jak mówię, mi nic nowego, dopełnili może nieco opróżnioną ostatnimi wydawnictwami, szklankę. Nie kocham ich bardziej, kocham ich znowu. Ot co.

Happy Birthday, Panowie.

26.6.11

Between the stop of the dream and the click on the light.

Niestety. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale wiem, że nie dostałam dokładnie tego, czego oczekiwałam i mam wrażenie niedosytu - i to nie w sensie, że chciałabym, by piątkowy koncert trwał dłużej. Choć na dobrą sprawę nie ma się czego przyczepić.

Tym razem kwestia docierania na koncert poszła jak z płatka i nie ma nic do opowiadania - jak rzadko. Może poza tym, że pojawiłam się pół godziny wcześniej i, oczywista, wykorzystując zapas na uszczknięcie nieco z zapasu papierosów własnych, naoglądałam się cudaków - widzów. Taak, to jest fascynujące widowisko. Pomijam już kwestię normalnego ubierania się na koncerty, bo nikt mnie nie rozumie i wszyscy chcą wyglądać, jakby mieli nadzieję, że gwiazda wieczoru wypatrzy z tłumu. Nie wypatrzy - najczęściej ma zapocone czoło i z niego mu w oczy skapuje, a jeśli nawet coś widzi, to zabielone światłem ze sceny - widziałam, widziałam, bo pokazywali na telebimach, biali jak mleko. Ale przed koncertem feeria. Jak niebo przy finale Wielkiej Orkiestry, światełko do chodnika. Obowiązkowe plakietki, zapewniające solennie, że nosiciel - mogłabym ich określić mniej dziwnie, ale niech mają, nosiciele, to brzmi - co najmniej nie przepada za systemem, workowate spodnie, ale nie te z rzędu hip-hopowych, nie, nie, bliżej im do pantalonów piżamowych, sukienki - jeśli mowa o dziewczęciu - w rozmiarach dwojakich: albo powłóczyste kiece, co sprawia wrażenie jednej nogawki od spodni wyżej wymienionych, albo ekstremalne mini, noszone przez dziewczynki, którym wokaliści kładą w głowę, że don't mind about your weight. Hm, you better do. Buty różnorakie - od niebotycznych obcasów i koturn - noszonych przez obie płcie - do o trzy-numery-za-dużych adidasów tudzież trampek, z obowiązkowo wywiniętymi na wierzch językami, sięgającymi piszczeli co najmniej. I najważniejsze oraz wszechobecne paski. W sensie wzoru, bo co za sens miałoby noszenie piżamowych pantalonów, wyglądających jak zszyte dwa namioty, gdyby trzymał je pasek? To już prędzej szelki, a i tak przypięte do majtek. Bo oni są luźni i im spodnie muszą wisieć, jak nie wiszą to pewnie są już owładnięci demonem mody, nakazującym noszenie rzeczy w odpowiednim dla siebie rozmiarze. Na koniec pragnę uspokoić MEN - młodzież nosi mundurki. Przyznam, że gdybym była młodsza to celowałabym właśnie w tych w mundurkach. Teraz już nie mogę, bo to chyba karalne. A właśnie, bo wiek.
Musicie wiedzieć, że mam pełne prawo do uważania studentów pierwszego roku za młodszych ode mnie, bo gdyby wszystko poszło jak trzeba, to teraz chyba już bym kończyła rok czwarty. Maksimum trzeci. A w piątek ci pierwszoroczniacy stanowili, dumną z siebie niesamowicie, najstarszą grupę. Nie będę się po raz kolejny oddawała rozważaniom czy to o nich dobrze świadczy, że spotykamy się na koncercie Arcade Fire czy o mnie kiepsko, bo słucham muzyki dla małolatów.
Trochę mi się tylko łezka w oku zakręciła, bo mało kto palił zwykłe papierosy, a rządziły cygaretki o zapachach wszelakich. Głównie słodkich, więc tego też nie wiem - czy łezka ze wzruszenia i wspomnień imprez licealnych, czy raczej od tej rzygliwogennej w kupie, mieszanki aromatów.

Dalej - miejsce. Osławiony Torwar, na którym nie takie tuzy muzyki wszelakiej grywały. Można sobie w korytarzach popatrzeć - kto, bo wiszą zdjęcia i faktycznie, nazwiska TAKIE, że można by nabrać nadziei, iż zaraz wejdzie się do niebywale przestrzennego, ogromnego miejsca, gdzie ludzi będzie jak mrówek i ciężko będzie cokolwiek, wiedząc, że się ma bilet na trybuny - będąc powodowanym obawą o los swój w tym hipotetycznym tłumie pod sceną.
PHI!
Po pierwsze dziękuję moim rodzicom, że urodziłam się wtedy, kiedy się urodziłam i dzięki temu byłam ciupinkę za młoda, by znać Pearl Jam wtedy, gdy występowali na Torwarze. Inna sprawa, że poznałam ich jakoś miesiąc po tym koncercie i ile się nawkurzałam, to moje. Jak sobie porównam ze Spodkiem, w którym ich widziałam, to... zresztą, trudno porównać z czymkolwiek mniejszym, co byłoby sportowe. A miałam jak na dłoni, bo ludzi przyszła jedna trzecia tegoż Torwaru może. Także jak na najciekawszy koncert sezonu, będący przedsmakiem Open'era to zawstydzająco cieniutko. Mam nadzieję, że to dlatego, iż reszta się wykosztowała na tegoż Open'era, bo aż przykro było patrzeć na ziejące pustką sektory czy płytę. Gdyby teren był otwarty, to może dałoby się zamarkować, żeśmy się rozpierzchli, ale tak? Biedni Arcade Fire.

Kolejnym przystankiem jest support, czyli Basia Bulat, czyli wreszcie wiem, skąd taki a nie inny stereotyp wokalistki folkowej, bo wpisała się znakomicie. Przeliczając czas przed wyjściem wyszło mi, że się na nią załapię, więc się postanowiłam na szybko ♫zapoznać. O, nie jest źle, jeszcze gra na takim dziwnym czymś, to na pewno będzie miło. Nie było miło. Było strasznie i okrutnie nudno, do ochroniarzy ustawiła się kolejka z nieśmiertelnym pytaniem, czy jak sobie wyjdziemy to czy można wrócić normalnie, to było stuprocentowe potwierdzenie wszystkich obaw, jakie przychodzą na myśl, gdy słyszysz o filigranowej dziewczynie z gitarą akustyczną. I właśnie dzięki takim Basiom lud się boi słuchania Joanny Newsom na przykład, podczas gdy jej ♫Peach, Plum, Pear niepoznania jest niewarte. Podobnież Regina Spektor, choć tej przetarł szlaki spot TVNowskiej ramówki. Nie wątpię, że płyta Basi mogłaby w pewnej atmosferze i przy pewnym nastroju słuchacza zabrzmieć miło, ale na scenie dogorywała i przebrzydle smęciła. I nawet jak, wraz z większością, udaliśmy się na taras palarniany, to nie dało się od niej uwolnić. Dobre chociaż to, że słyszeliśmy jak skończyła i mogliśmy wrócić.

Siedziałam po lewej stronie, w sektorze E, w rzędzie pierwszym - co oznacza w sumie tyle, że miałam zespół... w paski, jakże adekwatnie do trendów modowych pod sceną. Paski wynikały z barierek, które z czasem przestały przeszkadzać i ukazywać zespół we wzorek, bo te niedobitki, jakie stanowiliśmy, po prostu wstały. Na przykład po to, by się upewnić czy ♫Month of May będzie tak samo niezrozumiałe, jak wcześniej. To naprawdę powinno być tak, że do zaproszeń zespołów zagranicznych powinno się dopisywać ale przywieźcie swoich ludzi do nagłośnienia. Tu problem osadzał się na tym, że Wina nie było wcale słychać. Z czasem przestało to przeszkadzać, bo przeszli do utworów, w których czy ten wokal jest czy go nie ma, to wszystko robi muzyka i chórki, ale na początek strach o zmarnowanie szansy, jaką jest zobaczenie Arcade Fire na żywo. Ale potem było tylko lepiej.
Już przy ♫Keep the Car Running zaczęli się rozkręcać i... nakręcać. Tak naprawdę bowiem ten koncert wygrywali atmosferą na scenie, tym, że samo serce rosło, gdy widziało się przyjemność, jaką sprawiają im występy. Mimo, że grali, jak pisałam, dla jednej trzeciej sali. Są jak tykająca bomba, rozpędzony pociąg, który najwyraźniej nigdy nie dociera do celu, tylko hamuje pod koniec. Ale za to co to jest za pęd! Z tymi mikrofonami to nawet zabawna sprawa, bo tylko wokalista miał zły - Regine, jego małżonka, słyszalna była bardzo dobrze, co sprawiło, że śpiewane w duecie, moje ukochane ♫No Cars Go wypadło znakomicie. Za co jestem niezmiernie wdzięczna, bo ze swoją pamięcią za każdym razem, gdy słucham już w domu piosenki, którą słyszałam na żywo, to słyszę ją na nowo i jak bym miała popsutą akurat tę, to byłoby kiepsko, bardzo kiepsko. Niespecjalnie zgodzę się z chłopcem, który wychwala część poświęconą albumowi Funeral, bo tu już wyszły wszystkie niedociągnięcia. To jest jednak płyta, której słucha się bardzo - jakkolwiek nie lubiłabym tego słowa - klimatycznie i żeby oddać ów klimat, to wszystko musi być bez zarzutu. A jak mówię, bez zarzutu nie było. Raczej przestawiłam się na czerpanie radości z faktu, że o, jak miło, że grają ♫Neighbourhood #2 (Laikę), czy ♫Rebellion (Lies), bo bardzo lubię te utwory, niż z uwagi na to, jak brzmią. Choć wyglądali przy tym doprawdy pierwszorzędnie i co mi tam, ważne, że im się podoba. Miałam do czynienia z paskudnymi zespoliszczami, które traktowały to, co robią, jako produkt i choć brzmiały fenomenalnie, to za nic im nie wierzyłam, iż praktykują właśnie chałturnictwo.
Co prowadzi mnie, jak po sznurku, do wniosku, że niezależnie jakby to buntowniczo i fajnie nie brzmiało, to może lepiej by było, by muzycy nie rzucali studiów, na których się poznali, bo potem muszą grać, żeby się utrzymać i wpływa to boleśnie na jakość ich grania. Względnie niech sobie pójdą w tło i nagrywają, nie wiem, soundtracki do filmów czy gier, skoro już muszą tworzyć dla pieniędzy a nie zarabiać na czymś, co sprawia im przyjemność. Ale odbiegłam, prawda.
Tzn. właściwie dobiegłam do końca, bo cóż tu jeszcze powiedzieć? Nie było to wybitne, nawet bym się musiała przymuszać do określenia bardzo dobre. Nie było momentów - ♫Rococo nadal jest bez wyrazu, mimo, że stanowi bardzo dobry materiał a piosenkę, która na płycie wypada tak sobie, ale za to na koncercie!, przy improwizacji... no nie. Już prędzej ♫We Used to Wait. Bardzo, skądinąd, przyjemne ♫Ready to Start to samograj, pewniak, którego właściwość odkryli, z tego co słyszałam i czytałam, wszyscy producenci seriali dla młodzieży, wiedząc, że nie udać się nie może. I faktycznie - wszystko fajnie, ze smaczkiem w postaci umiejscowienia w setliście - większość koncertów w ramach tej trasy bowiem od niego zaczynają - dość banalnie, no ale - a tu rozpoczęli, ale bisy. Zakończyli natomiast ♫Wake Up, które raz z Davidem Bowie usłyszane, nie cieszy bez niego jak kiedyś. Taka to już siła Bowiego - za każdym razem, gdy słucham ♫Without You I'm Nothing Placebo w wersji oryginalnej, to się cofam do tej zalinkowanej.

