a song that you hear often on the radio
nie, żebym słuchała radia bo to chyba już nie jest pierwszej świeżości ale ostatni non-stop z okresu w którym radia słuchałam. węszę, że miało to wpływ na porzucenie tej formy rozrywki.
17.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 16
a song that you used to love but now you hate
w przeciwieństwie do wczoraj - z tym nie mam problemu..
z podziękowaniami dla wszystkich centrów handlowych i empików kraju tego. sztandarowy przykład zajechanej piosenki.
w przeciwieństwie do wczoraj - z tym nie mam problemu..
z podziękowaniami dla wszystkich centrów handlowych i empików kraju tego. sztandarowy przykład zajechanej piosenki.
16.9.10
14.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 14
a song that no one would expect you to love
z popowymi piosenkami o miłości jest z grubsza taki problem, że są przesterowane - albo nafaszerowane enigmatycznymi, nadętymi metaforami albo z kolei totalnie łzawe, naiwne i niemal histeryczne. a tu proszę, niewymuszone takie. wdzięczne i szczere.
z popowymi piosenkami o miłości jest z grubsza taki problem, że są przesterowane - albo nafaszerowane enigmatycznymi, nadętymi metaforami albo z kolei totalnie łzawe, naiwne i niemal histeryczne. a tu proszę, niewymuszone takie. wdzięczne i szczere.
The 30 Day Song Challenge: Day 13
a song that is a guilty pleasure
tak wyszło. w pierwszej klasie elo koleżanka przyniosła Fallen do szkoły, a że wtedy był czas Daredevil z Bring me to life na pokładzie to pożyczyłam sobie Fallen na noc. płyta, pamiętam, była nudna i emo i tylko głos dziewczyna miała dobry, Leigh tyle, że do złych celów wykorzystywany. ;) płytę oddałam znużona a Tourniquet się ostało.
tak wyszło. w pierwszej klasie elo koleżanka przyniosła Fallen do szkoły, a że wtedy był czas Daredevil z Bring me to life na pokładzie to pożyczyłam sobie Fallen na noc. płyta, pamiętam, była nudna i emo i tylko głos dziewczyna miała dobry, Leigh tyle, że do złych celów wykorzystywany. ;) płytę oddałam znużona a Tourniquet się ostało.
13.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 12
a song from a band you hate
bez zaskoczeń...
w bonusie: to jest już totalny hate, bo nie dość że zespół, to tej piosenki nie znoszę najbardziej z ich dorobku.
bez zaskoczeń...
w bonusie: to jest już totalny hate, bo nie dość że zespół, to tej piosenki nie znoszę najbardziej z ich dorobku.
11.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 11
a song of your favourite band
weź mnie, k..., zastrzel. te pytania są... no ale dobra.
znów przewrotnie, bo zespół faktycznie favourite ale piosenka już niekoniecznie, choć wiem, że w tzw. kręgach bardzo lubiana. cicho sobie podejrzewam, że to z uwagi na teledysk - PJ słynie z nieopatrywania piosenek regularnymi klipami i można je na palcach jednej ręki policzyć.
weź mnie, k..., zastrzel. te pytania są... no ale dobra.
znów przewrotnie, bo zespół faktycznie favourite ale piosenka już niekoniecznie, choć wiem, że w tzw. kręgach bardzo lubiana. cicho sobie podejrzewam, że to z uwagi na teledysk - PJ słynie z nieopatrywania piosenek regularnymi klipami i można je na palcach jednej ręki policzyć.