I pomyśleć, że głupia fantazjowałam jadąc, o tym, że zagrają ♫My Body is a Cage, co w wersji z niesłyszalnym Winem brzmiałoby ze wszech miar źle. I pozwolę sobie nie zachwycać się wersją Petera Gabriela, rozsławioną przez House'a. Sorry.

1) Month of May
2) Sprawl II (Mountains Beyond Mountains)
3) Keep the Car Running
4) No Cars Go
5) Haïti
6) Empty Room
7) Rococo
8) The Suburbs
9) The Suburbs (Continued)
10) Neighborhood #2 (Laika)
11) Neighborhood #1 (Tunnels)
12) We Used to Wait
13) Neighborhood #3 (Power Out)
14) Rebellion (Lies)

15) Ready to Start
16) Intervention
17) Wake Up

22.6.11

WOF, WOF (17-18 czerwca 2011, Stadion Legii, Warszawa)

Skunk Anansie. Moby. The Streets. Plan B. Jamiroquai. Że bilet kupię to wiedziałam już jak pojawiła się informacja o Skunkach - pewnie gdyby to było gdzie indziej, w innym mieście w sensie, to już bym tak ochoczo się nie rwała, gdyż widziałam i w kupie (w Spodku 12 lat temu) i samą Skin (w Gdyni, lat temu 7), a płytę wydali bardzo marną. Ale skoro już pod nosem niemalże, to bardzo chętnie, w końcu muszą zagrać coś poza nowymi kawałkami, a energia Skin na scenie warta jest wielokrotnego oglądania. W miarę napływu informacji o kolejnych artystach zmieniałam zdanie z biletu jednodniowego na karnet, choć wiedziałam, że pozostali będą stanowić dodatek do Skunk Anansie. O jakże się myliłam.

Jak to zwykle w mojej przyrodzie bywa - Murphy nie śpi i kiedy tylko zależy mi na spóźnieniu się na koncert, gdyż support niewart jest mojej uwagi, to, cholera, zdążam na wszystko. Tym razem chciałam ominąć Piotra Lisieckiego, Michała Szpaka i My Chemical Romance. Tja.

O ile obecność Michała Szpaka rozumiem, bo to chyba stanowiło nagrodę za zajęcie drugiego miejsca w X-Faktorze, o tyle po co przybłąkał się Piotr Lisiecki to nie wiem. Nie było go słychać niemal wcale i gdybym nie usłyszała dwukrotnie imienia Jolene, to za nic nie dałoby się zgadnąć, co on tam brzdąka. Michał Szpak to jest z kolei jakaś kosmiczna tragedia, bo pomijając jego szczylowaty image - bo to nie ma nic wspólnego z kontrowersją, to jest co najwyżej controversywannabe, to... X-Faktora nie oglądałam, więc o osobie Michała Szpaka mi jedynie donoszono - że taki, śmaki i owaki, ale głos faktycznie ma. Rzecz w tym, że nie ma. I teraz pytanie - o co chodzi? Śpiewać nie umie, tekstów trzech piosenek (o zgrozo, Californication, Sweet Child O'Mine i Are You Gonna Go My Way?) nie umie, show robić nie umie - bo to, że lata po scenie w żółtym papierem toaletowym Velvet we włosach i próbuje włazić na konstrukcje jest żenujące a nie robiące wrażenie... no kanał jakiś. No, I'm not gonna go your way, ić sobie stont.

Towarzyszący mi na imprezie Rkdeey z Widokzwenus narzekają na nagłośnienie podczas My Chemical Romance. Zapewne słusznie, choć trzeba wziąć pod uwagę, co My Chemical Romance gra. Że gra jakieś bezpłciowe dudnienie, szum, czerwonowłosy chłopak wierzy, że jak się drze to jest dobrze i wtedy mają power i w ogóle reprezentują bardzo dziecinne podejście do tzw. ostrej muzyki. Podzielane przez rzesze nastoletnich fanów trash, srasz metalu, gdzie ważne, żeby była bardzo głośna ściana dźwięku. Nieważne, że nie da się tekstu zrozumieć, że gitara nie ma żadnej melodii, tylko jest maksymalnie przesterowana. Ma być głośno. No to było. W sam raz dla piszczących małolatów. I ci są wniebowzięci, jak czytam na festiwalowym fanpage'u. Wot, dzieciarnia.

Teraz słówko o miejscach, bo z jednej strony wyśmienite, doskonałe, scena jak na dłoni, z lotu Szpaka i widoki przednie, wygodnie bo na siedząco, niemal sam szczyt, ale.

Ale na boga, Skunk Anansie to nie jest zespół do kontemplacji, zwłaszcza, że lata nie zrobiły swojego i dalej są jak dynamit - matrioszka, bo zupełnie oddzielnym dynamitem jest sama Skin. Drobna a energii ma tyle i tak nią zaraża, że już chyba koło trzeciego kawałka zaczęłam pluć sobie w brodę odnośnie zamiany biletów. Z drugiej strony zawsze to jakieś doświadczenie. I wtedy faktycznie słuchasz a nie pozwalasz, by na ocenę tego, czego słuchasz wpływ miały czynniki zewnętrzne, choćbyś się ograniczał do zewnętrza własnego. Wspomniane wcześniej Wonderlustre nie obroniło się, jak to zwykle bywa, w wersji koncertowej - nadal to mętny, acz nie smętny, zbiór pop-rockowych piosenek o miłości potraktowanej w sposób jak najbardziej banalny. Brak możliwości zatopienia się w szaleństwie genialnego dźwięku sprawił, że przez całe ♫My Ugly Boy zastanawiałam się nad sensem słowa boy tamże. Przy wiedzy niespecjalnie zresztą skrywanej, a mówiącej o Skin będącej lesbijką to wygląda to równie sztucznie, jak Ricky Martin robiący, nieumiejętnie, maślane oczy do kobiet w teledyskach. Znaczy... no po cholerę? Chyba, że to skaza ewolucyjna i każda kobieta, niezależnie od okoliczności i uwarunkowań, w pewnym wieku zaczyna postrzegać mężczyzn jako fantastyczne zabawki, na których można wieszać psy i złorzeczyć do woli, będąc święcie przekonanym, że to robi jak najlepsze wrażenie. No nie robi raczej. Wręcz nawet przeciwnie, o czym świadczą opinie ludzi, którzy słuchali ostatniego albumu znając wcześniejsze.
Dlatego też przyjęłam każdy kolejny kawałek zeń ze stoickim spokojem i wiarą, że zaraz nadejdą stare, świetne czasy. I doczekałam się wielokrotnie - ♫I Can Dream słyszałam już po raz trzeci, gdyż zarówno w Spodku jak i na Open'erze, potem ♫Twisted (Everyday Hurts), przy którym pierwszy raz siedziałam bez ruchu, ♫Charlie Big Potato... długo by wymieniać. Może tylko jeszcze wspomnę o ♫Tear the Place Up, bo nie znałam, gdyż znajduje się na Skunkowym zbiorze hitów, Smashes and Trashes a ja, mająca wszystkie płyty, nie widziałam sensu zapoznawania się z wydawnictwem. Niesłusznie, ale koniec końców poznałam dodaną do staroci piosenkę. Przekrój przez twórczość wyśmienity zaserwowano, każdy mógł poczuć się połechtany.
I tu jeszcze bardziej boli wspomnienie koncertu Guano Apes - tu było kompletnie inaczej. I próżno szukać winy wyłącznie w nagłośnieniu, bo jednak GA było co jakiś czas słyszalne i można było stwierdzić, co by było gdyby. Byłoby na pewno mniej energii, mniej sił wokalnych... i wszystko byłoby naprawdę wspaniale, koncert roku, gdyby tego samego dnia nie występował Moby, będący, jak dla mnie, największym zaskoczeniem chyba ze wszystkich koncertów, na jakich miałam okazję się pojawić.

To może brzmi tak, jakbym go wcześniej nie znała, że się tak zachwycam. Znałam, znałam, ale teraz poznałam od innej strony, na nowo najwyraźniej. Bo na co dzień to był sobie Moby, fajny, fajny, nie wiem jednak czy przesłuchałam którąkolwiek z jego płyt w całości, raczej ograniczyłam się do sympatyzowania z singlami. Tymczasem to, co zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Siedziałam przez niemal cały koncert oniemiała z zachwytu, czasem łapiąc się na otwartej ze zdziwienia buzi.
Po pierwsze ugięłam się pod poziomem dopracowania w najdrobniejszych szczegółach piątkowego występu. Bez żadnych popisowych improwizacji - co najczęściej jest tak ryzykownym pomysłem, że mało komu realizacja się udaje, bez bezsensownych rozwlekań, po prostu to, co udało mu się osiągnąć na, wielokrotnie przecież dopieszczanych, albumach. Prostota - umowna, gdyż o muzyce Moby'ego raczej nie da się powiedzieć, że jest prosta - jako najlepszy środek do celu. Ponadto nigdzie indziej jak na scenie tak dobitnie nie widać, że taki jeden mały, niepozorny człowieczek nie musi się rzucać po scenie, drzeć jak opętany, nawet wymyślnie stroić, by stworzyć coś, co pochłania tłumy. To nie była ściana dźwięku, to był wir, który wciągając odwracał uwagę od wszystkiego wokół. Tak można było tylko tonąć i tonąć w. The abyss of sound. Odbudował zarówno tę samą przestrzeń, jaką niesie z sobą w ♫Porcelain, masywność stojącą za ♫Flower czy energię ♫Bodyrock. Swoją drogą bardzo trafny klip, tak to właśnie działa, zdobywa Cię dźwiękiem od wewnątrz, zalewa falą i choćby się waliło czy paliło – nie odwrócisz wzroku. Co najwyżej dasz się porwać, jak my przy ♫Lift Me Up. Umieściłam wideo koncertowe, by nieco oddać, choć nie całkowicie, bo zamiast tej blond filigranowej dzieweczki na scenie Moby’emu towarzyszyła Joy Malcolm – stuprocentowe przeciwieństwo tej, widzianej w klipie. Ciemnoskóra wokalistka obdarzona wyśmienitym, typowo czarnym głosem, który tego wieczora brzmiał jak dzwon i przebijał, stety czy też nie, wielce hołubiony, także przeze mnie, głos Skin. Zresztą, co tu dużo pisać – pechem Skunk Anansie było to, że występowali tego samego dnia, co Moby. Przyćmił ich dokumentnie.
Warto wspomnieć, że Moby był jedyną gwiazdą tegorocznej edycji festiwalu, która bisowała. I raczej nie wynikało to z nieuprzejmości reszty muzyków – tylko jego, i rzecz jasna Joy, chciało się słuchać nieprzerwanie. Właściwie nie wiem, czy tam w środku mi się ten koncert skończył – wciąż i wciąż przypominam sobie kolejne fragmenty. Och, i coś, co akurat w moim przypadku jest niebagatelne: Moby jest pierwszym zagranicznym artystą, który może "dziekować" do woli i ani razu się nie skrzywię, jak ma to miejsce w przypadku całej rzeszy muzyków, którzy chcąc się przypodobać, klecą coś po polsku. On ma urok - oni żenadę.

(mało istotna) Setlista My Chemical Romance:

1) Na Na Na
2) Thank You For The Venom
3) Planetary (GO!)
4) Mama
5) ...Sing
6) Bulletproof Heart
7) Teenager
8) Helena
9) The Only Hope For Me Is You
10) Welcome to the Black Parade
11) I'm Not Okay (I Promise)
12) Famous Last Words

-----------------------------------------------

Setlista Skunk Anansie:

1) Yes It's Fucking Political
2) Charlie Big Potato
3) Because of You
4) God Loves Only You
5) Riff - All In The Name Of Pity (bardzo dobry pomysł z tymi wstawkami, co prawda trochę żal, że same riffy, obiecujące ciągi dalsze, but still)
6) My Love Will Fall
7) I Can Dream
8) Riff – Intellectualize My Blackness
9) My Ugly Boy
10) Weak
11) Hedonism (Just Because You Feel Good)
12) Twisted (Everyday Hurts)
13) On My Hotel TV
14) Tear The Place Up
15) Skankheads (Get off me)

------------------------------------------

Set(but definitely not sit)lista Moby’ego i Jay Malcolm (naprawdę, należy się dziewczynie wyodrębnienie):

1) God Moving
2) In My Heart
3) Go
4) Natural Blues
5) ...We are all made of stars
6) Beatiful
7) Bodyrock
8) Flower
9) Lie down in darkness
10) Honey
11) Porcelain
12) Extreme ways
13) Why does my heart feels so bad?
14) Shot in back of head
15) Disco lies
16) The stars
17) Lift me up
18) Feeling so real (bonus)

Dzień drugi przyniósł z sobą naprawdę spore oczekiwania – po kim? no po kim? po Mobym, jasne – których niestety nie spełnił, przynajmniej jeśli chodzi o Plan B i…. The Streets, który w ostatniej chwili został odwołany. Mike Skinner wydał, co prawda, oświadczenie, z lektury którego wynika, iż jego nieobecność jest w pełni usprawiedliwiona, ale jednak żal. Tym większy, że gros publiczności wykupiło karnety czy nawet bilety jednodniowe tylko z uwagi na jego występ. Bardzo łatwo zakładać takie rzeczy, ale szczerze wierzę, że gdyby wszystko potoczyło się zgodnie z planem, to sobota wypadłaby lepiej. Choć, wbrew obiegowej opinii, nie było wg mnie tak źle.

Na początek rodzime Sistars, które na siłę starało się być luźne, pełne feelingu i freestyle’u. Tymczasem brzmiały najzwyczajniej w świecie sztucznie – upudrowany, wymuskany i zawiązany pod krawat beat, siostry Przybysz nieudolnie próbowały imitować – adekwatnie do noszonego nazwiska – przybycie z bezkompromisowej planety, podczas gdy brzmiały strasznie płasko i jednoznacznie: jakby przybyły z firmy fonograficznej. Cóż, oceniajmy po nazwie: niewiele jest bardziej pretensjonalnych nazw od kombinacji sisters i stars, sorry.

Występ Planu B padł ofiarą festiwalowego, kulawego nagłośnienia – co mądrzejsi, jak Skunks Anansie czy Moby, przywieźli swoich ludzi a ci, co zdali się na naszych, zapłacili gorzką cenę bycia kiepsko wspominanymi.

Zaczęło się od zabawnego beatboxu Faith SFXa. Nieco, przyznam, przydługiego, bo o ile na początku robiło to wrażenie – zaiste, gość ma talent, ale tak po dziesięciu minutach nerwowo spoglądałam na zegarek, konspiracyjnie komentując do Rkdeeya, iż mamy do czynienia z najdłuższym intro świata. Które, szczęśliwie jednak, dobiegło końca i rozpoczął się koncert właściwy. Mimo, że, jak pisałam, kiepsko nagłośniony, to Ben – wokalista Planu, przyp. Bee – ujął mnie swoim nosowym, jak mówią niektórzy, zakatarzonym, głosem. Co kto lubi, ja lubię. Zdołałam przebić się przez filtr nawalających techników i rozkoszowałam się tym, co Plan B naprawdę chciał zaprezentować. A zaprezentował bardzo przyjemny występ, z udatnym wyczuciem klimatu. Myślę sobie, że ciężko tu – podobnie jak w przypadku MCR, choć na zgoła inną skalę – oczekiwać perfekcyjności, geniuszu, wielkiej muzyki czy innych niesamowitości, bo wystarczy posłuchać ♫Prayin’, by wiedzieć, że poza fajnym rozruszaczem, niezłym akompaniamentem do stukania w kolano, stopą czy w kierownicę, gdy stoi się w korku tudzież na światłach, to nie ma się do czynienia z niczym tak naprawdę szczególnym. Tacy, prawda, z wyższej półki, ale to nadal regał a nie pawlacz. Zresztą ja i tak wolę ♫The Recluse, a ten mu wyszedł bardzo zacnie. Następnie chłopaki wzięli się za covery – w pamięci utkwiły mi tylko Stand by Me i Kiss from a rose (oba znajdują się tu, nagranie jest amatorskie, nie moje, kiepskiej jakości, ale pisanie o muzyce jest jak…, dlatego niech będzie namiastka chociaż). Szału nie było, ale jak na moje niespecjalnie wygórowane oczekiwania – dali radę.

Później miały miejsce pewne wydarzenia związane ze zmianą miejsc, składów uczestników i koniec końców Jamiroquaia słuchałam sama, na schodach prowadzących na płytę.