The 30 Day Song Challenge: Day 10
a song that makes you fall asleep
należy się wyjaśnienie - otóż nie jest to tak naprawdę odpowiedź na pytanie, gdyż posiadam wspaniałą wręcz właściwość zasypiania przy czymkolwiek i nie posiłkuję się żadnymi specjalnymi utworami. owa właściwość wynika z innej, o wiele mniej wspaniałej, właściwości - sypiam rzadko, więc jak już to znaczy, że byłam padnięta.
rozumiem też, że nie chodziło o najnudniejszą piosenkę ever.
ot, Jane Says najbardziej kojarzy mi się z zasypianiem. tu wyjaśniłam dlaczego. zresztą za wiele razy opowiadałam tę historię, żeby jeszcze raz.
należy się wyjaśnienie - otóż nie jest to tak naprawdę odpowiedź na pytanie, gdyż posiadam wspaniałą wręcz właściwość zasypiania przy czymkolwiek i nie posiłkuję się żadnymi specjalnymi utworami. owa właściwość wynika z innej, o wiele mniej wspaniałej, właściwości - sypiam rzadko, więc jak już to znaczy, że byłam padnięta.
rozumiem też, że nie chodziło o najnudniejszą piosenkę ever.
ot, Jane Says najbardziej kojarzy mi się z zasypianiem. tu wyjaśniłam dlaczego. zresztą za wiele razy opowiadałam tę historię, żeby jeszcze raz.
10.9.10
9.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 08
a song that you know all the words to
Państwo raczą żartować. ale założyłam sobie, że obejdzie się bez dublowania wykonawców - bo spokojnie dałabym radę oblecieć cały Challenge pod kątem jednego - więc np.:
bo jest jedną z pierwszych; siostra przerabiała na lekcji angielskiego a że umiałam już czytać to się wzięłam i nauczyłam.
Państwo raczą żartować. ale założyłam sobie, że obejdzie się bez dublowania wykonawców - bo spokojnie dałabym radę oblecieć cały Challenge pod kątem jednego - więc np.:
bo jest jedną z pierwszych; siostra przerabiała na lekcji angielskiego a że umiałam już czytać to się wzięłam i nauczyłam.
7.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 07
a song that reminds you of a certain event
całkiem miło się złożyło, bo dotarłam do tubki z tegoż wydarzenia...
a ponieważ zdaję sobie sprawę, że rzęzi i ani trochę nie oddaje wrażenia - może poza atmosferą wizualizacji na telebimach - to tu w wersji studyjnej:
genialna noc.
tak btw. to Hoppipoli właśnie zawdzięczam przekonanie się do Sigur Rós, bo jadąc na festiwal nie przepadałam. cóż, wróciłam przepadając.
całkiem miło się złożyło, bo dotarłam do tubki z tegoż wydarzenia...
a ponieważ zdaję sobie sprawę, że rzęzi i ani trochę nie oddaje wrażenia - może poza atmosferą wizualizacji na telebimach - to tu w wersji studyjnej:
genialna noc.
tak btw. to Hoppipoli właśnie zawdzięczam przekonanie się do Sigur Rós, bo jadąc na festiwal nie przepadałam. cóż, wróciłam przepadając.
The 30 Day Song Challenge: Day 06
a song that reminds you of somewhere
a to akurat banalne - kuchnia zachodniego domku, który dzieliłam z Elą i Andriusami. muzyki co prawda słuchaliśmy multum ale dzień bez
był stracony.
a to akurat banalne - kuchnia zachodniego domku, który dzieliłam z Elą i Andriusami. muzyki co prawda słuchaliśmy multum ale dzień bez
był stracony.
6.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 05
a song that reminds you of someone
blablabla, znowu milion do wyboru. np.:
co najlepsze, wcale nie idzie o chłopaka ani o uciechy erotyczne.
blablabla, znowu milion do wyboru. np.:
co najlepsze, wcale nie idzie o chłopaka ani o uciechy erotyczne.
5.9.10
4.9.10
3.9.10
The 30 Day Song Challenge: Day 02
your least favourite song
ale że jak to? jak nie lubię, to nie słucham celowo więcej niż raz, kiedy to stwierdzam, że nie lubię. więc dodam od siebie, że któraś z tych, które są lubiane, których słuchałam więcej niż raz, bo np. są na płycie a ja nie lubię, dobra? np.:
straszna cienizna.
ale że jak to? jak nie lubię, to nie słucham celowo więcej niż raz, kiedy to stwierdzam, że nie lubię. więc dodam od siebie, że któraś z tych, które są lubiane, których słuchałam więcej niż raz, bo np. są na płycie a ja nie lubię, dobra? np.:
straszna cienizna.