Myli się jednak ten, co myśli, że było mi tam źle. Z początku owszem, gdy z ciepłej posadki na trybunach wpadłam w tłum zasłaniający mi absolutnie wszystko i chodzący mi po plecach, to nie było to najwspanialsze uczucie, ale nie minęło pięć minut a moja skromna postura po raz kolejny okazała się niebywale użyteczna w takich przypadkach. Otóż stanęłam sobie na schodach tak, że nikomu nie zasłaniałam – komu? Pigmejom? ;) – nikt mi nie zasłaniał, gdyż stali schodek czy dwa niżej, ja miałam swoją strefę do private dancing i właściwie nic innego nie było mi potrzebne. Może trzecia ręka do trzymania napoju, bo tańczyłam mając w myśli butelkę, którą ustawiłam sobie między stopami i starałam się jej nie zgubić, nie skopać, nie sturlać, bo było duszno a jak się tańczy, to tym duszniej. A było przy czym, oj było. Jay Kay nie zawiódł – zaserwował fantastyczny koktajl funkowego grania, okraszonego charakterystycznym dla siebie groovem. I bardzo przepraszam, albo i nie, ale nie będę się imała spolszczeń, bo mi to cały efekt popsuje. Było tak, jak mówię – funky grooving, bez dwóch zdań. Nie wyobrażam sobie tak naprawdę siedzenia przy ♫Canned Heat, ♫Cosmic Girl czy ♫Little L, więc zmiana wyszła mi tylko na dobre. No co ja poradzę, że mam ze swoimi nogami i pozostałymi fragmentami słabość do tego gościa w pióropuszu? W którym, tak nawiasem, rzecz jasna, wystąpił i tym razem. Zaimponował nam – bo większość uczestników zabawy podziela moje zdanie – otwartym sprzeciwem, skierowanym w stronę nagłośnieniowców. Niewybrednym, bo okazanym za pomocą fucka, ale jednak. Takie MCR czy Plan B nie pisnęli nawet. Czyli fajnie, czyli ma wizję tego, jak ma wyglądać jego show. Bo show niewątpliwie było, pełną gębą. Taaaak, ten wieczór wart był obecności na stadionie Legii, zwłaszcza, że koncert zwieńczony został tym, na co czekałam od przeszło tygodnia – moje kochane ♫Deeper Underground wykonane z uwzględnieniem wszystkich smaczków i niuansów, jakie niesie za sobą. Perfekcyjne zwieńczenie festiwalu.

Setlista Planu B:

1) Writing's on the Wall
2) Free
3) Welcome to Hell
4) Love Goes Down
5) Prayin'
6) The Recluse
7) Coming up easy
8) What You Gonna Do
9) She Said
10) My Girl / Stand By Me
11) Dubstep medley, Kiss from a rose, forget about b
12) Pieces
13) Stay Too Long

-------------------------------------------------------------------------

Set-funk-lista Jamiroquai:

1) Rock Dust Light Star
2) Main Vein
3) Cosmic Girl
4) You Give Me Something / Smoke ...And Mirrors
5) Little L
6) Canned Heat
7) Space Cowboy / Hurtin
8) Feels Just Like It Should / Corner of the Earth
9) Love Foolosophy
10) Travelling Without Moving
11) Alright
12) Deeper Underground
13) White Knuckle Ride (faktycznie, coś tam rozbrzmiewało, gdy się ulatniałam, by spotkać się z koleżanką [Ooo, jezu, Karolcia, jak Ty wyglądasz, sama skóra i kości, no cóż – jednym z elementów German Dream, za którym tęsknię najbardziej, jest niereglamentowana oferta gastronomiczna, nie?])

…. i trochę szkoda braku ♫Virtual Insanity, ale w sumie nadrobił z nawiązką.

Można doszukać się wielu mankamentów, głównie po stronie nagłośnieniowców i karmicieli – gliniana pizza to nie jest to, co Pszczoły lubią najbardziej. Zimne hot-dogi takoż. Przyjezdni kręcą nosem na organizację, ja tu się nie wypowiadam, bo mi w hotelu spać nie kazano, a co za tym idzie – do któregokolwiek dojeżdżać nocą. Docenić jednak trzeba organizację ruchu pokoncertowego – poza paroma niecierpliwymi idiotami, którzy nie mogli ustać chwilę dłużej na światłach, by spokojnie przejść z tłumem na drugą stronę ulicy. Jak dla mnie mogli iść, co najwyżej by przeszli na tę trochę inną Drugą Stronę.
Mogę sobie nieco popluć w brodę, że wymieniłam bilet z płyty na trybuny, ale, jak pisałam, zawsze to jakieś nowe doświadczenie. Na przykład teraz już będę wiedziała, żeby raczej nie wymieniać, gdy chodzi o zespoły czy wykonawców, przy których w domu usiedzieć nie mogę. Będę też skłonniejsza do pozostania wierną tradycji samotnego chodzenia na koncerty, bo gust mam najwyraźniej osobliwy i nie mówię tu o nazwach a o brzmieniach i jak mi się nie będzie podobało, to sobie pójdę i ponarzekam po albo wcale, bo w końcu nikt mnie wołami nie ciągnął, miast wyrażać swoją skrajną dezaprobatę w trakcie. Bo i na co to komu. I zacznę inwestować w festiwale, bo zarówno na Orange’u jak i na niegdysiejszym Open’erze, wszystko, czego nie znałam lub znałam pobieżnie, wypadało bardzo przekonująco. Choćby za sprawą atmosfery. Okej, nie lubię, nie znoszę wręcz tłumów, ale gdy mamy ten sam cel – cieszyć się dużą dawką muzyki, to chyba znoszę ich chętniej.

Tyle, że nie wiem jak to będzie z pisaniem o nich, bo było miło, ale wymiękam.

A teraz odliczanie do piątku, do Arcade Fire.

12.6.11

Have scored the scores.

Podobno najlepsze imprezy to te, na których pierwotnie miało nas nie być. Mogę sparafrazować, ograniczając się do koncertów, bo gdy gdzieś w necie znalazłam informację o Koncercie Muzyki Filmowej to tylko się ucieszyłam z idei, ale miałam na uwadze inne koncerty i, mówiąc wprost, finansowo się nieco obawiałam. Zwłaszcza, że, nie wiedzieć czemu, obawiałam się kupna biletu na dostawkę, myśląc, że oznacza to siedzenie gdzieś w rogu a najlepiej to skuloną gdzieś pod siedzeniami. Z czasem jednak miłość do muzyki wygrała, skonsultowałam się z Wio, co swoje przezwisko zawdzięcza niczemu innemu jak instrumentowi, na którym gra i kupiłam. Na dostawkę. Wróciłam wniebowzięta, więc nie było tak źle.
A wręcz przeciwnie.

Czego by nie mówić o orkiestrach czy muzyce symfonicznej, to to jest klasa sama w sobie. Którą zauważyłam szczęśliwie sama będąc w klasie... chyba trzeciej, czy czwartej. Otóż to, co większość dzieciaków wspomina ze zgrozą, czyli wyjścia do filharmonii, mi się bardzo podobało. Podczas gdy oni się starali tak wyjść do toalety czy na przerwę, by już nie wracać, to ja, nie zważając, że wyjdę na dziwaka - a bo to pierwszy raz? - wracałam. A propos wracania, to oczywiście później zdarzyło się Życie i nie bardzo miałam okazję, okej, chęć też osłabła, do wizyt w operze czy właśnie filharmonii aż nadeszły złote czasy drugiego liceum, gdzie trafiłam na połowę klasy chodzącej do szkoły muzycznej. Nie chciał Mahomet do góry, to oni zaczęli występować na przeróżnych akademiach w naszej szkole. A już koniec końców zaczęłam bywać z Wio na próbach generalnych baletów, na ich dyplomach, egzaminach...

Obawiam się, że jak użyję słowa niesamowite, to niewiele wniosę, bo już je tak powycierałam pisząc o kolejnych przeżyciach muzycznych, że się nieco zdewaluowało. Zgoda. Dopiszę więc o szlachetności, jaką charakteryzuje się muzyka symfoniczna. I dostrzec ją można najlepiej właśnie podczas oglądania i słuchania jej na żywo, kiedy na Twoich oczach się rodzi, z kilkudziesięciu niepozornych instrumentów, do których dołączone są filigranowe skrzypaczki, wiolonczelistki, flecistki, lisi posturą ksylofoniści, kontrabasiści... może tylko trębacze się wyłamują, powstaje coś, co zapiera dech. Ujmuje perfekcyjną synchronizacją, porywa energią i Ty to widzisz, tu nie ma ściemy, że coś gdzieś korektorem, playbackiem wspierane, nie. Po prostu powstaje.

Dziś wieczór powstało 18 razy. W ogromnej mierze był to koncert muzyki Johna Williamsa, z domieszką Zimmera, Hornera i Silvestriego. Chciałabym móc napisać, że było to osiemnaście absolutnie perfekcyjnych utworów. Było, szesnaście. Dwa z cyklu Gwiezdnych Wojen przynudzały, no ale reszta bez zarzutu. Uśmiech nie schodził mi z twarzy, raz tylko ustępując miejsca lekkiemu wzruszeniu, ale dokładnie wtedy, kiedy się spodziewałam, także spoko. Do tego stopnia, że ja koniecznie muszę obejrzeć w najbliższym czasie te wszystkie filmy, choćby i enty raz.

Na początku niespodzianka w postaci muzyki z reklamówki 20th Century Fox. Jak w filmie. Ach, właśnie, zapomniałabym. Na telebimie wyświetlano kadry i sceny z filmów, z których grane były tematy.

1. Alfred Newman - Fanfara Fox
2. John Williams - Gwiezdne Wojny: Theme
3. John Williams - Gwiezdne Wojny: Księżniczka Leia
4. John Williams - Gwiezdne Wojny: ♫The Imperial March (właściwie potem mogłam iść do domu, to był główny cel mojej wizyty, Darth Vader wkroczył na scenę, co widać zresztą na filmie)
5. John Williams - Gwiezdne Wojny: Yoda
6. John Williams - Gwiezdne Wojny: Komnata Królewska i Finał
no właśnie te dwa jakoś tak niezakoniecznie
7. John Williams - Szczęki
8. John Williams - Park Jurajski
9. John Williams - Superman, rzecz o tyle ciekawa, że filmu nie widziałam, ale mnie zachęcili do nadrobienia zaległości
10. Hans Zimmer - Gladiator
11. James Horner - Titanic, no muzyka to tam była akurat świetna. Nawet prosty zabieg, jak porównanie ♫My Heart Will Go On z ♫Rose pokazuje, jak wiele zmienić - na gorsze - przerobienie utworu na piosenkę. Tu do orkiestry dołączyła solistka i laureatka stu milionów nagród, co nie uchroniło jej przed miauczeniem za nisko i za głośno, no ale. Jak już się zamknęła, to było niebywale. Nie, nie chlipałam, ale kto wie, gdyby całą płytę tak przelecieli.
12. Alan Silvestri - Forrest Gump

i w Finale największe hity Williamsa: Gwiezdne Wojny i Superman po raz drugi, Harry Potter jakiś taki nijaki, ale to nie orkiestra, to Williams, Poszukiwacze Zaginionej Arki i E.T..

Całość w wykonaniu Polskiej Orkiestry Radiowej, pod batutą Macieja Sztora.

5.6.11

.

nie będzie tribute'u do jednego z najważniejszych zespołów mojej młodości, który ostatnio zakończył działalność, bo najpierw mi się nie chciało pisać, gdyż za dużo materiału, a jak się spięłam to przyszedł Murphy i zepsuł Lazarusa. tzn. go zaktualizować postanowił zapisując wszystko do trzeciego czerwca. piąty też zapisuje, a czwarty poszedł w cholerę. nie chce mi się tego teraz pisać.

zespół się rozpadł. i tyle.

2.6.11

No Speech.

Zespoły można dzielić wedle przeróżnych kategorii. M. in. na te, gdzie mniejsza o wokal, ale jak oni grają! i grają spoko, ale jaki tam jest wokal!. Guano Apes plasuję w tym drugim, prawdę mówiąc o wiele płytszym, worku. Dlatego dziś miast szaleć, jak to miałam w planie, to stałam na wpół zniesmaczona, na wpół zasmucona i na wpół wściekła.
Tak w ogóle to przed chwilą weszłam do domu, więc niech to da pojęcie o skali mojego oburzenia, że z punktu postanowiłam się na temat wypisać.

Że miałam być i na Kornie, to wiadomo. Że w końcu nie byłam to chyba wiadomo także, a jak nie wiadomo, to i tak nie będę tu i teraz wyjaśniała, bo przyćmię clou jakim jest wylewanie żali i jadu pod adresem kogoś, kto był odpowiedzialny za nagłośnienie dziś wieczorem.

A leciały takie perły... ♫You Can't Stop Me, bardzo adekwatne do sytuacji ♫No Speech, ♫Pretty in Scarlet, ♫Quietly czy ♫Lords of the Boards. Gdyby to brzmiało, tak jak brzmieć powinno, to byłby naprawdę genialny wieczór. Leciało pewnie coś jeszcze wartego wspomnienia, ale udałam się bez żalu po coś do picia, no i wiadomo - im bardziej się oddalałam to, mimo, iż nadal na terenie imprezy będąc, nic nie rozróżniałam. Przynajmniej posiadłam gofra z bitą śmietaną i czekoladą.

Już na starcie zawyrokowaliśmy, że to Sandra coś nie domaga. I faktycznie coś było na rzeczy, nie dźwigała niektórych wyzwań - które sama sobie nagraniami studyjnymi rzuciła - ale to nie ona winna. Basy podkręcone to niemożliwości i nie takiej fajnej niemożliwości, tylko tej, kiedy nic poza łupaniem nie ma. Żadnej melodii, zero, null. Nie, nie zawsze musi napierdalać. Po drugie linia wokalu zdominowana przez wszystko pozostałe, a takie manewry wychodzą bardzo rzadko i wtedy, gdy wokalista/-ka nie ma nic do zaoferowania. A Sandra ma, oj ma. Po trzecie bawiono się z publicznością w kotka i myszkę czy, jak kto woli, w wyciąganie ręki i cofanie, bo były momenty. Ułamki wersów, gdy się okazywało, że proszę - da się. Nie wiem, może sobie akustyk dorwał jedną z wielu tandetnych studentek SGGW - np. psiapsiółkę tej, co się umizgiwała na telebimie - i ją obracał, good for him, ale dlaczego na suwakach od dźwięku?! Nierówne to było kosmicznie wręcz.

Agata utrzymuje, że koncert był świetnie zagrany. Nie wiem, nie wypowiadam się - NIE SŁYSZAŁAM.

19.4.11

Remembrance Night.

To jest jednak samograj - taki koncert post-rockowy. Bo niezależnie czy przyniosą własne instrumenty smyczkowe - jak GY!BE czy będą imitować ich dźwięk za pomocą instrumentów klawiszowych - jak GiaA, czy może porwą się na imitację wokalną - jak Sigur Rós, będzie ładnie, trochę jakby poza światem i zapadnie w pamięć. To tak gwoli garstki wyrachowanej kalkulacji nie wiem, marketingowej.

God is an Astronaut kupił mnie nazwą. Nie wiem już nawet jak na nich wpadłam, ale jak tylko zobaczyłam to pospieszyłam odkrywać, co zań się kryje. Tradycyjnie, dla siebie tradycyjnie bo wiem, że większość ma na odwrót i ściąga ostatni album, zaopatrzyłam się w debiut - The End of the Beginning. I autentycznie wpadłam po czoło, po uszy, po włos. Mimo, że potem wydali cztery kolejne albumy i na każdym znalazłam jakąś perełkę - ostatnio to tytułowe ♫Age of the Fifth Sun z ostatniej płyty; jak to podsumował ktoś trafnie na Laście - the shit gets real at 1:20 - to debiut, jak to zresztą zwykle bywa, jest najjaśniejszym punktem. Bardziej plastyczni od GY!BE'u, bardziej widowiskowi od Sigur Rós. Nadto dysponują czymś, czym nie dysponuje jednak, wbrew pozorom, wielu cenionych przeze mnie zespołów - podobnie czujemy muzykę najwyraźniej. Są takim moim BoD - Band on Demand, cokolwiek przyjdzie mi do głowy jako rozwinięcie tego, co grają, to oni to realizują. Często bowiem bywa tak, że gdy sobie coś nucę to doimprowizowuję ciąg dalszy. A oni to zagrali. Dlatego pewnie zajmują szczególne miejsce w mojej płytotece czy tam, jak wolicie, mptrójkotece. I dlatego koniecznie musiałam znaleźć się wczoraj w Progresji.

Z innych przyczyn by mnie tam wołami nie zaciągnięto, bo klub okropny. Ja nie wiem, ja może jestem francuski piesek, może za mało rockowa jednak mimo wszystko, bo nie czuję klimatu, gdy muszę skorzystać z zasikanej deski, trzymając drzwi, bo zamek zepsuty i nikt nie naprawił. Małe to to, obskurne, logo mają świetne, ale to ciut za mało. Ukryte w środku osiedla, gdyby nie szyld i adres na bilecie, to machnęłabym ręką myśląc, że to jakiś osiedlowy punkt picia piwa i napierdalania w piłkarzyki - żeby nie napierdalać się nawzajem po klatkach. O dziwo dumnie porozwieszane w środku plakaty głoszą, że tam nie byle kto grywał, bo i Black Label Society i Einstürzende Neubauten i Ray Wilson & many more. No i wczoraj God is an Astronaut. Po raz co najmniej drugi w Polsce.

A po raz pierwszy co? No pewnie, musiałam być gdzie indziej. Konkretnie to dwa lata temu w Krakowie. Żałowałam bardzo, nawet Dźonemu wspomniałam, że właśnie teraz grają w Warszawie. Szczęśliwie wrócili, jeszcze szczęśliwiej - za 40 złotych, tym bardziej szczęśliwie, że przypadkowo się dowiedziałam, wertując z nudów ulotkę Ticketpro dodaną do biletu na IAMX a najszczęśliwsze jest to, że niedaleko mojego domu. Tzn. było z tym nieco perturbacji, bo głupia wymyśliłam, że nie w Progresji a Proximie, która jest dokładnie po drugiej stronie miasta. Poza tym wszędzie podawali godzinę 18, co wymuszało na mnie zwolnienie się co najmniej pół godziny wcześniej z pracy i narobiłam rabanu, kierownictwo w robocie postawiłam w stan gotowości, Tatusia-kierowcę takoż, pobudki urządzałam, bo o te pół godziny wcześniej miałam w pracy się znaleźć, aż dokładnie wieczór przed doczytałam, że po pierwsze nie Proxima a Progresja - jeszcze gorzej, z pracy do Proximy miałabym bliżej, a po drugie o osiemnastej otwierają klub a koncert zaczyna się o ósmej. Czyli wszystko się ładnie skończyło, acz skończyło się dopiero wczoraj rano.
A, o ósmej nie grali GiaA tylko Sands of Sedna, support się znaczy.

Jakie te polskie zespoły są jednak, cholera, niemrawe, ja nie wiem. Pomijam już złośliwą nieco wyliczankę, jaką urządziłyśmy sobie ostatnio z Agatą a polegała ona na wyświetleniu listy na Wiki i osądzaniu, dość bezlitosnym, czym my tak naprawdę możemy się pochwalić. Bolesne to było. Dla polskiej muzyki rockowej, nie dla nas.
W każdym razie do sedna. Sands of Sedna. Zastanawiam się, co by się chłopakom stało, gdyby spróbowali być choć trochę... oryginalni. Gitarzyści się gięli boleściwie, jakby nie gitary trzymali a ściany z cegieł i to każdy po jednej ścianie na głowę, wokalista - okej, ładny chłopiec, taki studencik politechniki, oni bywają ładni, zwłaszcza, że miał na sobie lubiany przeze mnie zestaw t-shirt + bluzka z długim rękawem pod spodem.... cholera. No i widzicie? Ja tu tylko mogę walory wokalisty podziwiać, bo choć się starałam bardzo, to muzycznie nie porwali. Pragnę zaznaczyć, że jestem jedną z ostatnich osób, która skupia się na walorach wokalistów (oj no, Daniel Johns, Eddie Vedder i Bruce Springsteen to ewenementy, jak na ilość znanych mi zespołów zaopatrzonych w wokalistów), więc naprawdę - koncert był słaby. Coby dokopać leżącemu - o wiele lepiej wprowadzało mi się w nastrój podczas przerwy między supportem a gwiazdą wieczoru, gdy z laptopa leciał LCD Soundsystem i Gorillaz. Sorry.