2.9.10
3.8.10
#ffffffound!
♫ Yonderboi - Intro (Soundsculptors)
At the beginning, oh, long before that - when light was deciding who should being in and who should being out of the spectrum yellow was in trouble. Even then seems that green, you know how green can be, did not want yellow in, because of some primal envy I suppose, but for whatever cause the effect was bad on yellow and caused yellow to weep yellow tears for several eternals - before there were years. Until blue heard what was up between green and yellow and took green aside for a serious talk in which blue pointed out that if yellow and blue were to get together, not that they would but if they did - a gentle threat - that they could make their own green.
"Oh" said green with some understanding. Naturally, by a sudden change of hue green saw the light and yellow got in. It worked out fine. Yellow got lemons and green got limes.
Ken Nordine Yellow
bo szukałam, szukałam i znaleźć nie mogłam a jak w końcu mi się udało, to wylądowało w czeluściach Zupy. no to skoro już znalazłam po raz drugi, to niechaj będzie to moje ostatnie szukanie i niech zostanie utrwalone tu. niech.
perełka.
At the beginning, oh, long before that - when light was deciding who should being in and who should being out of the spectrum yellow was in trouble. Even then seems that green, you know how green can be, did not want yellow in, because of some primal envy I suppose, but for whatever cause the effect was bad on yellow and caused yellow to weep yellow tears for several eternals - before there were years. Until blue heard what was up between green and yellow and took green aside for a serious talk in which blue pointed out that if yellow and blue were to get together, not that they would but if they did - a gentle threat - that they could make their own green.
"Oh" said green with some understanding. Naturally, by a sudden change of hue green saw the light and yellow got in. It worked out fine. Yellow got lemons and green got limes.
Ken Nordine Yellow
bo szukałam, szukałam i znaleźć nie mogłam a jak w końcu mi się udało, to wylądowało w czeluściach Zupy. no to skoro już znalazłam po raz drugi, to niechaj będzie to moje ostatnie szukanie i niech zostanie utrwalone tu. niech.
perełka.
31.5.10
they shook me all night long.
(aka AC/DC, alright!)
całkowitym rzutem na taśmę trafiłam na czwartkowy koncert AC/DC na warszawskim, oraz mi pobliskim, lotnisku Bemowo.
z początku znajdowałam ową pobliskość nieco rozczarowującą, gdyż od małego kojarzyłam wyprawy na koncerty z... no właśnie, wyprawami. plany podróży, pociągi, zwalniałam się z lekcji, szykowałam legitymację, wybywałam z domu pięć godzin przed godziną W, zastanawiałam się czy zdążę, zdążałam, nie zdążałam, cała eskapada to była. a tu? dwa przystanki autobusem, dziesięć minut pieszo i jestem.
także ten. koncert na ósmą, wyszłam z domu po siódmej. a mogłam spokojnie wyjść o tej ósmej, bo się pragnęłam spóźnić na support. bo wiecie, grał Dżem. a ja Dżemu szczerze nie znoszę. i się nie udało, w sensie zdążyłam.
gdy docierałam do swojej trybuny, to zawodzili O Victorio, moja Victorio. no kanał kompletny. zresztą nie byłam jedyna - mimo, że garstka fanów przybyła na harleyach, wszyscy w skórach, długie włosy, potencjalny target Dżemu, to nie zrobiły chłopaki furory. obyło się bez bisów, a ja siedziałam znużona i marzłam.
yhy, marzłam. już na supporcie, co kiepsko wróżyło.
szczęśliwie jakoś wpół do dziewiątej Dżem był łaskaw się zmyć, pozostawiając nas z jakimś jazzem płynącym z głośników.
jeśli idzie o wiek publiki to pełne spectrum: od trzynastoletnich niedobitków, przez trzydziestolatków, po - oczywiście - rówieśników samego AC/DC.