Klub, jak wspomniałam, malutki, więc znów mogłam być fajna, tak jak na Godspeed You! i stanąć sobie pod sceną. Przy głośniku, przez co przygłuchłam, przez co dziś krzyknęłam niechcący do pani biurwy z pracy, przez co ona do mnie z mordą, że nie jest moją koleżanką, żebym do niej krzyczała, przez co w ogóle dramat w trzech aktach. Żebym ja się jeszcze biurwą przejmowała... no, ale, to może w innej notce.

Najbardziej do myślenia dała mi średnia wieku publiczności. To, o czym pisałam na Blipie, te wydrapane legitymacje to nijak nie jest przesada, te dzieci to były dzieci bardzo. Niepotrzebnie w sumie skrobali te tekturki, bo wypili po jednym i już byli w stanie, który dyskwalifikuje zakupienie kolejnych. Jak popatrzyłam na zalane gothki idiotki i mhoczne dziefchynki, to sobie gratulowałam, że siusiu poszłam przed, bo zasikana deska mniej boli niż świeżo wyhaftowana. I w tym wszystkim ja, dobra ciocia, która postanowiła zrobić dzieciom Dzień Dziecka Próba Generalna i użyczałam im ognia bez szemrania miast pytać ile mają lat i odsyłać, gdy zeznają, że mniej niż osiemnaście. Możecie się śmiać i grzmieć, ale po tym jak poznałam na sąsiednim mi osiedlu chłopca lat osiem, który podchodził do moich ówczesnych znajomych z tekstem kopsnij szluga tudzież zostaw pojarę, Misiek i umiał z tej pojary skorzystać, to mi się włączyła Matka Polka i szczawiom ognia nie użyczam. I pamięta wół jak cielęciem był i jako to cielę o ogień zawsze swój dbałam. Względnie prosiłam rówieśników.
Dziś idąc na przystanek, słuchając ♫All the right moves OneRepublic zdołałam sobie tylko pogratulować, że to nie You Can Dance unofficial theme, czyli ♫Apologize tegoż samego zespołu, liźnięte przez Timbalanda, bo bym musiała się pod coś zapaść. Ja mówiłam, że mam dwa mózgi i jeden robi, co robi a drugi się temu dziwi.
Bo że te małolaty wiedziały na co idą i nie przyszły tam z chęci pójścia do baru, to wątpię. Ach, co do baru. Wisiały dwie karteczki w klubie informujące, że Drugi Bar na sali. Z uwagi na to, że słowo Bar było już w następnym akapicie niejako, to chwilę trwało nim przestałam to odczytywać jako zachętę do udania się do baru na sali celem nabycia narkotyków. Mniemam, że wtedy klub wydałby mi się o wiele fajniejszy.

A po koncercie poszłam zapalić. I wróciłam, czekając na transport, dostrzegając tłumek pod sceną. Okazało się, że głodni wrażeń i kontaktu z publicznością muzycy stoją sobie za bramkami, cykając słodkie foteczki z fankami, które - omfg - dawały im swe wątłe, bo dopiero co startujące, piersi do podpisu. Nie umiem się bawić, dałam bilet. Jego nie musiałam myć parę h później. Tudzież te laski w ogóle myć się nie będą, wierząc szczerze w stereotyp, że prawdziwy metal/goth/rockman się nie myje. Ugh.

Celowo nie opisałam wrażeń z koncertu jako takiego, gdyż proszę: calusieńki jak na dłoni. To nie ja, to zarchiwizowany stream, co to wczoraj okrążył świat cały, wszyscy bardzo piszczeli na wieść o tym, że są uwieczniani. Myślę też sobie, że naprawdę bardzo, BARDZO muszę cenić muzyczną stronę God is an Astronaut, skoro wybaczyłam im nawet prośbę o przyciemnienie świateł, bo oni by chcieli zrobić zdjęcie na profil facebookowy. Gore! Powiedzcie, że muzycy z GY!BE spojrzeliby z politowaniem, co?

PS.: Mi naprawdę ten ♫Remembrance Day przypomina ♫The Perfect Drug NIN.

------


Tradycyjnie już:

1) Remaining Light
2) Fragile
3) Age of the Fifth Sun
4) Echoes
5) Remembrance Day
6) Shadows
7) World in Collision
8) Zodiac
9) Snowfall
10) Suicide by Star
11) Forever Lost
12) Route 666

13) Encore:
14) All Is Violent, All Is Bright
15) Fire Flies and Empty Skies

17.4.11

I'm still burning from the fire... the fire... THE FIRE (& whispers)

Jakaś gorliwa fanka z Lasta wyliczyła, że to był dziesiąty koncert IAMX w Polsce. Brzmi to dość astronomicznie, ale może okazać się zgodne z prawdą, gdyż Chris Corner ze składem zalicza się do tych gwiazd, co to u nas ciągle i ciągle, najlepiej co roku. W tym przypadku jednak ani śmiem kpić czy narzekać, bo poprzednie dziewięć mnie ominęło - a to nie znałam, a to byłam zagranico, a to się dowiedziałam dzień przed. A teraz proszę, zgraliśmy się idealnie. Także niech on sobie przyjeżdża i jedenasty raz, zwłaszcza, że...

A zresztą. Od początku.

Moi znajomi, tacy poznani w realu, czyli siłą rzeczy jest to grupa bardziej narzucona niż wybrana, żyje w nieświadomości o świecie muzycznym, w którym się poruszam. Na koncerty chadzałam z ojcem, co nijak oczywiście nie jest dla mnie powodem do wstydu, wręcz nawet do dumy, bo Wasz ojciec słucha Krajewskiego a mój Toola, ale wiadomo w czym rzecz - nie bardzo mogę z kimś o tej muzyce rozmawiać. Może poza chlubnym wyjątkiem, który z kolei okazał się niechlubny w innym temacie i kolega kolegą już nie jest. A w necie proszę - w tym wypadku Krycha vel ^Chryzantema sprawiła, że wreszcie dotarłam na koncert IAMX. Jak tylko dała mi znać, to zaopatrzyłam się w bilecik i czekałam. A miałam na co.
Poznałam ich w sumie też dzięki Sieci - mój lastowy znajomy z Rosji chyba się zasłuchiwał, więc podwędziłam dwie pierwsze płyty - Kiss + Swallow i The Alternative. Nie powiem, żeby poszło lawinowo - chyba miałam jeszcze uraz do electro, bo się musiałam przekonywać, ale! Jak już się przekonałam, to na całego. Sytuacja jest w sumie podobna jak z Fischerspoonerem - w tzw. kręgach mówi się, że pierwsza płyta jest dla koneserów muzyki a druga bardziej mainstreamowa. Cóż, wygląda więc na to, że w przypadku muzyki elektronicznej jestem bardziej na fali, co w sumie jest bzdurą kompletną, bo wolę - o, jak bardzo wolę! - Autechre od Scootera, ale tłumaczy czemu wolę fischerspoonerową Odyssey i iamxowy The Alternative właśnie.
Później przyszła pora na zapoznanie się z kolebką Chrisa, czyli grupą Sneaker Pimps, która przeszła mi uchem bez echa, a jeśli już, to tylko dwie piosenki lubię - ♫Loretta Young Silks i ♫Black Sheep. Nawiasem to jest zabawne, bo występują obok siebie na płycie (Bloodsport, przyp. Bee) i długo, długo nic nowego. Ja się spokojnie rozsmakowywałam w tzw. świętej trójcy z Alternative, czyli ♫Spit it out, ♫After Every Party I Die i ♫This Will Make You Love Again, aż nadeszła pora na trzeci krążek IAMX-a - Kingdom of Welcome Addiction. Choć w sumie czy ja wiem, czy nadeszła? Może do tej pory nie, bo owszem, ♫Think of England daje kopa - acz musiałam się przyzwyczajać - a ♫I Am Terrified jest... powiem tak - ja sobie zdaję sprawę, że jest aż do szpiku wprost, niemal nagi i to może wywoływać w cynicznym uchu wrażenie emowatości, ba! nawet autoironia moja to zauważa, ale zarówno tekst jak i muzyka - zwłaszcza w opisywanej przeze mnie wersji słuchawkowej - kładą mnie na łopatki - ale płyta jako płyta mnie nie rusza. Czwarta, o której dowiedziałam się na chwilę przed koncertem, też nie. A pech, bo przyjeżdżali ją promować.

Już? Jest jasność? To do meritum może.