koło dziewiątej doczekaliśmy się. my, czyli ja i:
oni,
oni oraz
oni.
wbrew zasłyszanym - no, zaczytanym - plotkom, żaden pociąg na scenę nie wjechał. pojawił się, owszem, na telebimach, wraz z całą animacją.
trzeba w tym miejscu wtrącić, iż ja AC/DC kojarzę. znałam dwa utwory na krzyż, słyszałam o nich oczywiście mnóstwo, wielu moich znajomych zna, lubi, niektórzy nawet bardzo. dla mnie raczej stanowili pojęcie. stąd ten rzut na taśmę wspomniany we wstępie. nie mówię tego, by rozzłościć tych, których nie było. chodzi mi o oddanie skali uderzenia, z jakim się spotkałam.
dla wiernych fanów z pewnością poziom czadu, mocy, powera, energii, itp. jaki niosą za sobą te cztery litery to norma. dla mnie... cóż. czy wystarczy jak powiem, że kompletnie nie było mi zimno, a wręcz się spociłam jak mysz? :)
zresztą, nawet rzesze fanów młodocianych, które stały mi na plecach oraz machały flagą przed nosem, były pod ogromnym wrażeniem, któremu upust dawały czy to entuzjastycznym darciem się - które przeszkadza mi tylko podczas słuchania dokonanych nagrań - czy to komentarzami w stylu "stary, ja nie wiem co powiedzieć, ja normalnie jestem kurwa w szoku". no, ja też byłam. whoa!
Angusowe solówki, którymi się popisywał przy każdym utworze, zwalały moje uszy z nóg. biorę oczywiście poprawkę na to, że mnie solówki gitarowe biorą ogółem i że dawno - eee... ostatnio rok temu, na NINie? - nie byłam na koncercie i że byłam głodna riffów, jak cholera ale to było coś więcej.
i jego energia, heh. lat ma 55, a miota się, skacze, rzuca, biega, nie zabrakło słynnego już duck-walku. wulkan dla ucha i dla oka. [tu próbka jego możliwości]
Angus był, rzecz jasna, niekwestionowaną gwiazdą wieczoru. Brian Johnson zapisał się w pamięci głównie tym, że po każdym utworze krzyczał alright! - stąd podtytuł notki całej. w pewnym momencie już go publiczność wyręczała w tym.
dzielnie starał się dotrzymywać tempa Angusowi, latał po scenie wzdłuż i wszerz, i choć dawał radę - tak, zwłaszcza, że ma 63 lata - charakterystycznym wokalem, to fani nie zawiedli i śpiewali z nim, z czasem go po prostu zagłuszając.
na dowód: Highway to Hell, wykonane na bis, które także było opatrzone solówką, ale takie już są brutalne prawa ograniczonego miejsca - albo solówka niezidentyfikowana, ale część podstawowa. a trzeba pamiętać, że w pewnym sensie robiłam za wysłannika, więc chciałam oddać całą atmosferę koncertu.
i tak oto koncert się skończył, koło 23. eksplozją sztucznych ogni.
nakręcona energią nabytą, podarowałam sobie próby łapania pojazdów. zresztą nie było sensu - zamknięto ulicę, cobyśmy mogli bezstresowo wracać zarówno chodnikami, jak i jezdnią oraz torami. obyło się chyba bez atrakcji, tj. mimo tłumu, szliśmy zgodnie. pomijając ludzi z plecakami o które parę razy przyszło mi się obić, oraz tych, którzy na zasadzie "wtem!" przypominali sobie, że właściwie to oni mieli wyjść na prawo/lewo i skręcali, przepychając się i tamując tych co za nimi. ludzie, huh?
miałam pewne obawy, czy nie popsuje to trochę wrażenia, że brałam udział w Czymś, skoro wracałam z Tego z buta. ale nie. na szczęście.
a na koniec setlista. i tak, macie czego żałować.
1. Rock N’ Roll Train
2. Hell Ain’t a Bad Place to Be
3. Back in Black
4. Big Jack
5. Dirty Deeds Done Dirt Cheap
6. Shot Down in Flames
7. Thunderstruck
8. Black Ice
9. The Jack
10. Hells Bells
11. Shoot to Thrill
12. War Machine
13. High Voltage
14. You Shook Me All Night Long
15. T.N.T.
16. Whole Lotta Rosie
17. Let There Be Rock
18. Highway to Hell
19. For Those About to Rock (We Salute You)
całkowitym rzutem na taśmę trafiłam na czwartkowy koncert AC/DC na warszawskim, oraz mi pobliskim, lotnisku Bemowo.
z początku znajdowałam ową pobliskość nieco rozczarowującą, gdyż od małego kojarzyłam wyprawy na koncerty z... no właśnie, wyprawami. plany podróży, pociągi, zwalniałam się z lekcji, szykowałam legitymację, wybywałam z domu pięć godzin przed godziną W, zastanawiałam się czy zdążę, zdążałam, nie zdążałam, cała eskapada to była. a tu? dwa przystanki autobusem, dziesięć minut pieszo i jestem.
także ten. koncert na ósmą, wyszłam z domu po siódmej. a mogłam spokojnie wyjść o tej ósmej, bo się pragnęłam spóźnić na support. bo wiecie, grał Dżem. a ja Dżemu szczerze nie znoszę. i się nie udało, w sensie zdążyłam.
gdy docierałam do swojej trybuny, to zawodzili O Victorio, moja Victorio. no kanał kompletny. zresztą nie byłam jedyna - mimo, że garstka fanów przybyła na harleyach, wszyscy w skórach, długie włosy, potencjalny target Dżemu, to nie zrobiły chłopaki furory. obyło się bez bisów, a ja siedziałam znużona i marzłam.
yhy, marzłam. już na supporcie, co kiepsko wróżyło.
szczęśliwie jakoś wpół do dziewiątej Dżem był łaskaw się zmyć, pozostawiając nas z jakimś jazzem płynącym z głośników.
jeśli idzie o wiek publiki to pełne spectrum: od trzynastoletnich niedobitków, przez trzydziestolatków, po - oczywiście - rówieśników samego AC/DC.
koło dziewiątej doczekaliśmy się. my, czyli ja i:
wbrew zasłyszanym - no, zaczytanym - plotkom, żaden pociąg na scenę nie wjechał. pojawił się, owszem, na telebimach, wraz z całą animacją.
trzeba w tym miejscu wtrącić, iż ja AC/DC kojarzę. znałam dwa utwory na krzyż, słyszałam o nich oczywiście mnóstwo, wielu moich znajomych zna, lubi, niektórzy nawet bardzo. dla mnie raczej stanowili pojęcie. stąd ten rzut na taśmę wspomniany we wstępie. nie mówię tego, by rozzłościć tych, których nie było. chodzi mi o oddanie skali uderzenia, z jakim się spotkałam.
dla wiernych fanów z pewnością poziom czadu, mocy, powera, energii, itp. jaki niosą za sobą te cztery litery to norma. dla mnie... cóż. czy wystarczy jak powiem, że kompletnie nie było mi zimno, a wręcz się spociłam jak mysz? :)
zresztą, nawet rzesze fanów młodocianych, które stały mi na plecach oraz machały flagą przed nosem, były pod ogromnym wrażeniem, któremu upust dawały czy to entuzjastycznym darciem się - które przeszkadza mi tylko podczas słuchania dokonanych nagrań - czy to komentarzami w stylu "stary, ja nie wiem co powiedzieć, ja normalnie jestem kurwa w szoku". no, ja też byłam. whoa!