W wyniku różnych perturbacji towarzysko-zawodowych na koncert poszłam sama i na miejscu spotkałam się z rzeczoną we wstępie Chryzantemą. Właściwie to ustaliłam do niej numer, spotkałam się pod wejściem na salę by ją sobie obejrzeć - celem późniejszej identyfikacji wśród tłumu. Tzn. my się nie widziałyśmy pierwszy raz, ale jak miga stroboskop to trzeba się orientować nawet na poziomie stroju - i udałam się na patio palić. Następnie wykonałam manewr przy barze - miałam przy sobie 20 zł, wina nie mieli, choć w karcie był, dlatego wydałam te 20 na Jacka z Colą, co było Jackiem Danielsem z cytryną i colą w proporcjach studenckich, czyt. ta cola to gdyby jej nie wlewali na moich oczach to bym nie uwierzyła, że jest. Drinka pobrałam, wsłuchałam się, że support nadal zapodaje i wróciłam na patio. Ogólnie mi ten zakaz palenia nie przeszkadza, ale powoduje, że jak już to palę więcej niż jednego, na zaś. I wypiłam drinka. Duszkiem niemal. Yup, wypiłam 3/4 kufla Jacka Danielsa duszkiem. Tanecznym więc krokiem udałam się na salę, odszukałam Chryzantemę i... nie minęły dwa kawałki, no, może trzy i byłam trzeźwa jak... cholera, chyba czas przerzucić się na mineralną, skoro znam tylko porównania nawalonych do czegoś/kogoś... no, w każdym razie wypociłam w sekundę. Trudno byłoby nie wypocić - grali moją ostatnią miłość, ♫Nightlife.
W ogóle to hm, może się jeszcze wstrzymam z oficjalnym wykreślaniem z protokołów, ale wczoraj nie byłam tą, która nie lubi koncertów w klubach i stoi jak słup kontemplując. Efekt? Boli mnie szyja, łydka, nie wiem czemu palec środkowy u lewej dłoni, choć fucków nie rozdawałam, dopiero dziś rano odzyskałam głos, Jack Daniels wylądował na koszulce, którą, nie wdając się w obrzydliwe opisy, można było po koncercie śmiało wyżąć. Zwłaszcza, że w ruch poszło wspomniane Think of England, ♫Bring Me Back A Dog czy ♫Kiss + Swallow. Utwory z dwóch ostatnich płyt minęły mi bez specjalnych wzruszeń, może tylko moment z ♫I salute You, Christopher, wraz z poprzedzającą go dedykacją, która utarła nosa wszystkim tym fankom, które myślały, że to dowód na nabrzmiałe ego ich idola. Choć i tak nie do końca się to ucieranie udało, bo każda recenzja z wczorajszego koncertu nosi tytuł I/We salute You, Christopher. No więc ja może wyjaśnię za Chrisem - to nie o TEGO Christophera chodzi. Ładne to było.
Pozdrawiam też głupich ludzi, którzy zapomnieli o instytucji bisów i zmyli się po zgaśnięciu świateł, co wieńczyło część pierwszą - naprawdę, dzięki Wam mogłam podejść bliżej sceny i szaleć przy ♫Skin Vision i właśnie Spit it out.

Odnośnie braku This Will Make You Love Again czy I Am Terrified to mam mieszane uczucia, bo jasne, że po cichu liczyłam, ale z drugiej strony mogłoby to się skończyć katastrofą - rozpłakałabym się pewnikiem. I to bez cienia przesady piszę, gdyż zdarza mi się podczas słuchania tego w zaciszu domowym a co dopiero przy żywych dźwiękach. Umówmy się jednak, że mam pewien problem z publicznym okazywaniem emocji aż tak osobistych i choć parę razy mi się w życiu niedziecięcym wymsknęło, to zaliczam te przypadki do pewnych jednak porażek. Wiem, dziwna jestem, w dobie internetsów posługuję się kategorią intymności nie tylko w odniesieniu do seksu.
Acz jeszcze wracając do pierwszej strony... jakiż to musiał by być koncert, żeby mnie do takiego stopnia poruszyć. :)

Mała pigułka typowo recenzencka: publika młodociana, przeważało emo, włosy albo ulizane albo jasnoniebiskie dready, glany, szpilki, podarte z rozmysłem rajstopy, ćwieki, koszulki... sklepik oferował wszystko to, co się oferuje na koncertach, czyli jakieś koszulki, plakietki, naszywki, bluzy, plakaty, biżuterię i... parasolkę. Było rzucanie ręcznikami, było lanie wody, były pałki w tłumie, które wcześniej wokalista sobie wsadzał między nogi. Ale co tam, wiedziały pszczele gały na co bilet brały.

I salute You, ... okej, żartowałam.

-------

1) Music People
2) Volatile Times
3) Nightlife
4) Ghosts of Utopia
5) My Secret Friend
6) Tear Garden
7) I Salute You Christopher
8) Fire & Whispers
9) Think of England
10) Bring Me Back a Dog
11) Nature of Inviting
12) Cold Red Light (ku uciesze gawiedzi skoczył wtedy w tłum. no cóż, dziesiąty koncert więc trochę już się znają)
13) Kiss + Swallow
14) President

15) Bernadette
16) The Alternative (with Noblesse Oblige)
17) Skin Vision
18) Commanded by Voices
19) Spit It Out

25.1.11

Rockets fell.

Ludzi nie ocenia się po stroju a zespołu po nazwie - tego właśnie nauczył mnie Godspeed You! Black Emperor.

Było to może ze cztery czy pięć lat temu, gdy moja ówczesna bliska znajoma karmiła mnie sowicie muzyką. Tylko my dwie wiemy, jak wiele jej zawdzięczam i w ogromnym procencie to jej można zawdzięczać, że piszę o The Arcade Fire czy podziwiam Jacka White'a. To, jak się poznałyśmy, jest skomplikowane i nie ma znaczenia dla opowiadanej tu historii - w każdym razie udzielałyśmy się na słynnym Epulsie, na forum muzycznym. I tam właśnie, po raz pierwszy, dowiedziałam się o GY!BE. Dowiedziałam się, bo bynajmniej nie ruszyłam do słuchania - ten Black Emperor mnie powstrzymywał. Wtedy też nie lubiłam Sigur Rós, więc kategorię post-rock omijałam całkiem szerokim łukiem.
Dziewczyna wiedziała, co robi, gdy wcisnęła mi Yanqui U.X.O. - tam właśnie znajduje się ♫Motherfucker=Redeemer, pt 1, który wielbię po dziś dzień, a także ♫Rockets Fall on Rocket Falls, w którym zadurzyłam się wtedy. Już raz pisałam, chyba na Facebooku, że GY!BE is not YT friendly i kawałki, które w oryginale trwają >20 min, są tam bezczelnie pocięte - w przypadku Motherfucker=Redeemer podział na pt 1 i pt 2 został ustalony przez zespół, ale już Rockets Fall... został pocięty sztucznie, tu link do drugiej części wg YouTube. Potem przyszła pora na nadrobienie zaległości w postaci f#a#∞, zapoznanie się z polskim zespołem The Car is on Fire, który nazwę swą zaczerpnął od pierwszego zdania występującego na f#a#∞ i zostałam fanką GY!BE tak całkiem. Co prawda pozostałe płyty nieco odpuściłam, poświęcając im mniej uwagi, bo odkrywałam kolejne sposoby na słuchanie Motherfucker=... (najlepiej w nocy, na słuchawkach, przy zgaszonym świetle, do jakichś wizualizacji w choćby i WMP).

Zespół się rozpadł, co przyjęłam z pewnym żalem, acz zostawił przecież TAKI majątek, że nawet jeśli mieli już nic więcej nie nagrać, to wystarczyło, by się napawać jeszcze długo, długo. O koncercie nawet nie myślałam - no proszę Was, tu? Gdzie triumfy święci U2 czy inna Metallica? Nie, żebym coś miała do Metalliki, ale przyznacie, że bardzo inna bajka. Aż tu nagle, dnia pewnego, na facebookowym fanpage'u Godspeed pojawia się informacja o reaktywacji. Serce mi urosło, nadzieja na nowy materiał wystąpiła, zamiast potu, na skroni i czekałam cierpliwie na nowy album. Do głowy mi nie przyszło, że wcześniej zobaczę ich na żywo.

Aż tu nagle, dnia pewnego, września piętnastego, gdy robiłam karierę na Blipie odnośnie kwestii zasunięcia krzyża spod Pałacu, ^chacinski zrobił mnie na cacy. Bilet, pamiętam, zarezerwowałam bez wahania, jak tylko dopadłam stronę, na której oferowali i czekałam. W październiku to się styczeń wydaje odległy, więc bilet sobie czekał, podobnie jak i ja - cierpliwie w szufladzie. W tak zwanym międzyczasie ważyły się losy mojego noclegu - bo niby mam w Poznaniu siostrę i teoretycznie sprawa była oczywista, ale u nas nic nigdy nie jest oczywiste, zwłaszcza, gdy dotyczy mnie i mojej siostry. Koniec końców nastąpiło ocieplenie stosunków gdzieś koło Świąt i sprawa była zaklepana.

Na mapie, którą mam przed nosem - wisi za monitorem - przy nazwie Poznań powinnam sobie przypiąć, zamiast pinezki, znaczek TicketPro czy inny charakterystyczny dla koncertów emblemat. Bo przecież kiedy byłam po raz pierwszy w Poznaniu? Ano na NINie, dwa lata temu. Wtedy nie udało mi się pozwiedzać, dlatego planowałam teraz - znów nic z tego nie wyszło. Może za trzecim razem, jak już pojadę nie na-koncert.

Zdaję sobie sprawę, że są ludzie, nawet licznie występujący w środowisku, którzy na koncerty sami nie chadzają, a co dopiero jechać do innego miasta. Nie jest to mój przypadek. Raz nie poszłam na koncert, bo nie chciałam sama i to właściwie nie był koncert, tylko set Pompougnaca. No bo rzeczywiście sety mnie nie bawią, więc przydałby się ktoś, kto by mnie zabawiał.
Ot, kupiłam bilet w dwie strony, oświadczyłam wszem i wobec, że mnie w dniach 21-23 stycznia nie ma w mieście, więc mnie proszę nie angażować w nic i pojechałam.

W pociągu TLK zajęłam miejsce niemal na samym końcu pociągu, na jedynym trzecim siedzeniu wśród rzędów siedzeń podwójnych - oznaczało to widok na calusieńki skład z perspektywy jakiegoś władcy marionetek czy innych much. W połączeniu ze zbuntowanymi słowy - ♫Anthem for the year 2000 na ten przykład - dawało to wrażenie podobne do tych z wszelakiej maści teledysków - standing in front, or in the back, of the crowd, singin' in anger i takie tam. Dziecko Vivy Zwei i starego MTV, miałam zakusy do obsadzania się w teledyskach. Najwyraźniej nie wyrosłam całkiem. W ogóle w kwestię mojego doboru soundtracku do podróży powinien się włączyć jakiś Freud, bo oscylowałam między debiutem Silverchair (energiczni, zbuntowani młodzieńcy napieprzający gitarami, aż miło) a potencjalnie niegroźną Reginą Spektor, która niby sobie podśpiewuje o ♫dwóch ptaszkach a tak naprawdę to między tymi ptaszkami zachodzi relacja bardzo dobrze znana ze świata ludzi. Najbardziej mnie niepokoi obecność ♫Numb Linkin Park, bo ja ich przecież nie lubię. Dobrze, że chociaż nie w duecie z Jay-Z.
Jechałam z jakimś studentem fizyki, który wykonywał doświadczenie. Ponieważ wykorzystywał do tego kable i jakąś diodę, która najpierw złowieszczo świeciła na czerwono, a następnie jeszcze groźniej na zielono, to towarzysze podróży przybrali miny mówiące Jak to to było na filmach? Którym kablem się wyłącza bombę? Niestety chłopak wysiadł stację przed docelową i nic nie wybuchło, a bombę zabrał. Strzelam, że skoro świeciło się na zielono, to doświadczenie się udało.
Czytał Larssona.