Angusowe solówki, którymi się popisywał przy każdym utworze, zwalały moje uszy z nóg. biorę oczywiście poprawkę na to, że mnie solówki gitarowe biorą ogółem i że dawno - eee... ostatnio rok temu, na NINie? - nie byłam na koncercie i że byłam głodna riffów, jak cholera ale to było coś więcej.
i jego energia, heh. lat ma 55, a miota się, skacze, rzuca, biega, nie zabrakło słynnego już duck-walku. wulkan dla ucha i dla oka. [tu próbka jego możliwości]
Angus był, rzecz jasna, niekwestionowaną gwiazdą wieczoru. Brian Johnson zapisał się w pamięci głównie tym, że po każdym utworze krzyczał alright! - stąd podtytuł notki całej. w pewnym momencie już go publiczność wyręczała w tym.
dzielnie starał się dotrzymywać tempa Angusowi, latał po scenie wzdłuż i wszerz, i choć dawał radę - tak, zwłaszcza, że ma 63 lata - charakterystycznym wokalem, to fani nie zawiedli i śpiewali z nim, z czasem go po prostu zagłuszając.
na dowód: Highway to Hell, wykonane na bis, które także było opatrzone solówką, ale takie już są brutalne prawa ograniczonego miejsca - albo solówka niezidentyfikowana, ale część podstawowa. a trzeba pamiętać, że w pewnym sensie robiłam za wysłannika, więc chciałam oddać całą atmosferę koncertu.
i tak oto koncert się skończył, koło 23. eksplozją sztucznych ogni.
nakręcona energią nabytą, podarowałam sobie próby łapania pojazdów. zresztą nie było sensu - zamknięto ulicę, cobyśmy mogli bezstresowo wracać zarówno chodnikami, jak i jezdnią oraz torami. obyło się chyba bez atrakcji, tj. mimo tłumu, szliśmy zgodnie. pomijając ludzi z plecakami o które parę razy przyszło mi się obić, oraz tych, którzy na zasadzie "wtem!" przypominali sobie, że właściwie to oni mieli wyjść na prawo/lewo i skręcali, przepychając się i tamując tych co za nimi. ludzie, huh?
miałam pewne obawy, czy nie popsuje to trochę wrażenia, że brałam udział w Czymś, skoro wracałam z Tego z buta. ale nie. na szczęście.
a na koniec setlista. i tak, macie czego żałować.
1. Rock N’ Roll Train
2. Hell Ain’t a Bad Place to Be
3. Back in Black
4. Big Jack
5. Dirty Deeds Done Dirt Cheap
6. Shot Down in Flames
7. Thunderstruck
8. Black Ice
9. The Jack
10. Hells Bells
11. Shoot to Thrill
12. War Machine
13. High Voltage
14. You Shook Me All Night Long
15. T.N.T.
16. Whole Lotta Rosie
17. Let There Be Rock
18. Highway to Hell
19. For Those About to Rock (We Salute You)
13.11.09
HRC anthem.
To jest graficzny zapis poniższej notki
Byłam w HRC, mogę umierać. Tak?
Mieszkam w tej Warszawie, mam tyle lanserskich miejscówek na odległość kilku ledwie przystanków, a nie korzystam. Niepoliczalne ilości razy spotykałam się z zaskoczonymi niepomiernie spojrzeniami ludzi spoza miasta, gdy usłyszeli, że nie znam tego czy tamtego. Rrrrany, jak ja bym mieszkał/-a w Warszawce, to codziennie bym tam...
No, a ja ani razu w Hard Rock Cafe nie byłam, choć wielokrotnie zdarzało mi się przechodzić obok. I nawet czas miałam i trochę grosza, a mimo to. Najpierw dlatego, że to miejscówka dla snobów, jebanych dekadentów, zakompleksionej elity i nadętych pozerów. Później dlatego, że podczas wizyty SweetSatan zajrzałam - dziewczyna odwiedziła każde HRC znajdujące się w większych miastach świata, taki, wiecie, rytuał - i mi się umiarkowanie spodobało. Nie lecę na widok ciuchów Elvisa, na jego rękopisy, na kostki od gitar Satrianiego, na okulary Bono, czy inne w tym guście.
Podobna niechęć do lansu zawsze trzymała mnie w bezpiecznej odległości od naszej edycji Starbucksa. Bo byłam w Hamburgu i kawa była zwyczajna, bez ochów i achów, acz z logiem.
Traf chciał, że zarówno do polskiego Starbucksa i polskiego HRC udałam się z Wio. A może to nie traf, może po prostu mam wielkomiejską przyjaciółkę? No chyba. Na następny raz umówiłyśmy się na pójście do Utopii. Istny Sex and the City.
A zaczęło się bardzo niewinnie. Rzeczona Wio - oficjalnie Dorotka - była cokolwiek nie w sosie. Dlatego ja, wierna przyjaciółka, genetycznie ukierunkowana, zaproponowałam by nie bawić się w kurtuazyjne kawki, tylko po ludzku pójść się napić. Acz nadal elegancko, bo drinków a nie wulgarnej wódy.
Mamy obcykane pewne miejsca w Złotych, ale złapałyśmy się na tym, że nie mamy gdzie pić. A może i mamy, ale nie wiemy gdzie. Na to samo wtedy wychodziło. I nagle myśl. Gdzie jak gdzie, ale w Hard Rocku można się będzie alkoholizować.
Machnęłam ręką i poszłyśmy. W atmosferze ojezu, jezu, idziemy do hard rocka, czy mamy wystarczające flesze w aparatach bo to trzeba na facebooka wrzucić!. Z przymrużeniem oka, rzecz jasna. Gdyby Wio chadzała w miejsca tylko dla zdjęć na Facebooku to nie chadzałabym z nią raczej.
Najpierw siadłyśmy tuż przy drzwiach, przy wejściu, otrzymałyśmy karty i nam szczęki opadły do podłogi. Hitami były drinki za 56,- oraz jakiś za 3.. tysiące ponad. Tzn. ten za trzy tysiące to nie, że sam drink, ale nie wiem co by musieli oferować za taką cenę.
Cena mojito - 23 złote. Stwierdziłyśmy, że w takim razie lepiej będzie pójść na dół - tj. do stylowego basementu, skoro taniej niż 23 zł się nie da.
Pani kelnerka wyglądała na wielce zaskoczoną, że my tylko te mojito, bo w takim razie po co w HRC a nie w lokalu bez renomy?. Tzn. absolutnie nic nam takiego nie powiedziała, ale i nie musiała - mowa ciała: checked.
Dół już znałam, więc raczej oprowadziłam Dorotkę, pokazałam słynną ścianę z połówek korpusów gitar elektrycznych i postanowiłyśmy zlitować się nad biednym kelnerem, co to latał za nami, by wskazać nam stolik. Którego nie było. Tj. albo zajęte albo Reserved (napisać Rezerwacja to już nie można, nie?).
Przy barze też zero miejsc, więc zasiadłyśmy przy ławie, obok ściany Roda Stewarta. Z Wio naprawdę musiało być gorzej, bo stwierdziła, że ów Rod jest przystojny.
Ponieważ dół to nie góra - musiałyśmy złożyć zamówienie jeszcze raz. Gdy precyzowałam barmance gdzie siedzimy, by nie pokazywać małej Dorotki w tłumie, powiedziałam, że przy Stewart'cie. Dziewczyna nie zrozumiała, nawet gdy doprecyzowałam, że przy Rodzie Stewart'cie. Prawie jak przy Bondzie. Jamesie Bondzie.
Odchodząc poprosiłam o popielniczkę, która okazała się być identyczna, jak ta, którą uraczono mnie w Krakowie, w Lizard Kingu. Nieprzypadkowo porównywałam jeden lokal do drugiego wtedy. Czemu wyraz dałam cieniem uśmiechu pod nosem.
Nie powiem, żeby tamtejsza obsługa zasługiwała na uznanie lub napiwek. Nasze drinki czekały na barze dobry kwadrans, aż w pewnej chwili przerwałyśmy z Wio rozmowę, przyglądając się ich losom. Żeby było jasne - to nie była samoobsługa, co i rusz po plecach przechodzili nam kelnerzy z tacami. Jeden podśpiewując pod nosem The Who, Armenia City in the Sky.