20h później, nie zwiedzając wcześniej niczego, poinstruowana przez Szwagra, poinstruowanego z kolei przez JakDojade, zakotwiczyłam się w tramwaju nr 1 i ujechałam ku ul. Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Tramwaj był iście koncertowy - wszyscy w to samo miejsce, co oszczędziło mi pytań Przepraszam, którędy do klubu Eskulap? - ot, szłam za tłumem. A dokładniej za rudym dziewczęciem, które okazało się być bohaterką pewnego incydentu w trakcie koncertu.

Wejście do klubu jest, przyznam, dość osobliwe, bo schowane gdzieś za Uniwersytetem Medycznym i wygląda to jak, nie przymierzając, wejście na zaplecze. Znów - gdyby nie tłum, to tak bym sobie krążyła. Tłum? Raczej spora grupka. Koncert wybitnie niszowy to był. Przeważała młodzież przerzucająca się nazwami zespołów, które wystąpiły bądź wystąpią na festiwalu u Rojka a dziewczynami w stylu fanek Beyonce, które przywleczone zostały przez swoich undergroundowych chłopców. Nieco im współczuję, pewnie się czuły jak w jakiejś pieprzonej filharmonii.

Po przerobieniu szatni, stoliczka z koszulkami i naprawdę paskudnymi plakatami - jedno i drugie po 6 dych, zakupieniu absurdalnej Pepsi 0,5 za 7 zł., gdyż piwa nadal nie znoszę a trzecią opcją była woda, weszłam do sali. Salki wręcz.
Może to i dobrze, że nieduża była - wywoływało to wrażenie pełnego klubu po brzegi po pewnym czasie.

Na wstępie jednak skorzystałam z przerzedzenia się tłumu i stanęłam sobie elegancko pod sceną, przy bramce. Dopiero po pewnym czasie zauważyłam, że pod sceną - vis a vis głośnika. Raz w życiu stałam na koncercie przy głośniku, lata temu na Homo Twiście w Stodole i wspominam to tak źle, że nigdy potem się na to nie zdobyłam. Pomyślałam jednak, że jeśli ci, których widziałam przed wejściem, to wszyscy uczestnicy koncertu, to, zwłaszcza z moimi skromnymi gabarytami, dam radę przecisnąć się pod ścianę. Może nawet usiąść na podłodze, jak niektórzy? Albo o jezu, najwyżej ogłuchnę na trzy dni, trudno się mówi.

W międzyczasie przybywało ludzi - za mną ustawiła się, znana z koncertowego shoutboxu, dziewczyna z aparatem i drabinką remontową. Najwyraźniej była tam z misją i miała profesjonalnie zrelacjonować wydarzenie, opatrując dzieło swe zdjęciami.
Na scenę natomiast zaczęto wnosić ekwipunek GY!BE, a około godziny 21. pojawiło się coś na wzór supportu. Coś na wzór, gdyż stanowił go jeden człowiek, niejaki Total Life, który w całkowitych ciemnościach wprowadził salę w stan drżenia, na kwadrans mniej więcej. Salę - nie ludzi. Przypominało to stanie na moście, podczas gdy pod spodem zasuwa pociąg. Dźwięki ciężko określić muzyką - wyłącznie odgłosy imitujące stukot tegoż wyimaginowanego pociągu.
Po wspomnianym kwadransie odprowadzono go brawami, a na scenie zaczęli pojawiać się kolejni członkowie Godspeed You! Black Emperor - stroili skrzypce, wiolonczelę, kręcili dużą ilością pokręteł i wreszcie, około 21:30, zaczęli.

Za sobą ustawiony mieli ekran, na którym przez całą długość trwania występu wyświetlali niesamowite obrazy, zdjęcia i filmy, które w doskonały sposób komponowały się z muzyką. Dokładnie tak, jak zwykłam ich słuchać w zaciszu domowym. Na pierwszy ogień poszło intro, roboczo zatytułowane Hope Drone. W tym czasie na czarnym tle pojawił się biały napis HOPE. Pojawił, by zaraz zniknąć i znów się pojawić (i znów zniknąć, i znów...). Po tym wstępie zabrzmiała ♫Moya(tu fragment dosłownie z koncertu), podczas której miał miejsce pewien incydent. Mianowicie pewna dziewczyna, to samo rude dziewczę, które nieświadomie robiło mi za przewodniczkę w drodze do klubu, zataczając się niezmiernie została wyprowadzona z sali przez jakiegoś chłopaka. To już nie chodzi o to, że mi przeszła po plecach, wpadła na dziewczynę z aparatem i nieomal padła nam do stóp. Chodzi o to, że wbrew przypuszczeniom, nie wyglądało to na odurzenie duchotą li tylko - która panowała w rzeczy samej, bo sala mała, bez okien, co prawda, ale wyglądała na zwyczajnie naćpaną. Bez sensu całkiem, bo GY!BE zadbał o wprowadzenie w nastroje, do których nie potrzeba żadnych wspomagaczy.
Trzeci był fenomenalny, wspominany przeze mnie jeszcze na drugi i trzeci dzień, ♫Albanian, wykonywany do tej pory wyłącznie na koncertach, a szkoda. Wielka szkoda, że nie miałam przyjemności wcześniej. Mimo obecności perkusji, gitar, wciąż tętniących ze ściany obrazów, to uwaga moja skupiła się na filigranowej skrzypaczce, która dała z siebie naprawdę wszystko. Dla fetyszystów: skrzypaczka na prawej stopie posiada spory tatuaż - mandalę. Pewnie mogłabym ją uwiecznić, zwłaszcza, gdy zmieniała smyczki i jej stopa, wraz z tatuażem, widniała mi przed oczami wystarczająco długo, by móc zrobić zdjęcie, ale co ja jestem, żeby dziewczynie nie dać w spokoju się przygotować do występu, tylko strzelać pudelkowe fotki?

Trudno w przypadku takich zespołów jak Godspeed You! Black Emperor mówić o piosenkach czy nawet utworach jako takich, nie sposób wyodrębnić jednego kawałka, nie zahaczając o drugi i końcówkę poprzedniego, płytom oddajesz się w całości, albo nie słuchasz ich wcale. To, że do tej pory chwaliłam sobie Motherfucker=Redeemer i to koniecznie część pierwszą straciło prawo bytu po tym koncercie. Jedynie fale oklasków pozwalały na podzielenie występu i posegregowanie go na dziesięć części, z których każda ma tytuł - tzw. setlista. Tak naprawdę jak już utoniesz w obrazach płonących fabryk, czy też odlecisz wpatrując się w znikający horyzont, to nie liczą się ludzie wokół, nie liczą oklaski, siódme poty - choć nikt, na szczęście nie tańczył, a przynajmniej nie ruszał się po to z miejsca... jesteś Ty i muzyka. Inny świat, dwie i pół godziny podróży.
I nieistotne to, co podnoszą w shoutboxie, że nie było Motherfucker czy ♫Providence - był GY!BE i to się liczy.

Około godziny wpół do dwunastej koncert skończył się bezapelacyjnie. Zespół otrzymał gromkie brawa od urzeczonych słuchaczy, którzy kompletnie zapomnieli, że stoją cały czas i ich plecy już nie chcą mieć z nimi nic wspólnego, ale nie wrócił. Bezsensowne są żale, że nie mówili hi, thank you i kochamy wasz!, bo wg GY!BE muzyka ma bronić się sama. Obroniła się, w rzeczy samej.

Bardzo współczuję zarówno tym, którzy narzekają, że z tyłu było źle słychać a zwłaszcza tym, których nie było, bo to nie do odtworzenia, nie do opowiedzenia i muszę Was zmartwić, ale koncert był absolutnie fantastyczny. Mimo, że w absolutnie niefantastycznym klubie.

Do domu wróciłam na drugi dzień, przez trzy i pół godziny stojąc przy drzwiach do wagonu, wraz z piętnastoma innymi osobami i ich bagażami. Gdy skręcaliśmy, czy hamowaliśmy, to ludzie łapali się drzwi, które otwierają się automatycznie, ukazując tory, kolejny wagon i wąską, co prawda, acz złowieszczą przestrzeń pomiędzy nimi. Powinnam się wściekać, powinnam pluć sobie w brodę, że kupiłam od razu bilet w obie strony, choć nikt go w drodze powrotnej nie sprawdził, powinnam powiedzieć dużo brzydkich słów o dziewczynie, która nie potrafiła się zdecydować, czy chce przeczekać w toalecie mieszczącej się w innym wagonie, czy jednak towarzyszyć nam lojalnie, ale nic z tego. Na takie 2,5h muzyki i widoków to ja mogę nawet do Trójmiasta. W podobnym tłoku.

--------

Gwoli ścisłości:

1.) Hope Drone
2.) Moya
3.) Albanian
4.) Dead Metheny
5.) 09-15-00 (outro)
6.) Chart #3
7.) World Police and Friendly Fire
8.) Lift Yr. Skinny Fists, Like Antennas to Heaven...
9.) Gathering Storm
10.) The Sad Mafioso
darmowe liczniki statystyki