Sam drink nie był absolutnie wart swojej ceny - śladowe ilości rumu, głównie lód i cytrynki. I nieco mięty.
Zresztą, ustalmy coś - miejsce dla prawdziwych rockmenów z takimi cenami? Kapele garażowe, studenci, piece na kredyt i takie coś? Jak to się ma do rock'n'roll'owego stylu życia, ha?
Muzyka z plazm ustawionych nad barem leciała za cicho - można było tylko kontemplować wideoklipy. I odśpiewać Love Me Do Beatlesów, bo to tak charakterystyczna melodia, że wystarczy chwila szemrania, a wiesz gdzie zacząć a gdzie przerwać. Więc odśpiewałyśmy. Tekst też jest niewyszukany. Wio pamięta z karaoke w Grecji, ja pamiętam, bo się siostra w Bitlach kochała więc siłą rzeczy...
Wyszłyśmy, bo już był czas ale i bez żalu. Zwłaszcza po tym, gdy z sześćdziesięciu złotych wydano mi resztę w monecie. Jednej. Czego oczy nie widzą.. - tu widziały.
Zdecydowałam się umieścić tę notkę tu, nie na pingerze, bo po pierwsze - moja niechęć, oparta do tej pory wyłącznie na teorii, do Hard Rock Cafe jest znana i musiałam poważniej podejść do obalania mitu i potwierdzenia niechęci w praktyce, a po drugie...
Wracałam pustym niemal wagonem metra. Po brzegach siedziały jakieś niedobitki, koło mnie mama z rezolutną dziewczynką, która rozpoznawała stacje po mieszkających niedaleko członkach rodziny, lub znajomych rodziców. Np. Słodowiec okazał się być stacją cioci Ilonki. Gdy natomiast jechałam do centrum, to koło mnie siedziała babcia z wnuczkiem, który domagał się, wypożyczonej z biblioteki, książeczki o żółwiu Franklinie. Franklin i Walentynki. Opcje są dwie - chłopiec będzie gejem lub najlepszym przyjacielem kilku kobiet.
I złapałam się na tym, że bardzo lubię metro. Wypełnia ono w stu procentach moje nikłe zapotrzebowanie na lans. Mogę się w nim pobawić sobą, zachowywać jak amerykańska dziewczyna z kawą, książką i słuchawkami w uszach. Mogę machać sobie nogą, mogę bezgłośnie śpiewać do tego co mi w słuchawkach rozbrzmiewa, mogę się zakręcić na rurze, mogę być sztucznie naturalna. Podskoczyć mogę też.
O ile bowiem w kontaktach z ludźmi cenię sobie szczerość, praktycznie na jej brak nie wyrażając zgody, o tyle ja sama lubię sobie poudawać kogoś kim nie jestem, dla własnej rozrywki. Przybieram wtedy pozę, patrzę w inny sposób, idę innym tempem, jakbym grała w filmie.
Każde miejsce to inna forma i właśnie tę z metra bardzo lubię. Bo to nie tylko to co na zewnątrz. Myślę w inny sposób wtedy, uśmiecham się do ludzi, przyglądam się takim dzieciakom, wraz z lektorem informuję pasażerów o kolejnej stacji lub o tym, że stacja końcowa niestety i trzeba opuścić pociąg.
Rzecz jasna robię to tylko, gdy jestem sama. Nikt by nie zrozumiał, że mi nie gorzej.
By ten dzień był zabawniejszy - poinformowałam pana kierowcę autobusu o tym, kiedy odjeżdża ów. Pan bowiem na pętli podszedł, przetarł lusterka, zajrzał, by z telebimu dowiedzieć się za ile ma odjazd, wsiadł za mną, zasiadł za kierownicą i pojechał.
Ciekawe czy pasażerowie wiedzą, że ich los zależał od mojego widzimisię. Mogłam bowiem podać mu późniejszą godzinę, by skończyć papierosa, a nie gasić w połowie, jak zmuszona byłam zrobić.
Subskrybuj:
Posty (Atom)